[108+1]. Uwaga, będzie długo, nudno i patetycz(nie), czyli wstęp.

Myśl  uparta, myśl ponura. Nie mamy białej, ani żadnej innej lokomotywy, nawet Niebieski pociąg (pod specjalnym nadzorem) Coltraina nie przybędzie na czas. a smuga cienia i tak nas dopadnie, niezależnie od tego jak będziemy się starać ominąć, wyminąć, przeskoczyć, nie zauważyć, zignorować, przeprosić. Jak Orfeusz możemy się buntować. Nosić zdumienie i znużenie. Niczym z obrazu Zmęczonego trubadura zdjęte. Wędrować nam przyszło. A skoro już zdecydowaliśmy, że wejdziemy do lasu. I nie dlatego, że warto tylko dlatego, że pragniemy tego. To ufam, że owo niezbywalne pragnienie nas zaprowadzi. Zanim jednak zaczniemy wędrówkę to pora na przeczytanie ulotki lub skontaktowanie się z no właśnie z kim? Spokojnie żadnych tur i par_tytur, ulotek czytać nie będziemy. Jednakże jest mały haczyk, warto sobie odpowiedzieć na pytanie d l a c ze g o chcę słuchać muzyki? I nie jest to przerost partytury nad treścią, tylko sposób na wskazanie drogi, czyli sposobu słuchania i doświadczania.

Niejednokrotnie wkraczając w świat muzyki możemy poczuć się zagubieni/ zagubione. Z jedej strony mówią (śpiewają, grają) do nas wieki ludzkich doświadczeń, i to w jaki sposób? Terminami naburmuszonymi spływającymi od naukowego oglądu i postrzegania świata, z drugiej… No cóż. Bez wątpienia są tacy którzy potrafią i mówią o muzyce tak, że chce się jej słuchać świadomie. Niestety jest to garsta ludzi, i nie tak łatwo ich znaźć. Do tego jesteśmy osamotnieni w owym poszukiwaniu gdyż jest ono na poły indywidualne. Co więc uczynić? Gdy wejdziemy, od razu się zgubić? Być może w tym szaleństwie jest metoda. Żeby się odnaleźć trzeba się zgubić. Bez wątpienia czy zgubimy, czy znajdziemy trzeba zacząć słuchać. Słuchać swojego serca. I nie chodzi o to, że podczas słuchania muzyki następują zmiany kardiologiczne, (chociaż to prawda) to chodzi o to, by słuchać swoich pragnień. I chwili. Carpe diem! Carpe music!

Wiem, introdukcja przydługa i patetyczna.

Przełożenie jedego repertuaru na inną, odmienną stylistykę pozwala przełamać, choć na chwilę, dane wyobrażenie o danym sposobie niejako przypisanym danemu gatunkowi.  Szukajmy i słuchajmy. Nie tylko muzyki uważanej za klasyczną, ale w ogóle. Słuchajmy. Ale zanim zaczniemy rekomenduję przestać słuchać i słyszeć. Przewrotne, ale prawdziwe zatrzymajmy się na chwlę. Idąc ulicami miast dużych, średnich i całkiem małych obserwuje ludzi, którzy są podłączeni do źródła… Tyle, że hałasu. Człowiek wychodzi (na ulicę, a czasami z siebie) z słuchawkami, z telefonem, wchodzi do marketu a tam, dudnią głośniki, z balkonów, mieszkań, samochodów… Przykłady można mnożyć. Niestety. Nauczmy się zatem przebywania w ciszy, a usłyszymy wtedy, że owej jest mało i  nie tak często występuje w przyrodzie. Cisza. Lekce sobie ważona przez nas, a to przecież od niej wszystko się zaczyna, i na niej kończy. Szukając (i o zgorozo znajdując) metafory, można by było napisać, że to krzyk nowonarodzonego dziecka przerywa ciszę, i człowiek w ciszy, chociaż krótkiej i indywidualnej umiera. Jest też inne oblicze ciszy, to ona rozpoczyna utwór, i ona go kończy, ale przecież nie tylko ten nie jest tylko i wyłącznie nieprzerwaną emisją dźwięku. Cisza tak niedoceniana przez słuchaczy i słuchaczki jest tak porządana. To ona współtworzy fenomen, który nazywamy muzyką.

Do słuchania  wcale nie trzeba się wcześniej nastroić.  Wbić we frak i siedzieć sztywno i wykwintnie. Nawet jeśli idziemy do filharmonii.  Nie trzeba też ćwiczyć przed lustrem… Wystarczy wziąźć płytę, pierwszą, drugą, a może kolejną i

już za chwileczkę już za momencik magiczny krążek zacznie się kręcić.

Nie trzeba trzymać się prosto i nobliwie. Wystarczy dobrze skrojony garnitur (dobrych manier). Można przecież zwariować. Wizualizujmy sobie koncert… Beatlesów i nieruchome pozy, wysublimowane gesty. Aa przecież zanim nastała era twist and shaut muzykę smakowało się inaczej, skromniej, ciszej. W sytuacjach oficjalnych, tj, w miejscach przypisanych „do właściwego” usytuowania. Jeszcze w wieku XIX, czy na początku XX ludzie wykształceni, liczący się z opinią innych, nie błądzą po barach, gospodach…  Doznawana ją radości wewnętrznej w sytuacjach oficjalnych. Zażywają muzyki.  Noż to przecież zakrawa na parodię, albo żart słuchanie w ten sposób muzyki rockowej… Novum zaproponowane chociażby przez Chłopców z Liverpoolu polegało między innymi na uwolnieniu emocji, uzewnętrznianiu ich i na mocnym uderzeniu. Nie byli oni pierwsi. Na ich sukces złożyło się wiele czynników.

Oczywiście formuła koncertu na przestrzeni wieków zmieniała się wraz z wzajemnym oddziaływaniem wielu czynników, wystarczy przypomnieć możliwości techniczne (utrwalania dźwięków, dysponowania czasem wolnym, emancypacji kolejnych grup społecznych etc). Garnitury, krawaty i rockowe granie po cichutku, po malutku z każdym wysublimowanym dźwiękiem… No, cóż bywały próby (i to udane) rozpisania dorobku Czwórki z Liverpoolu na składy orkiestrowe, aletraktowane jako dykteryjka a nie reguła. Nie ma nic gorszego jak branie udziału w koncercie i konieczność wymuszona okolicznościami uwewnętrzniania swoich przeżyć:

 

Wsłuchajmy się w nasze gusta, zbadajmy to, co nam się podoba, co lubimy, co nam przeszkadza. Strońmy od składanek the best of, najpiękniejszych motywów muzyki klasycznej, filmowej i jazzu i jakiejkolwiek. Lepiej wybrać sobie jednen album i wysłuchać go od początku do końca, albo wybiórczo, jednak spędzić trochę czasu z jedną płytą. Gdy już wejdziemy w świat dźwięków spotrzeżemy, mam nadzieję, że podział na gatunki jest rzeczą złudną, jeśli ktoś mu ulega to tylko zapętla się i wpada w ślepą uliczkę.

Nawiązań do muzyki klasycznej było wiele, i zapewne nie skończą się one wraz z pojedyńczym istnieniem, ale jako muzyka trwać będą przez wieki. O motywach zatrudniania składów orkiestrowych, albo chociażby kwartetów smyczkowych w muzyce popularnej, pisałam już wcześniej. Obecnie, tak jak w renesansie, choć z innych pobudek,  powraca się do motywów antycznych (np przypominając nieśmietelne dzieła Tycjana), można odnaleźć je tak w obrazach, jak i literaturze,  Zbigniew Herbert, stworzył prywatną mitologię (a raczej zbiór motywów mitologicznych) wydany został już po śmierci Poety.  Tak do muzyki dawnej, średniowiecznej, renesansowej,czy barokowej będzie się wracać. Również dlatego, że niektóre z nich wpisały się na stałe w kulturę popularną. Są dzieła, jak koncerty  skrzypcowe Rudego Księdza, które trafiły pod strzechy (i słusznie bo Vivaldi był nie tylko kompozytorem, ale też wirtuozem skrzypiec). Nie jest prawdą, że był aż tak natchniony i zwariowany, że pozwalał sobie na zaniechanie odprawiania mszy na rzecz pisania muzyki. Nie wiem w jaki sposób celebrował mszę, oprócz oczywiście wytycznych formalnych, ale to, jak pisał i w jaki sposób inspiruje nam współczesnych można usłyszeć i dziś.

***

Wiele motywów jest tak zgranych, wchłoniętych przez popkulturę, że albo nie ma ochoty się ich słuchać, albo trudno się nimi zachwycić, a jeśli nie zachwycić to, usłyszeć coś więcej niż wyświechtanie, wyblakłe formułki. Zatem co? I jak. Nie jest ważne, która z płyt będzie pierwszą, jaką przesłuchamy, o ile oczywiście się nie zniechęcimy. I nie zaprzestaniemy poszukiwań. To oczywiste.Jedną osobę zachwyci chorał, drugą Giuseppe Torelli, trzecią pieśni pielgrzymów, albo goliardów i wagantów, czwatrą etiudy transcendentalne Liszta, a kolejną Peter Gabriel, albo minimalizm. A dzisiaj? Co polecam na leniwą niedzielę, czym się podzielę… Siegam po pierwszą z płyt i

Polecam Szuberta, nie dlatego,że jak Chopin (polski punkt odniesienia, żeby nie napisać wizytówka, albo co gorsza „produkt eksportowy”) jest romantykiem, nie dlatego, że naisał ogromną ilość pieśni, miał powiedzieć, że przyszedł na ten świat żeby komponować. Nic dziwnego,że tak sądził, skoro od najmłodszych lat uczony był przez ojca i brata gry na instrumentach. To nie było novum, ani nic szczególnego. Szubert podobnie jak Chopin zmarł młodo,co nie przeszkodziło ani jednemu, ani drugiemu stworzyć dzieł do których się powraca, odkrywa na nowo. Zarówno do pierwszego i drugiego wracać będziemy (i to zapewne wielokrotnie). A dzisiaj polecam uwadze płytę wydaną trzy lata temu   Fantasie C-Dur; Rondo h-Moll; Sonate A-DurCarolin Widmann, Alexand(e)ra Lonquicha:

Niech nas nie zwiedzie,że czas gdy słuchamy muzyki jest czasem utraconym, bo przecież nie jest staconym, a przynajmniej nie na zawsze. Marzy mi się czas gdy czerpanie ze źródeł kultury i sztuki stanie się na wskroś demokratyczne. Co z tym silnie związane następuje pytanie, czy (a jeśli tak to w jakiej mierze) koniecznym jest rozumienie muzyki by jej doświadczać? Co zawiera się w czasowniku rozumieć? I jak wypełnienie owej definicji zmienia doznawanie muzyki, czy przebiega ono na korzyść, czy wręcz przeciwnie osoby słuchającej, słyszącej i rozumiejącej muzykę? Te pytania pozostawiam tutaj, bez odpowiedzi. Niech ten wpis będzie wstępem do korepetycji klasycznych w dobrym tonie.  A te, niech staną się swobodną podróżą w świat dźwięków. Już niebawem.

Zapraszam do dyskusji :):

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s