88. (Po)chwała drobiazgów, czyli nie tylko zielone zeszyty.

Ani śnieg nie przykrył niedawnych krwawych wydarzeń, ani sromotnego upokorzenia nie zasypał, ani wieści słabości francuskiej armii nie zmroził — na wieczność, nie na wieczność. Hulał wiatr wdzierając się w palta, i skostniałe myśli… Żołnierze niedzielnie bo  w świątek,piątek i niedzielę.W minucie każdej, dzielnie walczyli, ale zaprzepaścili swoje szanse na powrót z tarczą. Wiedzieć trzeba, że kampanie tej przeprawy nie tylko były skrupulatnie zaplanowane przez wroga, ale i stały si forpocztą nowego sposobu prowadzenia i rozstrzygania konfliktów zbrojnych. Z francuskich, kolorowych mundurów pozostały strzępy wypłowiałej tkaniny,obrosłej brudem, sztywnej od mrozu i błocka nieprzydatnej już do niczego.

Słupek rtęci poniżej zera utrudnił (albo nierzadko uniemożliwił) poruszanie się po drogach. Ślady te trudno było zatrzeć nawet niespełna rok po wydarzeniach wojny francusko — pruskiej.

Wiosną gdy przemarznięta ziemia zdecydowała się obudzić do życia, wraz z roztopionym śniegiem ukazywała żałość ludzkiej natury, która ukazuje swoje prawdziwe oblicze w czasach niespokojnie krwawych, pogorzeliska, zniszczenia, ruiny płakały w pełnym lipcowym słońcu. I tak cud, że akuszerka z medykiem zdążyli do owego wystawnego domu o dużych, czystych oknach,wypastowanych parkietach, długich, korytarzach by odebrać poród. (Jakaż to by była sromota nie zdążyć do tak zacnego domu)...

Albowiem wiedzieć musicie, że choć śmierć w trakcie utarczek, buńczucznego gniewu i napęczniałej wojennej rozpaczy przychodzi często pośród ludzi (i długo po niej wraz z hiobowymi wieściami o śmierci bliskich, dalekich krewnych, [nie]spełnionych kochanków na których drodze tylko kres doczesnego życia i bezkresna tęsknota) tak i  rozdzierający ból miesza się z tym, który zwiastuje nowe życie.

Dziesiątego lipca 1871 roku w zamożnym domu pośród potu, bólu, krwi,  krzyków, mieszaniny głosów i rozkazów, w czasie gdy trudno rozeznać, które jakiej przynależą personie. W czasie gdy rzeczywistość domaga się rozstrzygnięć nagłych, pewnych, skutecznych, a nede wszystko natychmiastowych: Czy pierwej podać czyste ręczniki i wazy niecierpliwie parującego wrzątku, czy próbować ulżyć cierpieniu, chociażby słowem. (Przecież na ból kobiecy nie wynaleziono jeszcze specyfiku). Słowem, które próbuje przedrzeć się przez gwar służby i ogólne podniecenie jakie towarzyszy takim wydarzeniom. Nie podobna go przecież stłumić, niezależnie w jakim zacnym domu miały by miejsce opisywane wypadki. Tak dzieje się od wieków. Może w innych domach jest mniej czysto, z mniejszym dystyngowaniem i gracją podaje się gesty, gazy, miny cytaty z dzieł uczonych wielce i wieści, fakty i plotki, ale oczekiwanie na koniec i ulgę zawsze ma jednakie oblicze.  W takich oto dekoracjach przychodzi na świat pierworodny Janne Clemence i Achille Adriena. Właśnie wydał pierwszy zdrowy krzyk. Nie trzeba było go klepać w pomarszczony pośladek nakazując uczestnictwo w tym okrutnym świecie. Czy zbytki złagodzą okropności, albo wysokie urodzenie pomoże uniknąć zawieruchy,nieprzyjemności i bolesnego upadku? W tym niepewnym czasie, gdy herb rodowy coraz mniej znaczy, a klasa średnia wydziera przywileje i władze zasłaniając się powinnościami, literą prawa i dobrobytem społeczeństwa. W tym świecie, w którym postanowienia pokoju zawartego we Frankfurcie rachityczne i nazbyt  świeże, powoli nabierają mocy.W tym świecie jeszcze nic nie wiadomo. Jeszcze nic nie jest pewne. Nic oprócz tego, co zdrowo namacalne. W domu wuja (od strony matki) w południowej części Paryża przybył mieszkaniec.

***

Chłopiec zapomniał już o becikach, pieluszkach, śliniaczkach, kolkach, zaparciach właściwych wiekowi niemowlęcemu,  i o  pierwszych krokach także zapomniał. Śmiało ganiał z kolegami  i o dwa lata młodszym bratem, Robertem po paryskim bruku brudząc w kant wymaglowane spodnie.

Gdy  cienie chłopców stawały się coraz dłuższe, chęć do nieskrępowanego folgowania sobie w zabawie temperowana przez bony i rodziców,  maniery, gesty  coraz  bardziej wystudiowane, pewne, (chociaż dziecięce jeszcze), wtedy to Marcelowi po raz pierwszy zabraknie tchu.  Ojciec znany higienista, uczony w księgach, cytowany wielokrotnie na sympozjach i w pracach ważnych, wynalazca kordonu sanitarnego, pogromca cholery i dżumy, wiedział o czym świadczą napady nocnego kaszlu, świszczący oddech, częste wysięki z nosa…

Dziewięć lat

i wyrok. Dzieciństwo oddala się bezpowrotnie niepewnym krokiem i świszczącym, krótkim, płytkim oddechem. Cóż nie od dzisiaj wiadomo, że szewc chadza boso, z obdartymi stopami, stwardniałą obolałą skórą, choćby odziany w nieskazitelną biel kitla. Do tego taki to strój nakłada nań obowiązek, częstych wyjazdów.

[Szewczyk, Ola Maurer 40lecie Piwnica pod Baranami,koncert galowy]

Czy taką przyszłość sobie wymarzył przybywając do Paryża z cenzurą celujących stopni, która była przepustką do lepszego świata? Ucząc się pilnie po nocach. Studiując zbutwiałe księgi, wydzierając swoje przeznaczenie z łacińskich nazw, i opasłych przypisów sycących się mądrością przeszłych pokoleń. Czy o taką przyszłość chodziło? Biegało? Step, stepowało step by step day bay day. Jakie pokładał gwarancje w tytule  doktora medycyny, który otrzymał w 1862 roku po obronieniu rozprawy poświęconej zagadnieniu idiopatycznej odmy opłucnowej.   Dał przecież słowo ojcu i matce, że także i oni nigdy nie będą musieli troszczyć się o los, zaglądać z trwogą w sztambuchy i księgi rachunkowe, nigdy więcej nie będą musieli kolekcjonować zmarszczek bo interes nie idzie po myśli, mało ludzi teraz nabywa dobra, a stara rodzina sklepikarzy, choć zacna,  z pokolenia na pokolenie sławiąca się nieskazitelną opinią, teraz ubożeje? Dwadzieścia trzy lata później obejmował katedrę higieny w Paryżu.  Potem został wybrany do Akademii Medycyny. Współzałożyciel Office International d’Hygiène Publique.

On. Felczer, którego sława przekracza dumnym krokiem granice państw języków, on, katolik, który pojął za żonę, bogatą, dobrze urodzoną,  pannę, która odebrała staranne wykształcenie, (właściwe, oczywiście dla jej płci— oczywiście bez ekstrawagancji), oto on, ojciec Marcela i Roberta, on, który nie może zaprzestać podróżowania dowiaduje się, że jego pierworodny, którego krzyk niewymuszony przy urodzeniu niósł dobrą nowinę o zdrowiu i radości, zapadł na zdrowiu, i nie ma możliwości ni nadziei na jego wyzdrowienie. kiedykolwiek. Wieść ta wymusza na rodzicach, a zwłaszcza matce inny rodzaj socjalizacji starszego z dzieci. Jego przyjaciele i znajomi spoglądać będą już inaczej,pobłażliwiej i niepewnej. Nie tylko bawić się, czy śmiać, nauczą by nic sobie po nim nie obiecywać, względem niego nie stawiać nadto warunków. Pozwalają nadto nie tylko choroba, ale i zasobność rodziców. I sława ojca, którą przecież można spieniężyć. Grubość portfela i w tych czasach przekłada się na zażyłość w sferach jeśli nie niebieskich to wyższych. Już podaje służba posiłki w pięknych porcelanach ręcznie zdobionych wazach, a echa wojennej zawieruchy ledwo co wspominać, niczym dykteryjkę, czy niedogodność, przejściową. (Przynajmniej w zasobnych w zbytki domach). Budzi się przecież nowy wiek. Wiek, obfity w odkrycia —nie tylko medyczne— wiek, który nie tylko nauczy człowieka latać, ale i ujarzmi ból i śmierć.

W tym wieku krząta się matka, krząta z kąta z w kąt, skąd? Stąd!  Z kąta w kąt. Z rozwartego po ostry tak, jak czynią to panie o bladych twarzach, zdrowej cerze, i wystudiowanych pozach, wzmacnianych żelazną konsekwencją gorsetów. Córka maklera giełdowego, o której milczeć będą przez wieki nie tylko księgi, podania ale i przypisy. Matka, urodziwa, dumna, biegła w mowie jasnej i przejrzystej, mowie bogatej w przymiotniki. Posługująca się językiem, którym władał Szekspir i Goethe równie sprawnie co ojczystym. Matka, która ujarzmi podczas poobiedniego odpoczynku partytury, a dźwięk sonat będzie rozchodził się lekko po przestronnym, jasnym, paryskim domu. Matka, która nie pozwoli by księgi pokrył kurz. Matka, która ocaleje nie tylko w nieśmiertelnej trosce o syna, lecz także w listach. Listach nabrzmiewających od cytatów, i pijanych od wysublimowanego, trafnego, poczucia humoru. Humoru, który zdradzał wszystko, i zachwyt nad porządkiem świata, i dystans do swojej osoby.

To jej bliskością jak mechatym, ciepłym pledem otulony będzie Marcel. To z nią silnie związany. To ona będzie kibicowała jego poczynaniom. To ona znajdzie panaceum na lekceważenia ze strony rodziny, kolegów i przyjaciół nieprzychylne spojrzenia. To ona chwalić będzie pierwsze publikacje w gazetkach szkolnych (Zielonych zeszytachUczcie). To ona będzie świadkinią pierwszych szkolnych tryumfów, wyróżnień, i nagród. To ona  będzie  czytywała uważnie jego felietony, które potem wydrukuje Le Mensuel. To ona będzie uspakajała ojca zaniepokojonego niepewną przyszłością syna. To ona namówi Marcela by podjął wolontariat w najstarszej francuskiej bibliotece. (Miało być to przyczynkiem do zdobycia przezeń pewnego zawodu, doświadczenia, a w konferencji zatrudnienia  w przyszłości, niedalekiej, jako etatowego pracownika. Miało być. Czas przyszły, tryb konsekwentnie niedokonany).  Niebawem Marcel zaczął przynosić nie tylko pisma Montaigne’a, Carlye‚a, Dostojewskiego czy Flauberta do domu, ale również zwolnienia swoim pracodawcom. Tak często przedłużał okres absencji, że zwierzchnicy stracili nie tylko cierpliwość, ale i nadzieje, że kiedykolwiek podejmie pracę.

Marcel uskutecznia cierpienie.

Tym większe, im większa świadomość nieuchronności, niemożności odwrócenia strzałki czasu. Wychowywany w dużym domu. Oskarżany o egocentryczne zachowania wobec bliskich. Snob, który ma czas na dezynwoltury i zabawy, ale nie na cyzelowanie czasu gramatycznego. Nie pisze, choć mógłby. Nie pracuje systematycznie, choć mógłby. Nie uspokoi się, choć…Nieliczne dni spędzone w Mazarine odeszły w zapomnienie ba, wybiegły… Zapalczywy, wręcz choleryk, szepcą niektórzy, podobno podarł komuś nakrycie głowy podczas wymiany zdań. Podobno szybko się pogodzili. Podobno łatwo się obraża, ale podobno też szybko wybacza. Podobno jest też wesoły i towarzyski. Iście Kafkowskie zachowanie! A Marcel lubi kafkę, ale kawkę z mleczkiem najbardziej. Podaną w małej francuskiej filiżance porcelanowej. Z mikroskopijnym biszkoptowym ciasteczkiem na zielonobiałym spodeczku. Nie wiadomo, czy wstrząśniętą, czy zmieszaną.

Marcel kruszy godziny (te, których nie traci w towarzystwie sobie podobnych bon wiwantów z Dilettante Society, arystokratów, którzy finansują naukę greki klasycznej i sztuki rzymskiej w szkołach. Na salonach St Germain) z dala od chaosu i hałasu, którego nie toleruje, tak jak zapachów kwiatów (czyżby był alergikiem? I nie wykryło tego czujne oko ojca, albo  brata, który także był lekarzem). Nie cierpi odgłosów. Jakichkolwiek. Dlatego też nie ma telefonu w domu. Dźwięk rozprasza.

Stuk, puk, stuk puk. Tak to to tak to to  to. Panicznie boi się pociągów.  Wraz z matką, i kuzynką swojego partnera, Marie Mordingrer przez sześć lat tłumaczy Ruskina (którego poglądy na sztukę podziela, choć nie bezkrytycznie)Doskonale przyjęte przez krytykę (np przez Henri Bergsona).  Dalej mieszka z rodzicami. Nigdy się od nich nie wyprowadzi, nigdy nie postąpi tak jak Kafka. Pracuje nad pierwszą książką, którą w 1896 roku wydaje. Wydaje mu się, że jest pisarzem. Przez wielkie Pi. Tymczasem (bardziej tamtym, albowiem Marcel już dawno nie żyję, a my cieszymy się jeszcze rzeczywistością) na książce recenzenci i krytycy nie pozostawili suchej  czcionki. Z jednej strony dziwi ów fakt, przecież na ową pozycję  składały się teksty  wcześniej publikowane, do której zgodził się napisać przemowę sam Anatole Francis, a ilustracje wykonała nie mniej znana Mme Lemaire. Czy ten nie młody już mężczyzna nie pragnie cudzej chwały, tak jak uwagi matki? Z drugiej strony, mógł być potraktowany jako ten dandys pragnący rozgłosu…

Rok 1896

to czynienie notatek w zeszytach, na marginesach, znaczenie dni inkaustem. Rozpoczęcie pracy nad pierwszą powieścią. Tą samą, którą każe spalić. Zniszczyć, ale kazać, a zrobić to dwie jakże różne kwestie. To zachęta  do sięgnięcia po owoc. Wiadomo, że po owocach ich poznacie, szczególnie po zakazanych…Czy można się wszak dziwić, że nakaz nie został spełniony? Tak, dziwić się można, bo kto komu zabroni? Marcel. Pracuje. Nad książką. Tą samą która zostanie wydana w 1954 roku. (Jak widać nie tylko szczęśliwi czasu nie liczą, wydawcy też tego nie czynią).

Na przełomie 1889/90 roku służył w armii, sam się zresztą do niej zgłosił. Za mundurem panny, ale chociaż… Niby z astmą, niby obolały, słabowity, ale jednak sam zasilił szeregi, ale jednak szlachetnego pochodzenia, to nie można traktować go ulgowo… Spojrzeć okiem łaskawym.

Rok 1903

przynosi trudne prawdy. Rok przeklęty.  Ojca marnotrawnego, który na czas zgrzybiałej starości osiadł w swoim domu wygrzewając skurczone kości i żółtą skórę. Ojciec który próbuje zbliżyć się do syna. krótko przed śmiercią poróżni się z synem. Marcel nie pamięta, o którą z nieistotnych rzeczy w gorączkowej wymianie zdań poszło. Nigdy nie byli blisko. Choć próbowali uskuteczniać bliskość, tak jak ojciec próbował nazwać książki, ściany, przestrzeń swoim imieniem. Umrze we wrześniu. Prawdziwy koniec świata dopiero nastąpi. Dwa lata później wraz z wrześniem, ze śmiercią matki. Świat przestał istnieć, a Ziemia ma czelność krążyć wokół bezczelnie świecącego słońca, które jeszcze wschodzi bezczelnie i konsekwentnie. Dobrze, że chociaż krótko przed śmiercią zdążyła jeszcze ujrzeć w księgarniach drugie tłumaczenie Ruskina. Sześć spędzonych lat nad jego książkami.

We wrześniu Robert żeni się i opuszcza dom rodzinny, co jest dla Marcela trudne. Nie wie w jak nazwać nową przestrzeń, co położyć, a co unosić. Po Rodzicach odziedziczy dom, którego sypialnia miała zostać obita korkiem. W domu nie wolno było trzymać roślin, ani doniczkowych, ani ciętych. Pisarz miał prawo mieć tylko [ś]ciętą ripostę.

Wydanie pastiszy nastąpi pięć lat później ma funkcje oczyszczającą z cudzych wpływów, naleciałości, z gęb. Zwłaszcza, że doskonale parodiował cechy charakterystyczne innych pisarzy. Podziwiał również Saint Simona, Stendhala, EliotaOdziedzicza ogromne mieszkanie po rodzicach. Szuka nie tylko znaków, (przystankowe by się przydały,panie Proust zdanie na kilka stron, kto to przeczyta?! Ze zrozumieniem. I w całości. Niech im czcionka lekką będzie!) Podobno jego sypialnia obita jest korkiem, ale nie nie pisze w niej swojego wiekopomnego dzieła (wbrew obiegowym opiniom). Cztery tysiące  stron. Ponad dwieście postaci. Długie frazy nie mieszczące się w szpalcie redakcyjnej konieczność doklejania małych kartek to tu to tam. Nie jest prawdą, że podczas pisania dzieła życia wycofał się z życia, nie, nie zrobił tego także po śmierci matki. Dalej urządzał obiady u Ritza dla przyjaciół. Jego aktywność poskromiła Wielka Wojna. Zmarł ukończywszy W poszukiwaniu straconego czasu. Zdążył. Choć ostatnie dwa tomy brudnopisu poprawia Robert.

Prywatnie Marcel związany jest z Reynaldo Hamnem. Pianistą. Z szoferem Agostimellim, tak wiem, uważany za wojerystę i bywalca lupanarów. W prezencie od Pisarza dostał awionetkę, którą się rozbił. Śmierć na miejscu. 

Prywatnie uśmierza burzę. Pojedynkuje się z Jorrainem Lorrainem, Tego, Który Ośmielił Się Skrytykować Dymu nie było. Dwa strzały. Pojedynek nie roztrzygnięty,ale za to jest o czym pisać w listach do przyjaciół i nieprzyjaciół. Taka to była breweria. Ale jeszcze większa była ta z polskim tłumaczeniem tomów W poszukiwaniu… Podczas gdy Proust nie mieścił się w szpalcie dopisywał to tu, to tam znów doklejał, a Pan Tadeusz zdecydował, że trzeba było ciąć, ciąć, ciąć by dostosować powieść do polskiego czytelnika (czytelniczki). I tak powieść fascynuje i przeraża, daje asumpt do tropów, czy Albertyna była Albertem?

I to pytanie czym jest sen? Podświadomość, ale nie ta w rozumieniu Freuda, a pamięć mimowolna? Ja istniejące poza czasem, który uparcie biegnie w jedną stronę… Kim jest artysta i jaki świat w sobie nosi? Czytanie samego siebie, trudne jeśli ma się zdanie na stronę. Można iść na stronę. Można wyjść z siebie i stanąć obok, można, można kontemplować jak Proust koneser szczegółów, znawca drobiazgów…

PS. Nie pisał w łóżku. Nigdy. Nie wycofał się nigdy z życia publicznego. Oczywiście życie towarzyskie zwolniło puls gdy pisał, i oczywiście II Wojna światowa pokrzyżowała plany. Nie tylko powieści, ale życia, które jak wiadomo jest nowelą… Zdaniem niektórych przynajmniej…

[Stary dom, Grzegorz Turnau, 7 widoków w drodze do Krakowa,  Mystic  28.11 2014 r.]

Pozostańmy w konwencji krakowskich wpisów i zakończmy opowieść piosenką Krakowianina— więcej o płycie można przeczytać tutaj.

11 myśli na temat “88. (Po)chwała drobiazgów, czyli nie tylko zielone zeszyty.

  1. Homoseksualista na utrzymaniu mamusi 🙂 ale, można inaczej…. #5000lib
    I wtedy nawet choć długo to się wgłębi w człowieka 🙂

Odpowiedz na 5000lib Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s