120.Dlaczego warto zobaczyć film o Stephanie Hawkingu… (Inaczej).

Można zobaczyć film o miłości, o harcie ducha, o niepełnosprawności i o geniuszu uwięzionym w ciele,  podanym w iście amerykańskim cieście, polanym hollywooodzkim sosie.  Mniam! ale mdłe, ale pyszne. Jak fast food. I co najgorsze można się tym zadowolić.

Proponuję zobaczyć Teorię wszystkiego z innej perspektywy, a raczej z innych, różnych, uzupełniających się  perspektyw. A jeśli nie to warto zobaczyć film dla dwóch scen: tej z kawą, i tej: w wannie,, kiedy zgarbiony, nagi, chudy Howking próbuje  odmienić swój los włożony we własne, szczupłe, drgające palce. Nadaremnie.

Nie tak dawno wspominałam o obrazie Vermeera Kobieta z Wagą. Scena to dziwna. Nie rodzajowa, ale jedyna w swoim rodzaju. We wnętrzu.  Po pierwsze światło. Pada z góry. Naturalne. Dzieli obraz. Na pół. Sugeruje nienahalnie, co ważne. Co warte za_(u)ważenia. Pada poza centrum obrazu. Z okna wprost na szalki. Na których jest. Powietrze. Pierwsze tytuły obrazu nie są trafne. Kobiece skupienie, ważenie spraw dostatecznych i ostatecznych. Jak zwykle u Holendra obraz można odczytywać przynajmniej na  trzech płaszczyznach: kompozycyjnej (co oczywiste), symbolicznej (co również nie nowe) i zwyczajowej. Nie jest tak jak u Caravvagia, który próbował odkupić swoje winy scenami z Biblii. Darować sobie jeszcze jeden dzień życia.

I jest jeszcze coś.

Poza.

Intymność.

I tak naprawdę (i pokuszenie nieprawdy) mnogość interpretacji. I tutaj znajdziemy odnieśienia do Marii,  i kobiety, która waży,  wedle niektórych krytyków jest brzemienna, a nie przebrana w modne w tamtym czasie ubrania z epoki. Na wadze nie znajduje się nic, a więc przygotowanie, chwila przed położeniem, ale złota, srebra, czy uczynków ludzkich (na to ostatnie wskazywało by nie tylko odniesienie do cnoty kardynalnej, ale również obraz znajdujący się na ścianie przedstawiający Sąd Ostateczny, waga jako atrybut przypisany również Archaniałowi Michałowi, i światło jako Bóg, ale i lustro jako postać diabła). Równocześnie, dzieło nie wyklucza interepretacji świeckiej, ponieważ jest ona równie mocna,dlatego nie można przeważyć szali (sic!) na jedną ze stron. Dlaczego uwielbiam twórczość Holendra? Odpowiedź jest banalna, gdyż zachwyca mnie i nie pozwala zadowalać się pierwszą odpowiedzią. Naturalność i nienatarczywość Piękna, i zarazem uroda, która (nie) przemija.

Można nie zgadzać się z tym co głosi Stephen Hawking, można nie lubić amerykańskich filmów, można zadowalać się pierwszymi odpowiedziami. Nie wiem, czy znajdziemy perłę, ale obraz jest wart u_wagi, czy może uwag, a jeśli tak, to pod czyim adresem? Wybierzmy pierwszą ość, znaczy możliwość.

Po pierwsze: proszę zwrócić uwagę na rekwizyty, zdjęcia, ujęcia. To, co tworzy klimat, ale zwykle nie jest indentyfikowane na pierwszym planie. W pierwszej kolejności, nienatarczywe, a jednak nadające ton. Dyskretnie.

Po wtóre:  najtrudniej ukazać inteligencję, a tu się to niewątpliwie udało, która przejawia się nie tylko w inteligentnych dialogach, ale również w scenach gdzie tragizm tańczy z humorem, albo ironią (jak nie przede wszystkim) tak jak wtedy gdy Hawking mówi koledze, że zostało mu mało czasu, to znaczy, dwa lata życia wedle diagnozy postawionej i stawiającej życie na baczność i baczność kierujące wzrok na naukę i , i nakazuje mu stanowczo wyjść, dlatego że…  Umówił się z dziewczyną, albo jak jeden z kormiterów wciąga go po schodach, by umieścić go na monumentalnym pomniku dlatego by całkiem spokojnie zejść po wózek, albo chociażby w scenie, która rozgrywa się podczas przetestowania nowego sposóbu komunikowania się ze światem i zaturdnianie nowej pielęgniarki. Tropów jest o wiele więcej, ale jednak mało, zbyt mało.

Po trzecie: jest to opowieść o niepełnosprawności, o tym ile sprawności żegna się z nami, i jak okrutne jest życie, najwet najbogatego i najbardziej wpływowego i najbardziej błyskotliwego Brytyjczyka, o tym, że posiadanie wpływowych przyjaciół jednak nie pozostaje bez znaczenia, o tym, że jest się człowiekiem z krwi i kości (nawet gdy szlielet jest najbardziej pokęcony,kruchy i niewrażliwy) o tym, że Miłość ma siłę sprawczą, tak jak praca, ale liczy się również seks i… Obrona własnych (niepopularnych) przekonań i seks i radość i pomoc… I moc.

Po czwarte: jest to film o tożsamościach nadanych przez społeczeństwo, narzuconych kulturowo (tak Stephanowi jak i Jane) rolach, i poszukiwaniu własnych określeń i odniesień. Jak bardzo można się zbliżyć (mimo różnic światopo[d]glądowych) jeśli oczywiście się chce i pozwoli się kierować, wykona pewien wysiłek intelektualny. Film o różnicach i rozłożeniu akcentów i    n i e m o ż l i w o ś c i   protestu (tak jak wciąganie przez ojca Hawkinga po stromych schodach), jeśli ktoś ma ochotę spróbować to zapraszam do prób, ale tropów na różnych poziomach jest więcej.

Po piąte: jest to film o odchodzeniu. I Odchodzeniu. O tym, że nic nie jest dane na zawsze. Nie zadowalajmy się kolokwializmami. Odpowiedziami, które narzucają się po raz pierwszy, czy drugi… Film o nieuchronności zmian i o błądzeniu.

Po szóste: jest to film o polskiej rzeczywistości, w której, nawet dzisiaj (a akcja filmu zaczyna się w 1963 roku) Stephen Hawking nie mógł by się realizować ani jako Człowiek, ani Naukowiec. I to nie tylko dlatego, że Feynamann, który był w Polsce, w Warszawie, bardzo złe wyrobił sobie zdanie o polskich fizykach, wszak naukowcy się zmieniają, a i to nie musi (jeśli coś w ogóle musi) być obowiązujące… Chociaż należało by zadać pytanie o klimat i klimat (dla) studiowania w Polsce

Po siódme: jest to film o budzącej się świadomej kobiecości, o związkach, które się zawiązuje i w które się wchodzi. i z których się wychodzi, film drogi, i celu. Film o zmianach.

Po ósme: jest to film o przeżywaniu Strachu. Stepen Howsking ma (co)najmniej dwie twarze, jedna narzucona, którą przyjmuje dzielnego niepełnosprawnego naukowca  (zwrócie państwo uwagę na związek tych słów) drugą — ukrytą, przerażonego, bojącego się (i słusznie człowieka i nie chodzi tutaj o teorie Godzenia się z pietnem, albo nieuniknionym,o czym pisał np Goffman,  przynajmniej nie bezpośrednio) Człowieka Przerażonego.

Po dziewiąte: film o performtywności gestów, to nie komentarza, i o zburzeniu tego porządku i początkowym dyskomforcie tym służącym.

Po dziesiąte: cóż to wszystko naprawdę jest zamknięte w popularnej amerykańskiej konwencji, a więc ten kto chce to i tak obejrzy film o dzielnym genialnym naukowcu. O życiu u boku geniusza, ateisty. No cóż, i tak można. Dla każdego coś dobrego i wyrosłam już z przekonaniania, że warto kogokolwiek do czegokolwiek namawiać, namawiać, namawiać, natomiast, można (za)proponować.

PS.

Po jedenaste: jest to obraz (o)  perspekywie sprawności, chociaż trzeba się bardziej przyjrzeć, wysilić wzrok i przyzwyczajenia. Bardziej tę perspektywę widać w biograficznym filmie Wtorki z Morriem.

Po dwunaste: jest to obraz bez happy endu (co nie jest zaakcentowane  w filmie) przynajmniej, nie można napisać, że Stephen żył długo i szczęśliwie w swym drugim małżeństwie. Rozwiódł dziewięć lat temu. Czy jest spełniony jako Naukowiec? To nurtujące pytanie. Pewien filozof mówił, że człowiekiem się nie jest, człowiekiem się staje, można strawestować to powiedzienie i odnieść do osoby naukowca. Choć i tu jest niebezpieczeństwo. Bo ów cytat głosi prymat drogi nad osiągnięciem celu, a ja nie byłabym tego taka pewna  w odniesieniu do biografii naukowej ważne jest zarówno pierwsze jak i drugie.

Wiliam Harvey to nie tylko ten, który przeprowadził sekcje na ukochanym kanarku żony, ale i na własym ojcu, czy siostrze, badanie zwłok, czy wykonywanie tychże było tak lukratywne, że „stworzył się” nie tylko czarny, ale i sztywny rynek, handlarzy ciał, wykradania ich z grobów pod osłoną czarnej jak rozpacz i smoła nocy. Otóż, wspomnianemu Wiliamowi zawdzięczamy odkrycie sposóbu krążenia krwi w ludzkim organiźmie. Edward Janner zapisał się na kartach historii nauki jako ten, który odkrył szczepionkę przeciwko ospie. Dlaczego o tym wspominam? Czyż o Stephanie nie słyszała   n i e m a l   każda osoba? A kto kojarzy w jakich okolicznościach pracował Wiliam Harley, ba, kim był? Bo to, że wspomniany Caravaggio tworzył wzorując się na modelach, którzy już dawno rozstali się z życiem, to wiadomo. Poszukiwanie, albo chęć poszukiwania znaczeń, światłocieni, można w sobie wykształcić. I praktykowanie owego zwyczaju, (bo zwyczaje się przecież praktykuje) znajduje się poza kategoriami oceny (czyli dobra i zla), świat ma szansę ukazać wtedy  swoje skomplikowane piękno, ale także kusić prostymi odpowiedziami.  Nie jest to film wybitny, jest to obraz na wskroś amerykański, można potraktować seans jako ćwiczenia z patrzenia, i widzenia i dostrzegania.

Jeśli wspominamy o obrazach. Znaczy, nie dysonsach i fochach na świat,iż stoi przed nami otworem (ale tym śmierdzącym, niewrażliwym i niewłaściwym) to na myśl przychodzą natychmiast conajmniej dwa: Maria Magdalena pokutująca i Upadek Ikara. Dwa przeciwieństwa: Pokora i Pycha, Samotność i Odejście (brawurowe) wśród ludzi, w zgiełku, hałasie, przepychu i tłoku...

Może pytaniem nie zadawanym nie jest to, czy jest życie po śmierci, ale czy jest życie    p r z e d   śmiercią? I w jaki sposób pożytkujemy je dla siebie i… Dla Dobra wspólnego? Wiem, można wykręcić się brakiem czasu, rozeznania, umiejętności, natłokiem, niedoborem, albo tysiacami innych nagłych, natrętnie oznajmujących zdań… Ale po co? Albo jeszcze lepiej zapytać: dlaczego? Tak, to dwa pytania o różnym zakresie i różnej odpowiedzialności… Ale o tym… Być może innym razem?

***

Dziś Dzień Dziecka.

Niech Najważniejsze pozostanie Najważniejsze. Niech Strata   jeśli już musi nastać oznacza Szansę, nich każda osoba, która znajdzie to czego szuka, niech szuka skutecznie.

I spojrzeń w niebo.  I rozmów, i milczenia, kiedy trzeba. I rozwagi. I (u)wagi. I Gestów. I odrobiny szaleństwa. I odpowiedzi. I pytań.

Kim zostaniesz kiedy dorośniesz? W jaki sposób i kiedy rośniesz? I pomagasz roznąć?

 

47 myśli na temat “120.Dlaczego warto zobaczyć film o Stephanie Hawkingu… (Inaczej).

          1. Scena w ogrodzie u królowej (ta „complicité” w ich wzroku ! I to pomimo ścieżek życia, ktore nieco im się rozeszły).

            Światło. Tak jak pisałaś, kostiumy, szczegóły z codzienności.
            Pamietam, że wyszłam z kina pozytywnie i optymistycznie nastawiona.

              1. Jest jeszcze co najmniej jeden film biograficzny, ale ten, dokumentalny wydaje mi się właściwy do skonfrontowania w pewnej mierze tego co zostało przedstawione w fabularyzowanej wersji, tegorocznej. Do tego właściwym komentarzem są książki Eli Eli Tochmana i Ołówek Jaczyńskiej, o nich też wspominałam na blogu. O tym jak człowiek staje się osobą z niepełnosprawnością społecznie (w Polsce, co ciekawe kobieta też miała doświadczenie z SLA, czyli tożsame z doświadczeniem Howkinga) i roli reportera („Eli, Eli”).

  1. Podeszłam do tego filmu z uprzedzeniem, ale już od pierwszych scen pokazał, że można temat miłości przedstawić troszkę inaczej niż. To co mnie najbardziej urzekło to motyw „cichej” miłości.

    1. Przyznaję, że jest to film iśćie amerykański i oglądając go dobrze jest mieć świadomość. W komentarzach podlinkowałam, dla porównania amerykański (także) dokument,oczywiście też wypowiada się tam przede wszystkim Howking i jego bliscy, więc jest to obraz z konkretnej perspektywy. Dobrze jest obejrzeć dwa, na temat (najnowszej) biografii się nie wypowiem, bo jeszcze na półce, ale te dwa obrazy tworzą pole do dyskusji. Moim zdaniem dobrze jest zobaczyć je w krótkim odstępie czasu, by mieć jako takie porównianie. Nie wszystko oczywiście jest takie jak przestawiono w najnowszej produkcji. I wiele jest tam z American deram, niemniej, dla światła, gestów, scen, warto ten film zobaczyć. Zobaczyć przyjmując perspektywę przede wszystkim żony. Pisząc o tym właśnie obrazie miałam (i nadal mam) nadzieję, że filmy zacznie się oglądać inaczej. Witaj na blogu 🙂 Dobrze jest Cię czytać. 🙂 Pozdrawiam, dobrego dnia.

      1. 1. Za dużo chyba filmów już widziałam i podeszłam do „Teorii wszystkiego” sceptycznie. Bałam się, że jest to historia niepełnosprawnego geniusza zrealizowana po to, by dobrze zarobić- jego historia jest bardzo filmowa.
        2. Zdecydowałam się obejrzeć ten film z prozaicznych powodów, chciałam widzieć wszystkie filmy nominowane do Oscarów, tak, by móc wyrobić sobie zdanie i przeanalizować wybory Akademii. Niewiele wiedziałam o biografii Hawkinga. Spodziewałam się po tym filmie laurki, romantycznej miłości, która jest naiwna, głośna i przenosi góry. Okazało się inaczej. Pierwszą scena, która podważyła moje uprzedzenie, to była scena zapoznania się bohaterów. Nie wiedziałam, że Hawking ma taki dystans, a jego przyszła żona potrafi zadawać pytania. Potem było to, co pisałaś scenografia, fizyczność, rozwaga i powolne odzieranie postaci z ich początkowej romantycznej miłości. Powiedziałaś, że to film iście hollywoodzki, dla mnie , to film wykorzystujący amerykański język filmowy, by obedrzeć postacie ze stereotypów kobiecości i męskości. Może nie do końca jestem przekonana, co do postaci żony Hawkinga, ale uważam, że można było lepiej wykorzystać jej postać. Nie wiem czy przeciętny widz, nie analizujący filmu( nie jest to pretensja – poniżanie widza) filmu odczyta pewne wątki. Nie pamiętam dobrze filmu, bo już ze 3 miesiące minęły, jak go widziałam, ale sceny z księdzem były okazją dla pokazania żony w szerszej perspektywie, jej np wątpliwości, cierpienia – wszystkiego tego, co za fasadą „poradzę sobie” było.

        1. 1. A czy tak nie jest? Chociaż w części? Można by odnieść wrażenie,że chciano zrobić film przed śmiercią? No i konfrontując go z dokumentem podlinkowanym „nieco” podkolorowano „Teorię wszystkiego”. Obraz nie jest wolny od błędów, albo od perspektywy amerykańskiej.

          2. Myślę, że ich miłość, tak jak każda, w początkowej fazie była bardzo naiwna, poza tym, że Hawking bardzo się bał tego co nastąpi. (Tylko głupi by się tnie bał). Stephen był znany z dystansu do siebie, uważam, że to rodzaj inteligencji. Jane miała inny charakter, skryta, introwertyczka,co nie wyklucza inteligencji (wiem, wiem, że tak nie napisałaś).

          3. Napisałaś: ” Powiedziałaś, że to film iście hollywoodzki, dla mnie , to film wykorzystujący amerykański język filmowy, by obedrzeć postacie ze stereotypów kobiecości i męskości”. — Możesz to rozwinąć?

          4. Ad vocem Żony Howkinga też myślę, że można było lepiej wykorzystać jej perspektywę, zwłaszcza, że film powstał na podstawie jej książki…

          5. W żadnym razie nie odczytałam Twojego komentarza, jako braku szacunku do osób oglądających filmy, w inny sposób…

          6. Scena z księdzem?

          7. Fasada i poza „poradzę sobie” mogła by być jeszcze szerzej ukazana…

          8. Człowiek nie urodził się po to by cierpieć.

          1. 1. W sumie zgadzam się z tym, co napisałaś w poście. Wymieniłaś wiele perspektyw i widać je w filmie.
            Ad 6. Sceny z księdzem… to chyba był wikary, ale z punktu widzenia prowadzenia historii to byłby najlepszy moment by pokazać jej rozdarcie i rodzącą się ( lub rozwiniętą) świadomość cieżaru życia ze Stephenem. Tak dopiero jak odchodzi domyślamy się, że miała dosyć. Zbyt mało jest sygnałów, że żona czuje i myśli czasem inaczej, niż pokazuje jej twarz i zachowanie. Jednak twórcy nie rozwinęli tego wątku – szkoda- to jest minus filmu.
            2. Historia związku Hawkingów jest bardzo filmowa i na czasie. Mówię z perspektywy czysto biznesowej. Branża filmowa lubi takie historie, on chory – wielka tragedia i miłość, która zmienia, cierpienie i sukces. Udało im się jak napisałaś wcisnać w ten wątek coś więcej. Gender, o którym piszesz, to po częsci odpowiedź na mój punkt 3.
            ( jutro rano dopowiem ci na punkt 3)

            1. To czekam na komentarz (ad 3) i odniosę się do całości. 🙂 Pozdrawiam,
              PS. Więcej jest przykładów On z niepełnosprawnością i Ona sprawna, ale to wynika czysto z „czynnika socjologicznego”.(Tak bardzo skrótowo).
              Tak, media bardzo lubią takie historie (media- filmowcy etc), bo w pewien sposób potwierdzają stereotyp, bo można w łatwy sposób wzruszyć/ pocieszyć człowieka, dać mu nadzieje…

              1. Odpowiedź na ad3 to nic odkrywczego. Stephen i Jane są przedstawicielami tego, co stereotypowo uznawane jest za kobiecość i męskość ( kulturowo). On studiuje fizykę, ona poezję. On reprezentuje logikę, umysłowe podejście do spraw, ona poezję- emocje, wrażenia, ulotność. Ona wierząca, on ateista itp. Tych kobiecych i męskich elementów jest więcej. Dalej, od początku filmu aż do sceny „potańcówki” film jest iście romantyczny- nie wspomnę już o fajerwerkach- metafora ich uczucia. To wszystko ubrane jest w iście hollywoodzki język – tak jakby w skrócie- poznają się, rozmawiają, umawiają na randkę itp. – jakby streszczenie- w języku filmowym przyczynowo skutkowość jest w najkrótszej linii między wydarzeniami. Od momentu choroby, język filmu trochę zmienia się, ukazuje nie wydarzenia tylko stany. Są ujęcia, które nie są połączeniem między wydarzeniami, ale są po to by pokazać jej reakcje, jej zmaganie się. Im więcej w filmie emocji tym więcej jest zróżnicowania na poziomie języka filmowego. Wraz z rozwojem akcji ich wyjściowe cechy dostają dodatkowej perspektywy np. jej „duchowość „ poleganie na uczuciu jest siłą. Ona sama mówi: wiem, że my ślicie, że jestem słaba, ale ja go kocham. I ta jej kobiecość filarem ich małżeństwa, on mężczyzna uwięziony w swojej fizyczności – nie impotent itp…tu wchodzi gender.

  2. Och pięknie napisane, dużo 🙂 Połowy nie zrozumiałam, ale już wiesz, że ja również jestem zafascynowana tą historią. Mnie zachwyciły dwa momenty o miłości oczywiście. Pierwszy w scenie gdy Steven przyjechał do kościoła poprosić o pomoc dla Żony i drugi, gdy ją uwolnił od siebie, mówiąc że wybiera się z nową opiekunką za granicę. Podejrzewam, że zrobił to celowo a Jane o tym wiedziała. Już w kościele wiedział, że żona kocha ich dwóch ale nie zdecyduje się go opuścić ani nawet nie zdradzi, choć była by usprawiedliwiona. Jak mocno trzeba kochać, żeby pozwolić komuś odejść. Jak mocno trzeba kochać, by czyjś interes przedłożyć nad własny jak to zrobiła Jane.
    Wiele emocji się rodzi, gdy człowiek ogląda ten film 🙂

    1. Mam nadzieję, że to nie z racji wysłowienia się, bo czcionka czytelna…:)
      Scena w kościele— pierwsza moja myśl, czy w Polsce by to przeszło?
      Właście nie wiem, czy on ją od siebie uwolnił świadomie (sam w dokumencie mówi, że był to czas gdy był bardzo skoncentrowany na sobie), Dokument podlinkowany jest wyżej, myślę, że warto obejrzeć dwa filmy po sobie, bo obraz z 2015 roku jest bardzo „zamerykanizowany”.
      Miłość do Howkinga, a ściślej rzecz biorąc małżeństwo, jak mówi Jane, wiele kwestii jej rekompensowało, choć nie była sama z problemem jaki nakładała na nią niepełnosprawność męża (i to w tych czasach) choć rzeczywiście dźwigali to brzemię razem (głównie).
      Tak mi teraz przyszło na myśl. A może Jane nie przekładała swojego interesu nad ich (znaczy swój Stephena i Dzieci),może „odroczyła” uczucie bo chciała być pewna tego co do kogo czuje? Że nie jest to tylko ucieczka (od problemów), albo nie zbliża ich tylko wspólnota doświadczeń (on opiekował się żoną, ona- mężem) poza tym charakterologicznie są do siebie podobni…A może sądzisz inaczej? Z chęcią przeczytam,jak to widzisz.
      Wiele emocji pokazane jest przez zdjęcia i sceny. 🙂

  3. No widzisz, ja przeczytałam ten film trochę inaczej 🙂 Dla mnie raczej potrzeba bliskości wygrała, ta sama wibracja on miał ten sam brak co ona i stało się. Zaopiekowali się sobą.
    Stephen wiedział, że bez Jane nie może funkcjonować, ale był już na tyle sławny, że znalazł by się ktoś, by się nim zająć. Społecznie jednak Jane była by, nawet w Ameryce napiętnowana, dzieci również. Wybieg z opiekunką, pozwolił na zmianę nudnej rutyny, uwolnił z roli, która przerosła Jane i samego Howkinga pewnie również. Przecież miał żyć dwa lata a tutaj taka niespodzianka. A to życie jakoś specjalnie wygodne pewnie mu nie jest. Każde z nich z całej tej 4 plus dzieciaki, są przede wszystkim ludźmi. I jak historia pokazuje, wielcy ludzie mają małe słabości, przyjemności i smutki. Och można rozmawiać i dywagować na temat tego filmu i człowieka. Jedno mu trzeba przyznać, potrafił wykorzystać życie, wycisnąć każdą kropelkę. I do tego poruszyć sobą i bliższych i dalszych. To mnie ujęło.

    1. A ja jestem właśnie za dyskusją. To nie tylko istota bloga, ale przede wszystkim możliwość na zobaczenie czegoś czego może nie dostrzegałam, albo wprost przeciwnie..
      Myślisz, że jedno spojrzenie automatycznie wyklucza drugie? Bo ja myślę, że nie.
      Popatrz proszę, oni tworzyli związek przez lata, on się zmieniał tak jak i ich potrzeby i aspiracje, tak jak (również choroba Howkinga) nikt nie jest przygotowany na życie z niepełnosprawnością. Z tego co sam mówi, to miłość go uratowała, bo właśnie dowiedział się o diagnozie (miał dwadzieścia lat i dowiedział się właśnie o diagnozie) uratowała go miłość do Jane, i praca (robił wtedy doktorat, znalazł swoją pasję).
      Nie wiem czy Jane była by napiętnowana w Ameryce, (sława przyszła po zawarciu małżeństwa). Wybieg z opiekunką, albo raczej zatrudnienie pielęgniarki jak mówił Stephen, a przede wszystkim Jane, pozbawił ich intymności, i był gwoździem do ich trumny. Wiem, wiem piszesz o tym jak Hawking odszedł, i może rzeczywiście ona nie miała jeszcze (bo myślę, że to kwestia czasu, a może się mylę?) odwagi?
      Hawking miał możliwość realizacji siebie..
      Można bez wątpienia dyskutować i z chęcią podejmę dyskusję…

  4. Odpowiedź na pewno znają oni sami, my możemy jedynie spekulować.
    Nie uważam, by jedno wykluczało drugie, raczej przedstawiam własny pierwszy odbiór, subiektywnie rzecz jasna.
    Miłość. Moje ulubione słowo i nie tylko samo słowo. W moim świecie jest początkiem i końcem. Miło mi było myśleć, że Stephen będąc genialnym a jednocześnie kochając Jane, uwolnił ją od siebie po raz drugi w taki sposób, by ona nie czuła się zobowiązana do danego mu kiedyś słowa.
    Kiedy zaczął chorować, to o czym piszesz doktorat i grom z jasnego nieba w postaci braku panowania nad własnym ciałem, rychła wizja śmierci, przecież to go załamało. Niczego by nie wymyślił, gdyby ta kobieta nie wzięła na siebie odpowiedzialności za jego zewnętrzność. Jedna z pierwszych scen, powiedziała mu, że bez względu na to ile mu zostało, muszą to wykorzystać. I wykorzystali.
    Pewnie, że nie mieli pojęcia z czym się mierzą. Geniusz kontra życie, wydalanie, karmienie. Scena kiedy Jane nie wiedziała, czy ma biec do córki, czy ratować męża, który podduszał się sweterkiem. To nie miało szansy się udać a jednak się udało. Troje dzieci i niepełnosprawny genialny mąż. Młoda kobieta w tym wszystkim. Tak naprawdę nie miała wyboru, żyła z piętnem śmierci, chciała być w porządku wobec męża i uratować ich dzieciom dzieciństwo. Jeszcze sama być kobietą. Hawking wiedział, że nie okaże jej czułości, nie odda jej tego co ona poświęciła jemu. On bez niej niewiele by mógł na początku a potem, co mógł to zrobił. Czy Jane nie miała odwagi? Nie sądzę, bardziej z szacunku do tego, że Stephen nie mógł się obronić. Ona chciała więcej bliższych relacji (scena z namiotem) ale jednak nie zdecydowała się. Tak ja to widzę 🙂

    1. Dla mnie dyskusja o filmie, to sytuacja o spojrzeniu/ odbiorze. Mogę się tylko domyślać co i jak na podstawie nie tyle „Teorii wszystkiego” co dokumentów/ biografii, a wiadomo, że do tych też „trzeba” podejść z dozą dystansu, i to dużą.
      Dlatego dyskusja z Wami, z Tobą jest tak ciekawa, a że ad vocem filmu, (który można obejrzec po raz wtóry, nie jest to tak ulotna kwestia jak rozmowa na temat sytuacji bardziej ulotnej).
      i tak traktuję wymianę zdań.
      Nie wiem, może ją uwolnił, może nie. Może sam chciał się uwolnić? Bo kochał już inną? Jane dała mu bezpieczeństwo, on jej zainteresowanie, znalazła partnera do intelektualnych rozmów….
      A Elaine była zafascynowała genialnym umysłem („Powinna pani całować ziemię po której on chodzi/
      – Jezdzi. [Poprawia Jane]. To wymowna scena, i wielowarstwowa).

      Może jako osoba wierząca (i praktykująca) mimo lat miała wiele innych pytań, wątpliwości i co Innego (także) ją trzymało w tym małżeństwie. Słowo dane Bogu. „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozłącza”. Takich, których nie miał Stephen.
      Czy liczyła się z opinią publiczną? Czy była by napiętnowana? Czy nie tego, że od niego odejdzie,od niej oczekiwano? (Powiedz czyje to dziecko, Rozmowa w kuchni).

      Nie wiem, zwłaszcza w Ameryce, w której przewaliła się już druga fala feminizmu, szalone lata 60. i tak była traktowana/ postrzegana jako „dzielna żona geniusza”, owszem, też sama przyjęła taką rolę. Po części z miłości, po części z nieświadomości, a po części ta tożsamość została jej społecznie narzucona.

      A maski z czasem opadały. A i świadomość była większa… Co oczywiście nie wyklucza Miłości. Gdzieś Jane mówi, że zakochała się w szarych oczach Stephena, no i choć choroba była utajona to na początku znajomości jeszcze nie wybuchła (znajomości, która nie przerodziła się w Miłość).
      Uwaga na marginesie. Zwróć proszę uwagę, jak często (i czego) Stephen słucha Wagnera (swoiste obwieszczenie śmierci).
      Nie wiem, czy Stephen nie mógł odwdzięczyć się czułością, przecież ją można okazywać na różne sposoby, a jeśli nie można zwyczajnie, to szuka się niekonwencjonalnie, oczywiście,że Jane tęskniła za sobą, (tak odczytuje scenę stawiania namiotu). Dla mnie, co ważne w tym filmie, Jane odnalazła swoją kobiecość stopniowo.
      Bardzo, I w tym pomogło jej tak małżeństwo jak i wyjście z niego.
      Jak wchodziła w związek ze Stephenem, była młodą wierzącą kobietą (uczęszczającą do KA) na początku lat 60.Dla mnie to film,choć to słabo zaznaczone o przyjmowaniu narzuconych tożsamości, a szkoda, że tak słabo…
      Co o tym myślisz? Z chęcią przeczytam.

  5. Dla mnie dyskusje, bardziej jednak rozmowa, są owszem poznawaniem innego spojrzenia na to co sama widzę, ale zakładam że każdy ma rację. Swoją. Ta racja nie musi istnieć w moim świecie, ale istnieje w jego, więc jest ważna.
    Film niewątpliwie warto obejrzeć, choćby po to, żeby się dowiedzieć więcej. Ja miałam niedosyt i poszukałam tu i ówdzie.
    Czy Jane aż tak głęboko sięgała w przeżywaniu, nie sądzę. Codzienność oskalpowywała ją z głębokich przemyśleń na rzecz boju samej ze sobą. Poczucie obowiązku kontra ja sama. Okrutne. Z doświadczenia wiem, że jakakolwiek przewlekła choroba, domaga się pierwszeństwa, skupienia na bólu i pielęgnacji. Człowiek zastanawia się gdzie w tym wszystkim jest on sam i czy jeszcze o czymś decyduje. Stephen ma jeden palec do dyspozycji. Nie pogłaszcze nim Jane. Można inaczej, pewnie że tak. Podejrzewam, że Jane potrzebowała w tym wszystkim miejsca na siebie a tego miejsca w tym małżeństwie nie było. Ale czułość między nimi pozostała, pewnie miłość również.
    Co do Elaine, nie mam na jej temat dobrego zdania. Odebrałam ją jako karierowiczkę bardziej niż partnerkę.
    Dla mnie jest to film o szansach i możliwościach.

    1. Nasunęło mi się pytanie: Czym jest dla Ciebie dyskusja, a czym rozmowa?
      NIe lubię słowa „racja”, albo tak samo lubię jak „trzeba” i „musisz”. 🙂
      Myślę, że głęboka niepełnosprawność, choroba, członka rodziny/albo własna/ nie wyklucza głębokiego wglądu. Ale też nie znaczy, że nie boksowała się ze światem, Zwłaszcza (jeśli rozmawiamy o „zagranicy” w tamtych czasach). Bo w Polsce, w Polsce nadal jesteśmy w…No cóż, daleko, daaaaleko, daaaleko w tyle,
      By się rozwijać z takimi doświadczeniami (które choć nie łatwe, i nie porządane, m o g ą być wnoszące).
      Jane nie zawsze miała wgląd. A to z (conajmniej) dwóch powodów:
      –dynamika związku (i nie dlatego, że miłość jest ślepa, albo, ze wszystko wypacza);
      — zmieniająca się sytuacja socjoekonomiczna (własna jak i krajów);
      –i co najważniejsze — samoświadomość

      Dlaczego tak sądzisz o Elaine? A co w kontekście związku z drugą żoną sądzisz o Stephenie?

  6. Polecam, jeśli nie oglądałaś film „Chce się żyć” to jakby „podobna historia” tylko polska realizacja i osadzenie w naszych realiach. Pytałaś czy Stephen miałby szansę w Polsce, to moja odpowiedź, choć dotyczy innej osoby i innego życia. A do tego doskonała gra aktorska i świetna realizacja od a do z…
    Ponieważ „Chce się żyć” oglądałam jako pierwszy, chyba w kwestii realizacji „Teorii wszystkiego” byłam zawiedziona i scenariuszem, i ujęciem tej historii. Moim zdaniem obronił się jedynie grą aktorską i postacią Howkinga samą w sobie. Mimo nieporównywalnie lepszych warunków i większych możliwości niż mieli Polacy realizując naszą produkcję.

    W dyskusji występuje racja i adwersarze zwykle próbują lub chcą, przekonać innych do swojej.
    W rozmowie mówi się o własnym odbiorze, zostawiając „luz” w kwestii racji 🙂

    Elaine jawi mi się jako osoba, która doskonale wiedziała z kim się wiąże. Związała się głównie z pozycją Howkinga a przynajmniej miała taki zamysł. Stephen jest przede wszystkim człowiekiem, podoba mi się bo nie kreuje się na ideał ani świętego i dba o to.

  7. No to przyszło mi założyć „nowy wątek”.
    Dla mnie między i nt e l i g e n t n ą rozmową, a i n t e l i g e n t n ą dyskusją nie ma różnicy, ale mogę się mylić. Co więcej właśnie ów szacunek jest wyróżnikiem.
    „Chcę się żyć” znam z innego kontekstu…
    Nie jest to dla mnie odpowiedź na „Teorię wszystkiego” niestety.
    Jako Polska, kraj z aspiracjami Europejskimi, nie dogoniliśmy Anglii, nawet z roku 63′ niestety.
    Moim zdaniem gra aktorska w „Teorii” była/ jest świetna.
    Flim nie jest wolny od „ameryykańskiego patrzenia” mimo tego warto jest zobaczyć obraz uważnie(j) i wyłuskać wątki poboczne.
    Elaine.
    To ciekawe co napisałaś.
    W takim razie mam pytania:
    Niemożliwym było związać się z „tamtym Howkingiem”, który był na początku dróg, tej naukowej i chorobowej. Dlaczego sądzisz, że ona związała się tylko z jego pozycją?
    Może i tak, ale nie wiem, czy tak było. Może i tak.
    Inteligencja także może być afodyziakiem (ale tego chyba nie miałaś na myśli), tak jak np władza.
    Howking i Elaine rozwiedli się po 11 latach związku. Czy Miłość, pisana z Wielkiej Litery, trwa wiecznie?
    Myślę, że „Teoria wszystkiego” jednak koloruje Howkinga..

  8. Szkoda, bo również warto obejrzeć „Chce się żyć”.

    „Teoria wszystkiego” piękny tytuł, prawda? Tutaj cała (od początku i wszystkich tu obecnych) dyskusja właśnie udowadnia, że jest to TEORIA jedynie i dokładnie WSZYSTKIEGO, co nam się wymyśli.

    Fajnie, że nie jest wolny od amerykańskiego patrzenia, przecież jest tam osadzony a gra aktorska doskonała. Mam pretensje jedynie i li do realizacji i scenariusza.
    Co do Elaine, myślę że nie przewidziała tych 11 lat, sądziła iż będzie to krócej. Dzięki niemu jest sławna a niewiele zrobiła, może przyciągnął ją geniusz, mózg bywa mocno seksowny a co dopiero mózg geniusza?
    A miłość, wszystko zależy od tego jak się ją pojmuje.
    W moim świecie, jest pierwotna, więc tak trwa wiecznie.

  9. Wiesz, gdyby był to film biograficzny…
    Cóż niestety, albo na szczęście możemy się tylko domyślać co i jak, możemy zobaczyć Siebie, albo nasze związki z ludźmi, ale możemy też (do czego zachęcam) spojrzeć na ten film z perspektywy socjologicznej i kulturowej (do czego gorąco zachęcam).
    I tu nie chodzi o wymyślanie sobie, ale o spostrzeżenia dotyczące rzeczywistości.

    Widzisz, cóż, dla mnie „amerykańskie myślenie, patrzenie” to w tym przypadku wada tego filmu. Jest zbyt cukierkowy. I zbyt… Bajkowy. Owszem, Hawking miał epizod amerykański, ale jest Brytyjczykiem, więc Ameryki jako takiej film dotyka tylko w części. A, że przeznaczony jest dla widza z tego kręgu kulturowego hmm.,,
    Iza twierdzisz, (nie lubię zwracania się do kogoś w III os. l.p. bo to tak jakby kogoś nie było, stąd forma), że to akurat dobrze.Nie wiem, mam co do tego wątpliwości. Czy przekładając argument za tym właśnie sposobem gry (odsyłam do komentarzy Izy) osoby pochodzenia polskiego chcąc trafić do innego niż rodzimy odbiorca jazzu powinny grać „po amerykańsku”?
    Nie wiem co myślała Elaine, nie będę jej osądzać tak diametralnie, bo sytuacja może zupełnie inaczej wyglądać z zewnątrz. Tylko przypomnę, że Jane mówi, że miała najlepsze referencje, a wiadomo, że zostać „pielegniarką geniusza” pewnie nie było łatwo. A może i żoną i to drugą?
    Jestem ciekawa skąd taka ostra ocena z Twojej strony?
    Możesz rozwinąć myśl:
    „W moim świecie, jest pierwotna, więc tak trwa wiecznie”

  10. Absolutnie nie osądzam, to już nadinterpretacja, po prostu tak odbieram film, kompletnie nie socjologicznie i mocno subiektywnie 🙂
    Myślę, że temat jest smaczny tylko do czasu, dlatego pewne myśli warto zostawić niedopowiedziane, taką też zostawiam myśl o moim pojęciu miłości 🙂

    1. Jeśli dokonałam nadinterpretacji to przepraszam, nie chciałam.
      Dlatego wolałam spytać.
      A Miłość, no cóż, temat intymny…Zatem zostawiam. 🙂

  11. @ Izabela Wasilewska: Oczywiście, że film jest sprofilowany genderowo.
    Elementy składowe, które wymieniłaś opisałaś to właśnie minus(y) filmu.
    Zauważ proszę, że kobiety z niepełnosprawnością nie uważane są jako piękne, ładne, albo zgrabne, ale jako dzielne. I ten przymiotnik jest „dziedziczony”. Tak jak piętno (o rozlewaniu się piętna na osoby bliskie pisze np Goffman).
    Wracając do ukazania Stephena i Jane, scena obiadu (tak wyjęty obrazek iście z lat 50 przed rewolucją seksualną w Stanach Zjednoczonych —wiem, ze rzecz dzieje się w Anglii).
    Kolejna kwestia. W krajach gdzie jest mało związków typu: kobieta z niepełnosprawnością i mężczyzna zdrowy to i współczynnik i integracji jest nikły. Film ten potwierdza stereotypy. Mianowicie mężczyzna nic nie traci nic ze swojej męskości bo pracuje intelektualnie (co w przypadku płci brzydkiej (sic!) jest postrzegane jako afrodyziak, kobieta nadal postrzegana jest przez pryzmat (przede wszystkim ciała. Jest jeszcze warstwa językowa (chociażby takie wyrażenia jak powyższe „słaba płeć”, „sex appiel to nasza broń kobieca” „płeć piękna” etc
    Oczywiście, że od momentu choroby język się zmienia. Ale nie tylko poprzez ukazanie stanów. Muzyka zyskuje na dramatyźmie, ujęcia, no dobrze jest jeden zabawny moment kiedy Howking wciągany jest przez kolegę i podczas „instalowania” go na pomniku, by móc iść po wózek mówi się, że „hydraukika działa”. Rozumiem, że zmaganie się z chorobą to fazy, od zaprzeczenia do akceptacji, i to nie pozostaje bez wpływu na życie (po)życie, ale niepełnosprawność przesłoniła wszystko, wszystko prócz nauki. Howking ukazany jest tu jak superman (i supermózg)…

  12. Obejrzałam:-). Podobał mi się. Jeśli chodzi o większość moich wrażeń, to mogłabym podpisać się pod wypowiedziami Omm. Prócz opinii o Elaine – na mnie sprawiła ona bardzo pozytywne wrażenie.
    Nie przeszkadza mi to, że film jest zrobiony „po amerykańsku”, przyzwyczajona jestem do tego sposobu narracji i to do mnie przemawia. Nie miałam wrażenia, że jest cukierkowy. Podobały mi się te długie ujęcia, niedopowiedzenia, opowiadanie obrazami, jakby wspomnieniami. A we wspomnieniach wiadomo, kanty się zacierają, o najgorszych chwilach się nie pamięta, albo się je łagodzi. Film, obraz, fotografia… – taka ich natura, że pokazują tylko jakąś część rzeczywistości. Akurat tę część, która twórcom z różnych względów wydała się istotna, albo ciekawa, albo inspirująca.
    Nie chcę rozkładać filmu na czynniki pierwsze, bo moim zdaniem wszystko razem zagrało tak, jak trzeba. Nie chcę go też spłycać, ale dla mnie to film o życiu, że może się zmienić w jednej chwili i nic nie jest aż tak straszne jak nam się zdaje. Że można. Mimo przeciwności. Mimo wszystko. Podobała mi się scena w ogrodzie pałacu, gdy Howking mówi do Jane: popatrz, co razem stworzyliśmy. Bo związki się rozpadają, ale to nie znaczy, że wspólny dorobek nie może napawać dumą. Ale najważniejsze dla mnie osobiście były ostatnie słowa Howkinga, że choćby nie wiem jak cieżkie było życie, to zawsze można znaleźć spełnienie.

    Podobały mi się wszystkie postaci. Howking za geniusz, poczucie humoru i szczerość. Jane za konsekwencję i wierność zasadom. Elaine za naturalność z jaką podeszła do kalectwa Hawkinga. Jonathan za dobroć i bezinteresowność.

    Nie wątpię, że w rzeczywistości wszystkie te osoby miały też swoją ciemną stronę. Jak my wszyscy. Ale ich filmowy obraz to też prawda. A przynajmniej jakiś wycinek prawdy.

    Po obejrzeniu filmu pomyślalam sobie: no to mam dwie książki do przeczytania – Krótką historię czasu Stephena oraz Podróż ku nieskończoności, Jane. Sprawdziłam – obie są w mojej bibliotece:-)

    1. Myślę sobie, że wszystkimi wypowiedziami się zgadzam.
      Nie wszystko „trzeba” (piszę w cudzysłowie, bo nie lubię tego słowa) rozkładać na czynniki, pierwsze, drugie i kolejne.
      Bardzo blisko mi (jestem tego samego zdania), do tego co piszesz Izabelo.
      Przeszkadza mi, że ten film jest zrobiony „po amerykańsku” ponieważ społecznie zaciera różnice, czyni pewne kwestie, o których rozmawiałyśmy Iza z Tobą, czyni je niewidocznymi, a nie nie istniejącymi. Nie trzeba się z nimi zgadzać, je podzielać, ale ważnym jest by wiedzieć i wiedzieć o nich, że one są, bo to wpływa na społeczny obraz i przede wszystkim funkcjonowanie (ludzi, ludzi w relacjach, instytucji społecznych). Piszesz, przyzwyczajona jestem do tego sposobu narracji, i właśnie, chodzi r ó w n i e ż o to przyzwyczajenie. Oczywiście, jest miło, bo to jest to, co znamy, możemy podawać przykłady, że taki oto Hawking znalazł się w tak dramatycznej sytuacji, a jednak dał radę, możemy uczepić się tego przykładu, gdy jest nam niewygodnie.

      Są oczywiście kwestie, które mi się podobały, obraz, praca kamery, sekwencje, dbałość o szczegół (rekwizyty), chwila mieszania kawy, jazda na rowerze. Film widziałam dosyć dawno, ale pewne fragmenty zapadły mi w pamięć.
      Powyżej w rozmowie z Tobą Babajogo, podaję link, zachęcam również Ciebie Renyu, by go zobaczyć.
      Howking mógł pozwolić sobie na luksus walki mimo wszystko, bo miał do dyspozycji wszystko, co aktualnie było dostępne, nie chodzi mi o nowości techniczne (np. wózek) ale także pomoc studentów np. w przemieszczaniu się, dysponował wiedzą i kontaktami… Wiem, że jeśli by przedstawić nieco inaczej sprofilowaną narrację wielu osobom (nie piszę, że personalnie, Tobie) oglądało by się ten obraz zupełnie inaczej, może mniej wygodnie? Ale bardziej w głąb (nie znaczy, że teraz jest odbiór płytki, nie, chodzi o poszerzenie spektrum).
      Co do przedstawień ludzi w filmach lub książkach (auto) biograficznych, to wyśmienicie ujęła, jak dla mnie tę kwestię Irena Krzywicka (przywołuję po raz wtóry, ten cytat, ale uważam, że warto):

      „Pisanie autobiografii jest zawsze przedsięwzięciem karkołomnym. Trzeba sobie powiedzieć, z góry, że żadną miarą nie da się uniknąć zakłamania. Ten, kto przystępując do pisania sądzi, że będzie całkowicie szczery, myli się zanim sformułował pierwsze zdanie. Przyczyny są oczywiste. Każdy człowiek ma na swoim życiowym koncie postępki i postawy, o których nie tylko nie lubi opowiadać, ale o których sam woli nie pamiętać.Pominiecie jednak tych spraw grozi sfałszowaniem życiorysu, a sfałszowany życiorys w ogóle przestaje być interesujący. (…) Ale nawet gdyby ktoś nawet zdobył się na szczerość absolutną i nie oszczędzał siebie nawet przez chwilę, tw imię rzetelności i dokładności, to pozostają przecież inni ludzie, którzy odgrywali rolę w jego życiu, Mówić o nich wszystko? Jakim prawem?! A znów pomijać ich milczeniem, to fałszować i swój życiorys. Sytuacja bez wyjścia, albo też wyjście chyba jedyne: opowiadać, ale fragmentami”

      [Wyznania gorszycielki, Irena Krzywicka, Warszawa Czytelnik1995, s.7].

      Piszesz, że nie chcesz, rozbierać filmu na czynniki pierwsze, szanuję to. I przecież nie ma takiej konieczności.

    1. A konkretnie? Zabieraj, zabieraj,możesz zacytować, nie muszę przypominać aby podać źródło. Liczę na to, że zabierzesz głos w toczącej się dyskusji, pod tekstem. Pozdrawiam,

  13. Zawsze mnie przerażało uwięzienie we własnym ciele, chociaż często zbyt luźno się do tego podchodzi… no może Motyl i skafander, tam jest tak ciężko, tak, że czeka się na uwolnienie – tutaj jest nadzieja, nadzieją jest pasja, a z pasją entuzjazm – sedno życia? Nie wiem.

    1. Pasja, możliwości ekonomiczne, etc. Nie widziałam „Motyla i… ” więc się nie wypowiem. Filmy dot. niepełnej sprawności są (eufemistycznie pisząc) z różnych względów (polityczno- społecznych) zrobione krzywdząco, utrwalając stereotypy. Polecam by zapoznać się (także z dyskusją pod artykułami): https://5000lib.wordpress.com/2015/07/19/150-wyobraz-sobie-a-uslyszysz-czego-oczy-nie-widza-tego-sercu-nie-zal/ oraz https://5000lib.wordpress.com/2016/03/03/227-moj-przyjaciel-smok/

    1. Dzień dobry! Film warto zobaczyć uważnym okiem. :-). W sam raz na jesienno-zimowe wieczory. Dzień dobry na blogu, czuj się jak u Siebie, dobrego czytania i komentowania. Pozdrawiam :-).

Odpowiedz na Izabela Wasilewska Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s