85. Wspólny mianownik.

Katarzyna Rosicka  Jaczyńska miała wszystko.

Wszystko.

Pracę którą kochała, w której się spełniała, i w której wyznaczała trendy. Szła śmiałym krokiem nie tylko na wybiegu. To ona jako pierwsza w Polsce (nie wiem czy nie na świecie) zaprowadziła na wybieg nie modelki, zwykłe dziewczyny z energią. A niby teraz to taki hicior.  Gdzie tam… I tam, i tu i tu i jeszcze taam. Tadam. A jak nie dam to Katarzyna sama weźmie. Była piękną kobietą, taką, za którą oglądali się mężczyźni. Nie jeden marzł i marzył o niej w niedwuznacznych sytuacjach. Lubiła ich. 

Lubiła życie na krawędzi. Katarzyna miała wszystko Dom,przestronny, słoneczny, piękny. Dwójkę dzieci— zdrowych, pięknych, mądrych, żywych,inteligentnych. Chłopca i dziewczynkę. Zajmowała się nimi rzadko. Za rzadko. 

[Ale jak wszystko, to wszystko].

SLA także. Miała. Katarzyna Rokicka już nie żyje. Ale Ołówek pozostał. To książka przede wszystkim o stracie, o zmianie, (niekoniecznie) pożądanej. A jeśli tak, to dla kogo? Przeczytajmy tę książkę, nie jakby traktowała o osobie z niepełnosprawnością na pierwszym planie. Ale zważmy na to w jaki sposób stan zdrowia, czy niepełnosprawność,która jest widoczna wpływa na osoby, które jej doświadczają. W jakim kierunku podąża ta zmiana wraz z pogorszeniem stanu zdrowia oraz jakie zadania i oczekiwania wobec takiej osoby są wysuwane.  W jaki sposób osoba walczy żeby ją ukryć pod byle stłuczeniem, gazikiem i bandażem. Co się dzieje gdy to już niemożliwe?  I w jaki sposób następuje pogodzenie się, poddanie Losowi.  Kapitulacja. 

Książka czytana z tej perspektywy nie daje nadziei, a ją wydziera.  Jeśli już daje nadzieję, to nie osobom z niepełnosprawnościami, ale osobom zdrowym, które nie zdają sobie sprawy czym dysponują w życiu i jak wiele mają na co dzień, ale to nie wystarczy. A jeśli już jest takim właśnie gazikiem na rankę, na stłuczone kolanko, na wymyślane sobie kompocików. Tak, to t e ż jest potrzebne. , nadzieja  To książka o tym jak umiera indywidualność, nadzieja i wiara w spełnienie, o tym jak postrzega nas społeczeństwo, o tym, że zmiany na poziomie instytucjonalnym są potrzebne, o tym, że konieczna jest rewolucja. O tym jak Rzeczywistość  staje się ością, którą tak trudno przełknąć, dlatego aby coś w tym życiu ugrać trzeba zamienić nie tylko dekoracje, ale wyzbyć się oczekiwań, marzeń, ambicji zawodowych,i ostrego języka.

[Ołówek, Katarzyna Rosicka— Jaczyńska, Poligraf, 2011]

Eli, Eli to kolejny zbiór reportaży uznanego korespondenta wojennego i reportażysty Wojciecha Tochmana. Książka, z którą mam kłopot i która powoduje u mnie dysonans, i stawia pytanie ważkie i trudne. O medialność nieszczęścia wynikające z  biedy.. O  atrakcyjność o medialność, o rzeczywistą twarz nieszczęścia. Czytam i nie mogę się opędzić od myśli.

W jakim celu ta książka powstała?

I gdzie we mnie trwa źródło oporu? Szukam, szperam, odskrobuje.  Czy to sposób w jaki Wojciech Tochman opowiedział o biedzie i jej wykorzystaniu w celach marketingowych, w jaki sposób on i fotograf (Grzegorz Wełnicki) wpisują się w ten dyskurs ulegając mu, a w jakim stopniu go w s p ó ł t w o r z ą. I czy autorzy, bo przecież fotografia warta jest ponoć więcej niż tysiąc słów, nie poszli na łatwiznę szukając łatwego, nośnego tematu, i iście fotogenicznego,przecież sami przytaczają wypowiedzi osób, które są zdania,że bieda na Filipinach jest bardziej fotogeniczna,może warto by było opowiedzieć w sposób nietuzinkowy o nierównościach w Polsce? Pogrzebać, odrzucić to co się narzuca,to co było mielone już częstokroć. A może to po prostu jest za trudne, zobaczyć i żyć w Polsce, w Polsce, która w Europie jest na niby. Może tak naprawdę reportażysta nie zna Polski i tej niewiedzy się boi? Dlatego tak łatwo jest uciec do dalekiego kraju, który można opuścić, odgrodzić się, zamknąć w sugestywną polszczyzną w soczyście okrągłe zdania? Czy mówiąc o biedzie i nędzy osoba, która się wypowiada musi zająć stanowisko wobec swojej narracji? Jeden z bohaterów mówi:

…wszystko trzeba dzisiaj upozować:film,zdjęcie, książkę nic dzisiaj inaczej nie sprzedasz, i miłość trzeba poprawi, i biedę przebrać,podkręcić, slumsy podbarwić żeby się dało na nie patrzeć….

Można ukrywać,można udawać, można wiele czynności wykonać i energii poświęcić,żeby zauważyć,że tak w mówieniu o stanie zdrowia, niepełnosprawności,czy biedzie, wykluczeniu istnieje konwencja, w której należy mówić o tych zjawiskach, albo w jaki sposób je łamać.

Czytam powoli, smakuje zdania, i obserwuje siebie i pojawiające się pytania.

[Eli,eli, Wojciech Tochman,Grzegorz Wełnicki (fotografie),

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013 s.71-72].

Dwie książki.

Jedna opowieść.

Mnogość pytań.

Dobra literatura zadaje pytania, a książki czyta się krytycznie, oczywiście można czytać dla czytania, dla języka, składni, kreacji bohaterek i bohaterów. Oczywiście nie chodzi o to, by szukać dziury w całym i nie całym. Dziury znajdują się same, n jeśli książka jest niechlujnie, albo nieprawidłowo złożona. 😦

Ciąg dalszy nastąpi? A jaka tego pewność? I kto niby miał by go napisać? W jakim celu? I komu to potrzebne?

Bardzo ważne rozważania,spostrzeżenia umieszczone są na końcu książki. Niniejsza publikacja zrodziła się z cierpienia.Grzegorzowi Wełnickiemu zmarł ojciec,nie przeżył operacji. Tego nie robi się Bliskim. Młody Fotograf chciał być sam, sam najlepiej na końcu świata. Tam gdzie panuje bieda, smród, bród, muchy, które rządzą ciałem. Tam gdzie nie mając nic, mamy coś, coś co pozwala przeżyć. Wyjechał na Filipiny gdzie ludzie śpią na grobach, widział i zobaczył, zrobił zdjęcia, chciał pomoc ludziom,których spotkał i wrócił do Polski. Mariusz Szczygieł napisał  maila do reportażystów Gazety Wyborczej. W taki sposób odezwał się do niego Wojciech Tochman. Pojechali znów, we dwójkę. Reportażysta i fotograf. Z rozmów, w Polsce, z rozmów w filipińskiej dzielnicy biedy powstała ta książka.

Najważniejszy dla mnie cytat z tej książki to:

(…)reporter słucha, pyta, notuje, (…) kiedy wraca do domu to pisze. Napisanych słów przed drukiem nie pokazuje nikomu. A już na pewno nie tym, ,których tekst dotyczy (…) Reporter wysyła mailem plik do wydawcy. Ktoś książkę redaguje, ktoś robi korektę, ktoś projektuje okładkę, ktoś akapit o akapicie łamie tekst, ustawia zdjęcia, tytuły rozdziałów. Wszyscy zarabiają nic w tym nagannego. Papiernia zarabia, drukarnia, transport,hurtownie, księgarnie, szczególnie te wielkie sieciowe. Tam tak bywa, za wyeksponowanie książki w widocznym stole(zwykle na wprost wejścia) wydawnictwo słono płaci. Książka musi się sprzedawać. Wtedy zarabia autor, fotograf, wydawca. Jak dobrze pójdzie to i agent zarobi na sprzedaż praw za granicę. Zarabiają tłumacze, może nawet kilku,kilkunastu, znowu redaktorzy, korektorzy, graficy. Znowu drukarnie, hurtownie księgarnie. I znowu autor. Zarabiają działy promocji,medialne korporacje, gazety, stacje radiowe, bo wydawcy płacą im za reklamę, tego co wydają. Dostają honoraria recenzenci książki, autorzy wywiadów z pisarzem, prowadzący jego spotkania z czytelnikami. A jeśli w sali, gdzie autor mizdży się przed czytelnikami znajdzie się jakiś bar, to i bar przy okazji książki zarobi (choćby księgarnia Wrzenie Świata w Warszawie). Piwo albo wino pasuje do autorskiego ględzienia. Nie ma baru -jest catering,nie za darmo przecież. Wcześniej, w wypadku non fiction o drugiej stronie globu,zarabiają na książce lotniska i linie lotnicze, autora i fotografa trzeba przewieść kilkakrotnie tam i z powrotem, przez dwa kontynenty. Zarabiają ubezpieczyciele, hotelarze, taksówkarze i zarabiają państwa, (…) procent od wszystkich pieniędzy w tej reportersko – wydawniczej machinie, wydawanych, zapłaconych i zarobionych. A bohater prawdziwej opowieści? Wciąż w starych gaciach, tyle ma co na tyłku. Literatura non—fiction to łańcuch pokarmowy, czasem długi na tysiące kilometrów. Jeden koniec nie widzi drugiego. Gardło i odbyt. (…)Czytelnicy lubią w reporterach widzieć zbawców świata. Reporterzy zwykle nie sprzeciwiają się tym wyobrażeniom; zło trzeba nazywać po imieniu, mówią zło trzeba piętnować pokazując zło, pomagamy ludziom.

Ale jak widać niektórzy z opisywanych nie życzą sobie pomocy na naszych warunkach. Stawiają swoje. (…) Sporo od nas dostał. Nie chodzi o pieniądze (…) bohater wiele od reportera dostaje reporter jest światkiem jego życia,. Nikt wcześniej nie dał mu tyle czasu, zainteresowania, życzliwości, a może i ciepła. Reporter pozwala mówić, nie przerywa, cierpliwie słucha, nie ocenia rozumie. (…) Bohater myśli ktoś zwrócił wreszcie uwagę na moje marne życie, komuś jest ono potrzebne, ktoś o mnie gdzieś daleko przeczyta. Może nawet polubi moje życie na fejsie, skomentuje, albo udostępni.(…) Autorzy non –fiction, na pewno niektórzy. Lubią powtarzać, tę myśl, ale rzadko dodają, że w ich zawód wpisana jest zdrada. Zdobywają zaufanie ludzi, kolonizują ich dusze, aby wziąć od nich, to co mają najcennie jsze:ic story. Ludzie chcą aby ktoś im współczuł, reporterzy przede wszystkim chcą mieć dobry tekst. (…) po co? Żeby poprawić los? Żeby poprawić coś opisywanego? Poszerzyć obszar niezgody na nędze i zło? Tak sobie i jemu tłumaczą,kiedy namawiają do rozmowy. Czy żeby poprawić los swój? Żyć bez monotonii, z adrenaliną,, cieszyć się pracą, podróżować. Uciekać z domu, kiedy dom człowieka nudzi? Karmić swoje lęki, obsesje? Zaspokajać ciekawość? Próżność? (,,,) Kiedy książka się uda, autor jeździ na spotkania z czytelnikami. W kraju, a jak dobrze pójdzie to i za granicę. Bo zapraaszaja go (…) Siada przed pełną lub niepełną salą. Mówi o ludzkim cierpieniu, upokorzeniu, i strachu i ogardzie. O niesprawiedliwości nierównościach, wyzysku. Jest mądry nie swoją mądrością.(…)Reporter bez ludzi nie istnieje. Oni wskazują mu drogę, dają czas, wiedzę i kawę. Także bezpieczeństwo. I karmią, jeśli akurat w trakcie spotkania jest na to pora (…) I spanie reporter dostaje, kiedy hotel za daleko albo za drogo.

[Eli,eli, Wojciech Tochman,Grzegorz Wełnicki (fotografie),

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013 s.]

Cytat ważny, arcyważny, dlatego przytoczony— nie tylko dlatego, że w pewien sposób spaja dwie książki— tak jeśli ktoś myśli by zając się pisaniem,jak i jeśli ktoś myśli zająć się czytaniem, albo podróżowaniem. Dobrze nie mieszajmy w to przewoźników, chociaż o transporcie już było. 🙂 Ale dlatego, że o postawach osób, które zajmują się pisaniem mówi się nie często. 

 Gdybym miała przeczytać tę książkę po raz kolejny, zaczęłabym od podziękowań. Czyli od końca. Niewątpliwie autorzy mieli konkretny zamysł tak właśnie ją pisząc. Niemniej, polecam uwadze rozważenie zaczęcia  od podziękowań, czyli podglądania  backgroundu powstania publikacji.

Może, a chciałabym by tak się stało, żeby ta właśnie książka skłoniła kogoś do sięgnięcia po publikacje z innej nieco półki, ale dotykające tych samych problemów. Jakiś czas temu w serii socjologicznej ukazały się na polskim rynku książki dotyczące takich tematów jak bieda, czy stan zdrowia, niepełnosprawność. Warto po nie sięgnąć. Nie tylko jako plaster na dezynwoltury i chandry. A może jako początek do interakcji, wyjścia poza schemat, poza swój strach, poza sferę komfortu. Wejść w las. Dopiero wtedy coś się wydarzy. Do wyjścia poza, bo nasze społeczeństwo jest zbiorem ludzi, którym się udało, którzy są zdrowi, sprawni, piękni, wygładzeni, wygadani, przebojowi, wybiegani, z pasjami,kredytami, pracami. Zabieganiem obowiązkowym i mądrym i kontaktami, lunchami na mieście i podróżami. 

Zdania te dotykają istoty dziennikarstwa, istoty pisania, nie ważne, czy będzie to reportaż krajowy, czy zagraniczny. Roli jaką bierze na siebie reportażystka, reportażysta, czego oczekuje od ludzi, co im zostawia. Wojciech Tochman pisze,że nie naczelną zasadą jest niepłacenie za wiadomości,by interlokutor (ka) nie czuł(a) się zobligowan(a)y mówić to, co od niego,jej oczekują.

Czytam powyższe zdania, i głośno myślę. Powiedział mi ktoś, że książka, tak jak masło, telewizor i inne sprzęty stało się towarem. Nie jest już tym, czym była w XIX wieku.(Choć znam książki, które nie są białymi krukami, a osiągają ceny 340 zł dla przykładu). Zgoda. To, że za wyeksponowanie książki w dużych sieciowych sklepach płaci wydawnictwo, i to nie małe kwoty, jest tajemnicą poliszynela. Każdy człowiek, który choć trochę interesuje się rynkiem wydawniczym to wie, albo tego się dowie. Kwestia czasu, (również) gramatycznego. To rodzi zarówno pokusę jak i usprawiedliwienia, o których pisze autor. Bieda, zły stan zdrowia, zło, niesprawiedliwość mają szansę stać się towarem dla zamożnych, i tych, którzy są daleko. Ba, mają szansę stać się atrakcją. To, że zawsze się takimi stają było by uogólnieniem, a wiadomo do czego przepustką są uogólnienia.

Machina wydawnicza to jedna kwestia.

Drugą otwiera się zdaniem, czy reportażyst(k)a zawsze daje? Nie, nie rozmawiajmy o pieniądzach, finansach, przynajmniej nie to było moją intencją. Chodzi o czas,uwagę,chęć przekazania informacji dalej. I czy on, bądź ona oczekuje wdzięczności? Jak szybko wchodzi się w rolę dobrego dziennikarza (dziennikarki)? Pada zdanie:Nie chcą pomocy na naszych warunkach. Zgoda, tutaj akurat, dla tych, co nie czytali książki chodzi o fakt, że jeden z tambylców, mieszkańców Onyxu, czyli cmentarnej dzielnicy biedy, szantażuje autorów książki, i domaga się zapłaty. Jak pisałam odczytuje słowa sensu largo.

Jeśli chodzi o Ołówek, to w stosunku do autorki różni ludzie z jej otoczenia mają konkretne wizje jej zachowania, (bądź ugodowa, nie kłóć się, nie wyrażaj swojego zdania), czy ubierają ją tak, by lepiej było potem przebrać, a nie w takie rzeczy, w których Katarzyna się dobrze czuje etc.

Wojciech Tochman i Grzegorz Wełnicki mówią, i nie mam powodu im nie wierzyć, i nie piszę tych zdań by ich relacje, intencje podważyć, pomogli osobom, które udzielały im wywiadu. Może nawet znajdzie się ktoś,kto na przykład po przeczytaniu publikacji wyjedzie na wolontariat, albo zaangażuje się w kraju w działania pomocowe? Kto wie?

Rola dziennikarza, zwłaszcza takiego, którego status socjoekonomiczny jest wyższy, albo jako taki jest postrzegany, jest ucieczka przed zbytnią pewnością tego, że zbawia świat, jest jedynym który pogłaszcze kiedy trzeba, i przytuli, opisze, dlatego tak uderzające i tak potrzebne i tak gorzkie są słowa Tochana o zdradzie, która wpisana jest w tą profesie. Ale te słowa, nie mogą być usprawiedliwieniem, proporcem noszonym przy każdej okazji tak, tak jest i trudno.

Ponieważ każda sytuacja ma przynajmniej dwa punkty widzenia, albo dwie strony medalu. Drugą, jest rozczeniowość. Ta wydumana, ta, która nie istnieje, i ta namacalna.

Katarzyna Rosicka— Jaczyńska mówiła często, że w sytuacji gdy była zdana, zależna od pomocy osoby drugiej,a jej zachowanie nie było zgodne ze stereotypem, to oskarżana była o rozczeniowość.. To jedna strona. Oskarżenie o rozczeniowość przez osoby, w tym przypadku, zdrowe. Chcące świadczyć pomoc na swoich warunkach. Niekoniecznie ze złej woli. Wiem, to temat iście niewygodny. Temat tabu. 

Drugą stroną jest rozczeniowość ta  rzeczywista, otyła i rozdęta, dezynwoltura. Jeden z interlokutorów, który nie dostaje tego,czego oczekuje, czyli pieniędzy, który żeruje na cudzym nieszczęściu, skrajnej nędzy. 

Kolejnym pytaniem, które ciśnie się na klawiaturę, to jest to, z jakiego powodu czytamy książki o takiej tematyce? Pocieszenie? Dotykanie,czegoś, czego nie dotykamy, ale co daje nam ułudę. Niby patrzymy na kobietę drzewo, ale nie jesteśmy zobligowani/ zobligowane się przywitać, nie wiemy jak pachnie,my którzy bardzo często pędzimy na drugi koniec autobusu gdy wsiada doń cuchnący kloszard. Oczywiście jesteśmy w stanie wymyślić tysiąc pięćdziesiąt trzy powody dlaczego, po co, w jakim celu? I to nie z wyrachowania, ale z braku refleksji. Czysto intelektualnej. Niewiedzy. Bądź ignorancji. Nie piętnuje oglądania,bądź czytania książek o takiej tematyce. (Czy czytania w ogóle), jetem zdania, pewnie to dziś nie modne, albo widziane w złym tonie, albo w całkiem dobrym świetle, a jak nie jedno i nie drugie to na pewno czasochłonne, i wymagające wysiłku. Chociażby z tego wglądu, że wymaga odrzucania stereotypów, nie rzadko wglądu i wysiłku poznawczego. Oczywiście można przeczytać, sięgnąć, i zobaczyć, może nawet wspomóc, może nawet mieć własne zdanie, tyle, że czytając taki sposób nie zanurkujemy, nie zobaczymy ile jest pod powierzchnią. Będziemy dryfować spokojnie,albo czasami nie spokojnie, ale jednak po powierzchni. Czasami to i przydatne, tyle, że cóż, do tego można sięgnąć po kryminał… Jaką rolę tak z pozycji osoby piszącej jak i czytającej ma spełniać wywiad, albo tak jak pisze Tochman,literatura non- fiction? Przecież dobrze, rzetelnie, z pasją napisany kryminał też potrafi poruszyć, zatrzymać, chociaż na chwilę. Tyle, czy ta rola jest tożsama. Czy nie idziemy na skróty. Czy oby nie za szybko chcemy wyrobić sobie s w ó j pogląd? Czy nie jest tak, jak pisała Wisława Szymborska, żyjemy szybciej, ale krótszymi zdaniami. Przywilej posiadania własnego zdania okupiony jest ciężką, wieloletnią pracą, pracą, której nikt poza nami nie może wykonać, na nikogo więcej nie możemy jej scedować. Co więcej, wymagająca od nas samych. Niejednokrotnie bowiem będziemy zmieniać zdanie, staniemy się bardziej wymagający w stosunku do tego co oglądamy, kogo słuchamy, co i w j a k i s p o s ó b czytamy. Nie chodzi o to, by cale swoje życie, spędzić nad opasłymi zółkłymi, zakurzonymi, księgami,przy sztucznym świetle, w ciszy biblioteki. I po tym jak uroda przeminie, w palcach rozgości się artretyzm, a i pamięć nie ta, i wzrok nie ten, możemy pozwolić sobie na zgrzeszenie przy reportażu. Nie tędy droga.

Chodzi o to, by nie krążyć w kółko,nie iść utartymi ścieżkami, nie wspierać stereotypów, nauczyć się jakie książki (również, a może przede wszystkim) naukowe są godne przeczytania, być może polecenia. Może pojawią się wątpliwości? Swoją pewność będziemy musieli, mogli, czuli potrzebę (niepotrzebne skreślić) zbudować od nowa? Jedno jest pewne, jeśli coś w ogóle jest pewne, to, że świat zobaczymy nagle w kolorze, nie będzie jednej drogi, jednego rozwiązania, pojawi się mnogość punktów widzenia. Ale czy tego oczekujemy? I czy na to jesteśmy gotowi?

Lektura to nie jest jedyny sposób na życie. Na szczęście. I nie szczęście. Nie można czasu dramatycznego zamienić na czas gramatyczny. Nie z powodzeniem. I nie jedynie. To składowa, bardzo ważna, ale jednak jedna z wielu, albo przynajmniej kilku, może nastu. To tak jakby oczekiwać, że czytanie biografii będzie panaceum na obcowanie z ludźmi, brzydkimi, pięknymi, słabymi, czystymi inteligentnymi i inteligentnymi mniej, zachowujących się mądrze i głupio. Tymi, którzy są silni, i słabi, co dają i biorą. Co nie potrafią prosić o pomoc i tych, co tej pomocy żądają. Co siedzą cicho, i… 

16 myśli na temat “85. Wspólny mianownik.

  1. Myślę, że do non-fiction przyciąga głównie prawda. Że jeśli jest to emocja to nie stworzona tylko prawdziwa.
    A reporterzy pewnie często nie znają powodów swojego działania wydaje mi się. Widzą i opisują i jak coś skapnie to miło.
    p.s. Faktycznie zmieniło się 🙂 bardzo, bardzo, bardzo dużo… tekstu 🙂

    1. A czym według Ciebie jest prawda? Tylko czy to można w jakiś sposób rozpoznać, (słynna dyskusja nad biografią Kapuścińskiego). Są różni reporterzy (reporterki) np mało znana działalność Ireny Krzywickiej.
      PS. Zmiany idą powoli. Ale idą, wolałam uprzedzić. Gratuluję wytrwałości, wierzę w wytrwałość moich czytelniczek i czytelników.

      1. No dobra 🙂 nie o prawdę mi chodziło 🙂 lepsze słowo to chyba „życie”.
        Lubimy biografie, dokumenty, reportaże, filmy na faktach bo są może nie blisko ale bliżej. Bliżej niż wyobraźnia autora.

        1. Oczywiście masz rację. Dlatego w Internecie tyle anegdot, które nigdy nie będą prawdą. Zdumiewa mnie popularność literatury non fiction, gdyby tak spojrzeć po raz pierwszy. Po raz drugi gdy spojrzę, już nie zdumiewa, bo tu nie chodzi o pewnego rodzaju voyeryzm z perspektywy czytelnika, tylko autora/ autorki, którzy chcą coś (niezwykłego) przeżyć. Czyli stawiają się wyżej, tu nie chodzi o poznanie świata, ale o swoistego rodzaju d z i a ł a n i e. Twój ulubiony reportaż/ biografia/ film.

  2. Bardzo, bardzo dobry tekst! I wyartykułowałaś w nim wszystko to, co mi chodziło po głowie, ale nie znalazło ujścia, a przede wszystkim formy, w jakiej mogłabym to zrobić. Ten cytat – pierwszorzędny. Naprawdę podziwiam ludzi, którzy w tak prosty i dosadny sposób potrafią wyrazić istotę rzeczy, a Ty doskonale pociągnęłaś temat.
    Od razu przypomniał mi się niedawno oglądany film „Solista”, o dziennikarzu szukającym jakiegoś ciekawego tematu, który przez przypadek spotyka na swej drodze bezdomnego grajka, który okazuje się genialnym, ale chorym na schizofrenię muzykiem. Zaangażowanie i szczerość w działaniach dziennikarza były moim zdaniem bezdyskusyjne, ale wydaje mi się, że film opowiada właśnie o tej metamorfozie w rozumieniu pomocy. Czy nasza wizja pomocy faktycznie służy osobie, której chcemy jej udzielić? A może jesteśmy tak przywiązani do własnych przekonań, że nie potrafimy poza nie wyjść i usłyszeć czego tak naprawdę potrzebuje osoba potrzebująca.

    1. Renyu z chęcią o tym podyskutuję,

      Myślę, że „sprawa” ma wiele kwestii, natężeń, oczywiście perspektyw, a wpis jest zaledwie wycinkiem, chociaż ważnym.Ale po kolei (i nie chodzi o PKP). 🙂
      Pozwól, że poruszę kilka z nich. Mam nadzieję, że to co napiszę, będzie to czytelne dla Ciebie, jeśli nie to pisz śmiało. (Tak tylko nadmieniam).
      0.
      Oczywiście ważne są tak osobiste doświadczenie, jak świadomość momentu historycznego, czyli uwarunkowań społecznych, nie, nie, absolutnie nie dlatego by tłumaczyć się: ” jesteśmy młodą demokracją”. Chodzi mi na przykład (e tym kontekście) o świadomość ruchu na rzecz zrównania praw i szans osób z niepełnosprawnościami, osób starszych, emigrantek i emigrantów, etc (bo teraz, tzn. w tym wpisie są takowe poruszane).

      Warto dodać, że (o czym się często „zapomina”, albo raczej, nie zdaje sobie człowiek z tego sprawy- jeśli nie mamy dostępu do danych grup- z różnych powodów, także z takiego, że nie chcemy, a to może wynikać ze strachu. Nie piszę personalnie), grupy wspomniane nie są homogeniczne, choć jeśli patrzymy stereotypowo (nie chodzi mi o to, by kogoś urazić, że w ten sposób patrzy) własne grupy (to znaczy te, które, w których uczestniczymy, które są częścią naszych tożsamości nie są postrzegane jako jednolite). Moment historyczny nie jest, choć bywa bardzo często usprawiedliwieniem dla sumitowania pewnych zachowań.

      1.
      Napisałam ten tekst, z kilku powodów.
      I tak, człowiek nie zawsze wie, że „coś jest nie tak”, nie zgadza się coś w rozrachunku,przeczuwa, że coś jest pod wodą, tylko nie wie, ba, często nie zdaje sobie sprawy gdzie ona jest i czy da się zrobić przerębel. Nie wszystko się zgadza, nie wiadomo jednak jak dane kwestie ugryźć. A powtarzanie utartych sloganów, choćby człowiek częściowo się z nimi zgadzał, już nie wystarcza. Dlaczego piszę częściowo, no bo kto odmówi heroizmu np. pani Katarzynie Rosickiej? Nie chcę tego robić, i nie zamierzam, ale często w myśleniu, a co z tym związanie postrzeganiu i działaniu zapomina się, że t a k n a p r a w d ę nie chodzi o heroizm- z tego względu po wojnie w Wietnamie, gdy osoby z niepełnosprawnością wracały nie chciały zostać wyrugowane z życia społecznego i wszczęły protesty. Powiedzenie „jesteś heroiczny, nie: zachowujesz się heroicznie” zamyka daną osobę w jednym wygodnym kontekście, odsuwa. (Na bezpieczną odległość). Ale to tylko część, długiej opowieści…

      Chodzi też o to,choć to druga strona medalu, że procesy społeczne ewoluują,ale one nie robią tego same. Kobiety nie dostały praw wyborczych, one je sobie wywalczyły. Jest różnica, w mówieniu, i postrzeganiu. Nikt nie zrzeka się władzy.

      2.
      [Jeśli] człowiek rodzi się zdrowym, wymaga, i traktuje jako oczywistość, że tak pozostanie do końca, czyli do śmierci, ale ona już nas nie dotyczy, jak mawiał Epikur. Wracając do wątku. Mało, jeśli w ogóle porusza się takie kwestie w t e n s p o s ó b (czyli jak to teraz robimy), bo są one nie w y g o d n e, mogą budzić opór (opór jest elementem uczenia się- to kolejna kwestia z której nie zdajemy sobie sprawy, ale na inną „rozmowę”), ale nie tylko dlatego: pewnych kwestii, tzn. powiązań, zależności, oddziaływań nie widać, ale one są, działają, pracują… Znaczy, nie same, człowiek tak działa, z różnych względów.
      człowiek zostaje gdzieś , nie wszystko też przyjmuje do wiadomości (tutaj wchodzi cała działka nauki o zmianie tak w sferze osobistej- mikro, jak i społecznej).
      I działa tak samo, dopóki sytuacja go nie zmusi nie wie o wielu kwestiach, czasami czuje ból, wstyd, zażenowanie, etc. A może jest mu wygodnie,tak jak jest? Nie oceniam zachowania. Tylko wspominam o kilku aspektach. Nie sposób wszystkiego objąć jednym komentarzem, ale z chęcią, jak pisałam podyskutuję.

      3.
      Katarzyna Rokica dążyła do niezależności, to co mnie uderza w tej książce to pierwszorzędne opisanie socjalizacji do roli osoby niepełnosprawnej (nie osoby z niepełnosprawnością). Opresyjność systemu. Nie,nie sceduje odpowiedzialności na polską rzeczywistość postrzegam sprawę w mikro-perspektywie ludzkich zachowań,np opiekunek, (a nie asystentek)- w książce jest używany, o ile pamiętam zwrot „opiekunki”.I makrospołecznych, one się przecież zazębiają.

      4.
      Tak, to co piszesz o pomocy, jest mi bliskie.
      Widzisz, „dziwne” słowo”: pomoc, jakże różni się znaczeniowo od epowermentu… Chodzi o świadome działania obu stron. Pomaganie, oczywiście nie jest złe, chodzi o to by robić to w sposób, który buduje.
      5.
      „Solisty” nie widziałam, ale zwrócę uwagę, wtedy gdy się zapoznam będę mogła z Tobą na ten temat podyskutować.

      6.
      Jeśli byś chciała podyskutować na temat innych obrazów, ale też zobaczyć różne perspektywy przy różnych wpisach poruszane są różne kwestie, to podsyłam sznurki: (gorąco p o l e c a m u w a d z e także k o m e n t a r z e ) kolejność wpisów przypadkowa :
      a)”Teoria wszystkiego
      b) „Persepolis„: gorąco polecam w aspekcie dyskusji o tożsamościach…
      c) „Sesje
      d) „Imagine

  3. Kiepsko się dyskutuje z osobą, która ma podobne zdanie;-) Raczej nic już nie wniosę do tego, co napisałaś. A na pewno nic intelektualnego. Jak zwykle mogę tylko o własnych doświadczeniach…
    Reprezentuję „normalną większość” w naszym środowisku, w takim sensie, że jestem biała, heteroseksualna, zdrowa, mam średnią wagę, wiek i pracę. Gdybym była mężczyzną świat należałby do mnie;-). Ale jestem kobietą i w związku z tym od zawsze czułam, że zajmuję w społeczeństwie gorszą pozycję. Na początku po prostu to czułam, dopiero wiele lat później, gdy natknęłam się na literaturę feministyczną mogłam swoje uczucia nazwać, zrozumieć, a także je uzasadnić. Co ciekawe, moje argumenty rzadko trafiały do mężczyzn. Oni nie rozumieją dyskryminacji*, bo jej nie doświadczają. Tak samo, jak ulubione dziecko w rodzinie. Trzeba być tym „gorszym”, żeby to zrozumieć. Albo wysilić się na tyle, by przynajmniej dostrzec inną perspektywę. Myślę, że to dlatego wszelkie równościowe hasła tak często wychodzą od kobiet. Nie dlatego, że jesteśmy z natury wrażliwsze, ale dlatego, że z racji swojej sytuacji potrafimy zrozumieć argumenty innych wykluczonych grup. Choć to też nie norma. Bo często, też grupy walczące o swoje prawa nadal odmawiają ich innym, tłumacząc, że to wcale nie to samo.
    Ale gdy podejmie się wysiłek myślenia (nie schematami), to właśnie okazuje się, że zawsze jest to samo, tylko bariera inaczej się nazywa.
    Ludzie nie rozumieją demokracji*. Nie mogę na spokojnie słuchać gadających głów w mediach. Myślę sobie, że jeśli tacy ludzie nami rządzą (albo chcą rządzić), to nie doczekam zmian. Czasem, gdy nieopatrznie wdam się w dyskusję z kolegami z pracy, to ogarnia mnie taka beznadzieja, że wolę już się nie odzywać. Większość rządzi. Mniejszość ma się dostosować. Prawa naturalne…. Bla, bla, bla. Kiedyś czułam się w obowiązku ZAWSZE wyrazić swoją (albo przynajmniej inną) opinię. Żeby moi rozmówcy DOSTRZEGLI, że ludzie nie są tacy sami, że istnieje wiele racji, a nie jedna ustalona PRAWDA. Potem mi przeszło. Wycofuję się. Bo nie mam w sobie ducha walki. Albo jeszcze nic mnie tak nie przycisnęło, żeby tę walkę podjąć. Bo przecież zmian dokonują zwykli ludzie (tacy jak ja), którzy osiągnęli taki poziom desperacji, że się przelało. Tak jak Rosa Parks… Czy to był heroizm?
    Z perspektywy wygodnej kanapy, każde działanie wymagające wysiłku i niosące zmianę jest heroizmem. Ale tak naprawdę to przecież nic niezwykłego dla ludzi, którzy mają dość życia poza nawiasem. Bo takie działanie może podjąć nie ten, komu jest dobrze (albo umiarkowanie dobrze), tylko ten, kto nie ma już nic do stracenia, kto czuje, że nie może już mu być gorzej.
    „Teorię wszystkiego” mam w planach obejrzeć. Reszty polecanych przez Ciebie filmów nie znam, ale już zapisuję. Wydają się ciekawe.

    * – nie uogólniam, to tylko taki skrót myślowy, mający wyrazić pewien tręd.

    1. 1.
      Nie należy deprecjonować własnych doświadczeń. Chociaż w Polsce z to podejście nie jest popularne (nie chodzi też o to, by się w nich okopywać- to wiadome). Oczywiście, że mogą, one być wyjściem do, albo clou dyskusji. Cóż mogę zrobić natomiast z „podobnym zdaniem”, można.Lubiłam też tak dyskutować, że wybieraliśmy temat, broniliśmy go, ale z tym zastrzeżeniem,że staliśmy po diametralnie różnych stronach dyskusji, w opozycji do własnych (prywatnych) przekonań, ale nie o to chodzi. To na zasadzie ciekawostki.
      Ad rem, by nie pozostać w fazie rem (nie piszę R.E.M słowo zanucić niebezpiecznie podobne jest do słowa zanudzić).

      2.
      Wszyscy mamy różne tożsamości, jedne z nich windują nas, drugie spychają. Jedne można zmienić (przychodzi to albo łatwiej, albo trudno) ale Nie łatwo jest dostrzec, że świat jest zbudowany w sposób niesprawiedliwy (nie równościowy). Istnieje dyskryminacja ze względu na płeć, i tak z jednej strony mężczyźni nie zdają sobie sprawy z tego, bo np. jej nie doświadczają, w pewnych aspektach jest trudniej dostrzegalna, w niektórych rzuca się w oczy i kłuje. W przestrzeni makrospołecznej, wskaż mi proszę grupę, która pozbywała się (kiedykolwiek) dobrowolnie władzy? Nie chcę przez to pokazać, że istnieje proste przełożenie: mężczyzna= zły, kobieta= dobra. Nie, absolutnie nie o to chodzi.
      O pewnych kwestiach dowiadujemy się bardzo wcześnie, gdyż ich doświadczamy, dopiero później możemy je sobie poukładać, ale to też nie zawsze. Tobie pomogła np literatura.

      3.
      Nie wiem, czy trzeba zajmować gorszą pozycję by to zrozumieć, może posłużyłaś się skrótem myślowym? (Nie imputuję Ci niczego, chciałabym podążyć zgodnie z Twoją intencją). Z mojego punktu widzenia, samo wyabstrahowane doświadczenie np. nierówności w jednym aspekcie, nie transferuje się tak łatwo na zrozumienie osoby z drugiej grupy, która doznaje wykluczenia w innym aspekcie. Chociaż może być pomocne (np filmem stereotypowym jest Filadelfia). Sam feminizm też jest wykluczający. Nie neguję całości doświadczeń ruchu kobiecego, sufrażystek np. W u bardzo w uproszczeniu chodzi o to, że w ruchu feministycznym też następuje wiele konfliktów interesów.
      4.
      Ad vocem wygłaszania opinii. Myślę, że punkt ciężkości leży gdzie indziej, nie chodzi o ducha walki, czy się go nie ma, czy się go ma. „Tylko o to, czy ładujemy akumulatory, czy nie”. Czy czujemy się wysłuchane, czy „zawrzeszczane” „zagłuszenie”. Sprawdź, może to jest ta różnica, a może masz inaczej? Reagowanie także wymaga pewnej dozy treningu. I wsparcia. Nie zawsze trzeba walczyć, ale często wygłaszanie własnej, odmiennej opinii jest heroizmem, a jeśli nie heroizmem, to wymaga wypracowania dużej ilości energii.
      5.
      Tak, zmian dokonują ludzie tacy sami, nie mają ani specjalnych uzdolnień, niektórym osobom „się przelewa” i zaczynają działać, a niektóre nie wytrzymują napięcia… Do świadomości społecznej przedzierają się niektóre (vilde: Rosa Parks). Większość nie zawsze: „ma rację”. [Nie lubię tego wyrażenia, bo ono jednych stawia wyżej, drugich niżej].
      6.
      Jest jedno zdanie: które budzi we mnie opór: mianowicie, nie widzę tej perspektywy:
      „Ale tak naprawdę to przecież nic niezwykłego dla ludzi, którzy mają dość życia poza nawiasem. Bo takie działanie może podjąć nie ten, komu jest dobrze (albo umiarkowanie dobrze), tylko ten, kto nie ma już nic do stracenia, kto czuje, że nie może już mu być gorzej.” To nie jest tak, oczywiście, jest pewien promil ludzi, którzy są doprowadzeni do granicy wytrzymałości i w ten sposób postępują, a nie inny, ale nie jest też tak,jak to się zwykle przedstawia,(stereotypowo- w mediach), że wyróżnikiem jest to, że człowiek x doznający dyskryminacji (bo o niej tutaj piszemy) przekracza magiczną granicę i idzie na barykady…
      Z chęcią, jeśli masz ochotę, podyskutuję dalej. Mam wrażenie, że to, o czym napisałam to niejako tylko punkty, niektóre- jak np ostatni- proszą o rozwinięcie…
      7.
      PS.Dobrego oglądania filmów. Co do „Sesji” i „Teorii” mam mocno ambiwalentne uczucia- o których już pisałam w lub dyskutowałam pod wpis(ami). Aha, obok dzisiejszej wymiany zdań znajdują się jeszcze dwa obrazy:
      Alicja w Krainie Czarów i Sekrety morza. Polecam niezmiennie. (Również dyskusję). Jestem ciekawa Twojej percepcji…

      PS.II [Nie podchodzę bezkrytycznie do feminizmu (a i nie przyszło mi do głowy, by pomyśleć, że Ty to robisz). Ta uwaga jest dla osób, które czytają komentarz, a nie zabrały udziału w dyskusji].

  4. Ad.3. Tak, myślę, że trzeba w jakimś aspekcie zajmować tę gorszą pozycję, by zrozumieć istotę problemu, by się na cudze poczucie gorszości uwrażliwić, by zrozumieć, że bariery służą obronie wygodnego dla grupy dominującej status quo. Choć to nie zawsze musi zadziałać akurat w takim kierunku. Nie są wyjątkowe sytuacje, gdy ktoś, znalazłszy się w pozycji uprzywilejowanej, odmawia tych samych praw innym, a nawet tworzy nowe bariery. Każdy kwadrat jest prostokątem, ale nie każdy prostokąt jest kwadratem;-). Trzeba poczuć się dyskryminowanym (pod jakimkolwiek względem), by problem dyskryminacji zauważyć. Ale zauważyć nie zawsze znaczy chcieć (zacząć) jej przeciwdziałać. Czasem może znaczyć tylko potrzebę znalezienia się w uprzywilejowanej grupie (i na przykład wzięcia odwetu, a w łagodniejszej wersji tylko przestania być obiektem dyskryminacji). A czasem, z różnych przyczyn nie przekłada się to na żadne działanie.
    Dopuszczam jednak swoją omylność w tym osądzie;-)

    Ad.4. Ciekawe, nie pomyślałam, że może o to chodzić:-) To przyjemniejsza myśl, bo prawdę mówiąc mam poczucie winy o to, że się wycofuję, czyli na własne życzenie staję się niewidzialna. Jeśli się nie odzywam, to mnie nie ma. Mnie ani innych podobnych do mnie osób, z których w mojej obecności ktoś sobie żartuje, albo je wyszydza. Wycofując się przyzwalam na to. Choć z drugiej strony robię ile mogę w najmniejszej komórce społecznej. Ponoć zmiany zaczynają się na poziomie komórkowym:-)

    Ad.6. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że ta magiczna granica dla każdego może przebiegać w innym miejscu, to myślę, że moje zdanie da się obronić. Dla jednych sam fakt istnienia nierówności jest bodźcem, by to zmienić. Innych coś boleśnie musi dotknąć osobiście, by zaczęli działać. To zresztą bardzo szeroka kwestia i myślę, że ma na to wpływ wiele czynników, jak choćby indywidualny charakter (cierpliwość, ugodowość lub wprost przeciwnie), czy tradycje rodzinne (wychowanie w przekonaniu, żeby się nie wychylać)… Jednak każde działanie bierze się z niewygody. Tylko dla jednych niedopuszczalne jest nawet ziarnko grochu pod puchową pierzyną. Inni nawet na kolczatce potrafią w miarę dobrze się wyspać;-)

    1. Tak na szybko.
      Myślę,że nie będzie to dzielenie włosa na czworo, jak przyjrzymy się sytuacji. Nie chodzi o to, by kogoś przekonywać.
      Ad.3
      Zgoda, tj. tak samo widzę sytuację opisywaną.
      Ponadto trafia do mnie metafora z kwadratem.
      Zatem:
      Co do dalszej części wypowiedzi w tym wątku:
      Ale zauważyć nie zawsze znaczy chcieć (zacząć) jej przeciwdziałać. Czasem może znaczyć tylko potrzebę znalezienia się w uprzywilejowanej grupie (i na przykład wzięcia odwetu, a w łagodniejszej wersji tylko przestania być obiektem dyskryminacji). A czasem, z różnych przyczyn nie przekłada się to na żadne działanie.”
      Są też inne aspekty, niewiedza w jaki sposób skuteczny, i bezpieczny dla Siebie (tak by się wewnętrznie nie spalić, a być skuteczną w działaniu), reagować, że są różne rodzaje reagowania. Albo można być też przekonanym/ przekonaną, że: „nasz głos i tak nic nie zmieni”.
      ad. 4.
      To co napisałam to jest jedną składową całego, złożonego procesu. I nie służy ( n i e piszę, że w u Ciebie tak jest) usprawiedliwianiu swoich działań, albo braku odpowiedzi. Często bywa tak, że „stając się niewidzialnymi” także siebie krzywdzimy.
      Nie chodzi mi także o to by wszczynać bunt.
      Zmiany w rodzinie to najtrudniejsza kwestia, tzn. wymaga innego (nie znaczy gorszego) podejścia, perspektywy. Nie chodzi też o to, by wysnuwać wniosek, że należy na tym skończyć. Jeśli masz wolę ku temu, i czas może warto się przyjrzeć dokładniej co jest przed sytuacją, w której stajesz się niewidzialna? I czy to jest rzeczywiście na „własne życzenie” to znaczy, jakie są punkty zapalne, i co można z tym zrobić? Jakie są sposoby reagowania? I czy ze wszystkich/ jakich korzystać? Jakie są plusy? A jakie trudności w podejmowaniu/ nie podejmowaniu działania? Kto za to płaci? Etc….
      Ad 6.
      Pobędę, i poprzemyśliwam sobie ostatni akapit (co nie znaczy, że z innymi tego nie robię :)) w dużej mierze jest mi blisko do tego o czym piszesz. Mam do Ciebie pytanie odnośnie ostatniej poruszonej przez Ciebie kwestii: jeśli jak piszesz: Gtranice, socjalizacja do ról społecznych, doświadczenie osoby dyskryminującej i dyskryminowanej, moment społeczny, w którym żyjemy ok… Wiele jest czynników. To co mnie zatrzymało, i do czego mam pytanie (nie by zdyskredytować, ale by pogłębić swój ogląd)
      „Jednak każde działanie bierze się z niewygody”.
      Tak? A inspiracja? Uczenie się na sukcesach?
      Z tym Cię zostawiam. 🙂

  5. Ad 4. Nie tyle miałam na myśli, że zmieniam rodzinę, bo nie zmieniam, po prostu funkcjonuję w rodzinie o określonych wartościach i w pewnych ramach kształtujemy siebie nawzajem, ale mam córkę, której mogę te wartości przekazać i ona pociągnie je dalej, może jeszcze ulepszy, bo oczywiście wierzę w proces uczenia się i inspirację:-) Wierzę, że będzie lepsza ode mnie:-). Zmiany następują powoli, a wysyłając dzieci w świat, też wpływamy na jakość tego świata:-)

    Jeśli nie mówię co myślę (bo na przykład nie chce mi się wdawać w dyskusję, albo nie lubię rozmówcy), jeśli nie reaguję na chamskie żarty (dla świętego spokoju), jeśli nie przedstawiam swojej perspektywy (bo wątpię, że i tak zostanie dostrzeżona)… to wtedy staję się niewidzialna, a mój system wartości nie istnieje w przestrzeni publicznej. Może dlatego tak powszechne jest przekonanie, że ateisci nie znają moralności, feminiski nienawidzą mężczyzn, a dzieci, które idą do szkoły w wieku 6 lat są nieszczęśliwe i tracą dzieciństwo… Itd. Bo ja i ludzie do mnie podobni zbyt często milczymy. Albo dajemy się zakrzyczeć… I nie chodzi mi wcale o kłótnie kto ma rację, ale o zasady – jeśli ja nie nazywam ludzi wierzących półgłówkami, to i oni nie mają prawa szerzyć przekonań o tym, że jako ateistka jestem pozbawiona wszelkich wartości… Ale przestałam dyskutować, bo nie wierzę już ani w zrozumienie, ani porozumienie…

    „Jednak każde działanie bierze się z niewygody” – tak myślę, bo nie udało mi się znaleźć przykładu, żeby ludzie zadowoleni z danej sytuacji, którym jest wygodnie, chcieli coś zmieniać…

  6. Ad 4.
    Piszemy o tym samym, różnymi słowami. Nieporozumiewanie wynika z formy i jej ograniczenia, dialog wygląda płynnie, a tu koniecznym jest by pisać, ale dla chcącej nic trudnego. Nawet pismo się nie rozmazuje 🙂

    To tak po kolei:
    a)
    Już pierwsze zdanie mnie zatrzymało. ” Nie tyle miałam na myśli, że zmieniam rodzinę, bo nie zmieniam”. I tu, opowiem Ci o moich doświadczeniu. Jak biorę udział w jakimś przedsięwzięciu, np się dokształcam, to jest przyczynkiem do zmiany, ja się osobiście zmieniam, są w moim życiu, momenty, w którym w skutek powziętych decyzji zmieniam się, a wraz ze mną moje otoczenie, bowiem tę zmianę, „podaję dalej”. Ale nie jest to zwykły transfer wiedzy w stylu (uwaga: upraszczam) „kopiuj- wklej) bo przecież żyję w danym środowisku, posiadam doświadczenia, czasami podobne, czasami różne, moja świadomość/ uwaga jest ku czemuś skierowana, posiadam kompetencje zawodowe, różne tożsamości etc.

    Ciekawe, jak zrozumiałaś moje słowa, że zaprzeczyłaś w pierwszym zdaniu.
    b) Niektóre zmiany następują powoli, ale nie jest to wytłumaczeniem, by ich nie wprowadzać, niektóre poprzez zaniechanie działań, nie nastąpią, a jeszcze inne- dają plon (różnego rodzaju) tak szybko, że się zdziwimy. Myślimy o zmianie, w kontekście czasu społecznego, a nie biograficznego, (człowieka), ale niejednokrotnie możemy się zdziwić, jak kwestie te są połączone, że to nie tak jak nam się sprzedaje w filmach biograficznych, albo omawiając jakieś zjawisko. Oczywiście istnieją różne rodzaje wytłumaczeń (utrzymywania status quo): „Jesteśmy młodą demokracją”, „Nie stać nas na wprowadzenie rozwiązania x) etc, podaję tylko dwa bo można by je mnożyć, a i tak nie wyczerpie się całości.

    Poza tym, to tak jak z wchodzeniem po schodach. Nie za pierwszym krokiem dojdziemy do celu, ale jeśli nie rozpoczniemy, pewne jest, że nigdy tam nie dotrzemy (rzadko kiedy się bowiem zdarza, by przyleciał po nas helikopter i pomógł przemieścić się na górę :))nieprowadzenie zmiany ma różne konsekwencje, i te, których pożądamy, i te, które są dla nas trudne (np dlatego, że nie pomyśleliśmy/ nie wiedzieliśmy). Tak dzieje się ze zmianą, która jest uzewnętrzniona, której pragniemy, jak i ta- która jest konieczna- tj. przychodzi do nas z zewnątrz (wypadek, zdarzenie losowe, na które naprawdę nie mieliśmy i nie miałyśmy wpływu).

    Przykład, pierwszy z brzegu. Osoba X chce by świat był bardziej równościowy i sprawiedliwy. Jednym z wielu narzędzi, jakie może zastosować jest język. I świadome się nim posługiwanie. Dlatego, że Osoba X funkcjonuje w danym środowisku także i je zmienia. Jeśli np zauważa ma świadomość tego, że słowa takie jak: „Cygan” czy „Murzyn” są raniące, szkodliwe i niebezpieczne, tłumaczy, daje perspektywę i wymaga by tych słów używano (nie ma głupich, niewinnych żartów) . Oczywiście, kiedy podejmuje dyskusję, np przy świątecznym stole, czuje się zobligowana by zmierzyć się z zarzutem „tej, która psuje atmosferę” bo przecież było tak fajnie. (To przerzucenie odpowiedzialności, i argument pozorny- bo przecież nie było fajnie, a co się stanie – gdy tego zaniecha? W dwójnasób jest jej źle:
    — po pierwsze: atmosfera nie była dobra, Osoba X nie bawiła się świetnie.
    — po wtóre brak reakcji, wywołać mógł poczucie braku wpływu, nieważności etc.

    C) Piszesz o bardzo ważnej kwestii. Reagowanie ma tak dobre strony (np zapobieganie niebezpiecznej sytuacji) jak i strony trudne. Zareagować można w trakcie sytuacji, która się dzieje, jak i po jej nastaniu. Reagujemy dla innych, ale także dla siebie.
    I owo reagowanie wymaga wzmocnienia (wzmocnienia siebie w sytuacji reagowania) tak by nie czuć się jak piszesz „niewidzialną”. Tak, to prawda, jeśli nie reagujemy, nie widzi nas też świat. I nie chodzi mi o to, by od razu iść na marsz. Jeśli nie powiem, nie zabiorę w sytuacji trudnej dla mnie głosu, ze świadomością, że mogę stanąć w kontrze do obowiązującego porządku. Może ktoś, kto do tej pory siedział cicho, a w którym kotłują się różne myśli, ale jest – w innym momencie drogi- nie dostrzeże innej perspektywy? I nie chodzi o to, żeby od razu zmienił punkt wiedzenia (może nie wie, że można inaczej)? Chodzi też o to, że reagowanie nas wzmacnia, nie czujemy się niewidzialne.
    Poza tym, że są różne sposoby reagowania, które mają różne cele. O tym się rzadko mówi. Przecież inaczej zareagujemy na sytuację jednorazową (jeszcze np kiedy wiemy,że są małe/ nikłe szansę na spotkanie powtórne), a inne są konsekwencje jeśli znajdujemy się w sytuacji zależności (np. pracownik/ pracowniczka- szef/owa).
    Piszesz: „… Ale przestałam dyskutować, bo nie wierzę już ani w zrozumienie, ani porozumienie… ”
    [Uwaga]:

    Zadaję pytanie, osobiste. Nie chodzi o to byś odpowiedziała mnie, albo odpowiedziała w komentarzu. Chodzi mi o to, byś pobyła ze Sobą/ przy Sobie i zadała sobie pytania: Czy czegoś Ci nie brakuje, by odbudować swoje zasoby energii? Co, jakie zachowanie, swoje, innych, by Ci pomogło? Jak możesz się zachować w sytuacji kryzysowej? Jak zachowujesz się w sytuacji kryzysowej/ trudnej? Jakie są odczucia w ciele, np gdzie gromadzi się złość? Jak zachowuje się oddech? Co jest (jakie zachowanie innych) punktem zapalnym? Zdaje sobie sprawę, że blog, to miejsce swoiste, także dlatego, że każda osoba może zajrzeć.Chodzi mi o to, by w sposób odpowiedzialny i bezpieczny dla Siebie, pobyć ze sobą, i nie zadowalać się pierwszymi odpowiedziami, tych, do których się przyzwyczailiśmy się. Mam nadzieję, że to co piszę jest dla Ciebie czytelne (?) Nie proponuje Ci tutaj procesu/ porady etc


    Piszesz dalej:
    „Jednak każde działanie bierze się z niewygody” – tak myślę, bo nie udało mi się znaleźć przykładu, żeby ludzie zadowoleni z danej sytuacji, którym jest wygodnie, chcieli coś zmieniać…”.
    No to teraz powiem osobiście dokonałam skrótu myślowego. Tak, zgadzam się, że działanie wynika z niewygody, przecież każda zmiana (na poziomie rozwiązań społecznych) zaczynała się z ruchu oddolnego, który sin qua non był/ jest dyskredytowany.
    A ekspertki i eksperci, którzy posiadają chociaż jedną tożsamość mniejszościową i ich wkład umniejszany, albo niedostrzegany.
    Chodzi mi o to by dostrzec, (z innej półki), że inspiracja i sukces (niezależnie od tego, jak go rozumiemy i czym dla nas jest) także budują.
    Bardzo często krytycznie wypowiadam się, widząc np zagrożenia, minusy, kwestie nacisku/ np próbę utrzymania status quo tzw. „pozytywnego myślenia”
    Inna sprawa jest taka, że może w naszym kręgu kulturowym, w kraju gdzie gloryfikuje się w dużej mierze porażki, nie jesteśmy nauczeni czerpać na z sukcesów? (Nie wiem czy przeskok aspektów/ dyskusji) jest teraz czytelny [?].

    Mam nadzieję, że udało mi się sprawnie wyrazić własne myśli. Chciałabym by blog stał się miejscem rzeczowej dyskusji dla każdej osoby, która chcę w niej wziąć udział.

  7. Ad.a. Ha, ha, bo ja zmianę w tym kontekście potraktowałam jako coś nagłego i diametralnego, jako wymuszanie jednego światopoglądu kosztem innego;-) A ja nie narzucam. Przynajmniej tak mi się wydaje, że tego nie robię. Ale zmiana jako proces jak najbardziej – w ten sposób nasza rodzina faktycznie wciaż się zmienia, bo żyjąc ze sobą, przynosząc do domu różne doświadczenia i przemyślenia wciaż się docieramy i kształtujemy nawzajem, tworząc wspólny (choć niepozbawiony różnic) ogląd świata:-)

    Ad.b. Skoro zmiana to proces, to rozumiem, że musi nastepować powoli. Gdy teraz spojrzy się wstecz, to widać, że wciągu jednego wieku (czyli historycznie dość krótkiego okresu) zmieniło sie bardzo dużo, a zakres tych zmian jest naprawdę szokujący (przynajmniej mnie szokuje). Ale w trakcie, tempo zmian zawsze wydaje się ślimacze. Dokładnie jak z wchodzeniem po schodach. Albo pod górkę;-). Kropla drąży skałę więc choć czasem się niecierpliwię i zniechęcam, to jednak wiem, drobne kroczki też prowadzą do celu.

    Ad c. Nie wiem co myśleć, a tym bardziej co napisać… Czuję beznadzieję w tym temacie. I osamotnienie. Ale takie szerzej rozumiane. Jestem niezrozumiałą mniejszością, spychaną na margines. Ale domaganie się zrozumienia, uwagi, akceptacji, jest jak walenie głową w ścianę. Tylko głowa od tego boli… Choć wierzę, że parę kamyczków od tego walenia poleciało;-) Młodzi (moja córka) mają mocniejsze głowy, może oni dadzą radę. Jakby co będę stać obok, opatrywać i zagrzewać;-)

    ________
    Inspiracja i sukces jak najbardziej pomagają, mobilizują, dodają sił i wiary w efekty działania. Ale to potem. Najpierw musi być impuls, żeby to działanie w ogóle podjąć. Chyba. Pytanie, co jest tym impulsem? Czy nas samych musi ukłuć dana sytuacja, czy do zmobilizowania wystarczy budujący sukces innych osób…. Sama nie wiem…
    Być może w tym temacie znów mówimy to samo, ale innym językiem, albo od innej strony?

    1. Wiesz, że na dziś w kalendarzu przypada: „Dzień Oporu bez Przemocy”?
      „Dzień OPORU BEZ PRZEMOCY został ustanowiony rezolucją Zgromadzenia Ogólnego A/61/271 z
      dnia 15.06. 2007 roku”, czyli stosunkowo niedawno. Dzień ten ma służyć rozpowszechnianiu przesłania o unikaniu przemocy,tudzież nie stosowaniu jej, wdrożeniu tegoż paradygmatu do edukacji „by zapewnić kulturę pokoju, tolerancji,
      zrozumienia i unikania przemocy”. Wspominam jako ciekawostkę. 🙂 W kontekście pokazywania własnej perspektywy. (Nie personalnie).

      Nauka o zmianie jest fascynująca (wiem, wiem, nadużywam tego wyrazu na blogu, to tak jakby całe życie żyć na wdechu). Mam poczucie, że w rozmowach/ komentarzach ten temat ciągle wraca, i sobie przyrzekam, że o nim napiszę. Bo ważny, bo potrzebny, bo porządkuje i rozjaśnia pewne kwestie, bo daje taki obraz, że zmiana nie przebiega tylko i wyłącznie na dwóch poziomach, mikro i makro społecznym, że zmiana to także p r o c e s p s y c h o l o g i c z n y, że następuje wobec konkretnych reguł, że może się „cofać” i „iść na przód” (uwaga: upraszczam).
      Tak, niektóre ze zmian (szczególnie gdy widzimy/ postrzegamy ją jako dużą) następują powoli, z perspektywy życia człowieka, niemniej jednak, dla mnie (nie piszę, że dla Ciebie nie) nie jest to wytłumaczeniem, by nie wprowadzać, tych, które będą użyteczne, potrzebne, wnoszące, i inkluzywne. Oczywiście, często jest to trudne, bo np. czujemy się osamotnione, osamotnieni. Nie wiemy skąd, jak i czy w ogóle jest sens, walczyć o swoją widoczność. Mówić: „tu jestem, mam inaczej niż Ty, ale mój punkt widzenia jest również uprawniony, tak samo jak Twój”.
      (O czym za chwilę, pozwól, że powrócę do zmiany).

      Pisząc, że zmiana jest procesem, miałam na myśli proces psychologiczny.
      Pozwól, że chwilkę o tym, ale za nim:
      W powszechnym rozumieniu zmiany mówi się o kierowaniu zmianą na poziomie organizacyjnym.W przedsiębiorstwach/organizacjach etc.
      Zmiana może napotkać różne przeszkody, czy też luki kompetencyjne:
      a) o charakterze informacyjnym (postawa niewiedzy:nie wiem):
      Podłoże: Brak wizji zmiany, co prowadzi do przekonania, odczuwania, małego wpływu w ich wprowadzaniu, kierowaniu nimi,a to z kolei do braku zaufania wobec osób, które owe wprowadzają, poczucie wykluczenia, albo wykluczenie.
      b) bariera o charakterze poznawczym: (postawa niezrozumienia:wiem, ale nie rozumiem)
      Z braku zrozumienia celowości wprowadzania zmian, ich kierunku, wynika mniejsze zaangażowanie, albo wycofywanie się, [uwaga, nie piszę, że tak jest w Twoim przypadku, na razie piszę, o pewnej prawidłowości w organizacjach).

      d) bariera o charakterze wolicjonalnym (wola: rozumiem, ale nie chcę)
      I tu, rozwiązując ten konflikt warto (koniecznym jest) aby dopytać dlaczego, okazuje się, że to jedna z barier, która występuje, ale nie jedyna, i by rozwiązać konflikty należy odejść, wielopoziomowi. Po pierwsze, zobaczyć, które z wymienionych barier współwystępują, czy jest to np. niedoinformowanie, albo problemy na poziomie komunikacyjnym,a równocześnie, z drugiej strony przekształcić sposób komunikacji. Wiadomo, że chcąc wprowadzić zmiany, warto, trzeba rozeznać się w sytuacji uwarunkowań zewnętrznych (zasobach, otoczeniu etc) ale także powiązań w środowisku. Jeśli np osoba X w wyniku wdrażanych zmian będzie musiała się dokształcić, to wiadomo, że może występować bariera wynikająca z ukierunkowania woli, np. tym silniejsza gdy osoba X będzie postawiona (będzie postawiona= przymus) i po raz pierwszy w takiej sytuacji. Czyli mamy trzy elementy.
      *Stawianie wymagań, nowych, które mogą być postrzegane jako trudne,
      * wymagania te, są postrzegane jako zewnętrzne,
      * nowość sytuacji,
      a to tylko przykład, jeden z wielu. Warto przyjrzeć się strukturze, funkcjonowaniu, wpływom w środowisku.
      d)bariera zasobowa/ środowiskowa (postawa: chcę, ale nie mogę):
      Tutaj rozpoznaje się otoczenie danego podmiotu, czyli chodzi o to, by rozwiązać, zaradzić problemom usytuowanym na zewnątrz (perspektywa zasobów zewnętrznych i braku zasobów, trudności).
      e) bariera o charakterze biegłości, sprawności, kompetencji(mogę, ale nie potrafię): wdrażanie zmian może być, i w tym przypadku jest poprzez istniejące już, funkcjonujące rozwiązania.
      Tyle o organizacjach. Aha, co ważne, zestawienie nie jest mojego autorstwa. (Jak znajdę źródło to podam).
      PS. Można te konflikty rozwiązać, inaczej, żadne z istniejących przedsiębiorstw, by nie prosperowało, ba umarło, nie mówiąc. pisząc o rozwoju, zdobywaniu nowych rynków, etc.
      ———-
      A teraz, o Człowieku, w jego istocie.
      Są zmiany, których pożądamy, które chcemy wprowadzić, bo tęsknimy, by było nam lepiej (np. aspirujemy do danej grupy społecznej, chcemy by ludziom, czyli też nam, żyło się lepiej, chcemy sprawiedliwego świata, chcemy więcej zarabiać). I takie, których nie chcemy, a ich wprowadzenie nie jest wolicjonalne (tj. nie zależy od nas). Często występują nagle. Bardzo często popełniamy błąd w percepcji, pierwsze z nich są pożądane, a drugie nie, z pierwszymi nie mamy problemu (no, może wystarczy odrobina wykorzenienia, ale to przez jakiś czas), natomiast drugie są gehenną. Natomiast, to o czym się zapomina to bardzo ważna kwestia, i jeden i drugi typ zmian mogą budzić niewygodne uczucia/ emocje (nie ma złych emocji- taki wtręt). Jeśli wyruszymy na upragnioną wędrówkę nie znaczy to, że podczas niej buty nie będą nas obcierać, nie będzie nam czasami zimno i mokro (i to zazwyczaj nie w tych momentach, kiedy się spodziewałyśmy/ spodziewaliśmy). Będą pojawiać się trudności, niewygody, również dlatego, że sami/ same się zmieniamy na poziomie charakteru, oczekiwań, nie tylko widzimy, ale i dostrzegamy, dobro, ale i niesprawiedliwość, w sobie (np. chęć pozorowania zmian, – może się okazać, że nie wszystko chcemy zmienić, że istnieje jakieś „powinnam/ muszę” narzucone z zewnątrz, może okazać się, że dokonanie zmiany wiążę się z porzuceniem pewnych wygodnych zachowań, i wyruszenie w nieznane, może okazać się, że błędne i niesprawiedliwe potraktowanie kogoś, a przecież chcemy być dobrzy, dostrzeganie np. tożsamości mniejszościowych, tych, które spychają nas w dół) i na zewnątrz (np. niesprawiedliwość stosunków społecznych). To o czym się nie mówi, to także sposoby uzyskiwania/ odnawiania siły, tak by, jak piszesz, całkowicie nie zniknąć. Stąd moje pytania, uważam, że warto z nimi pobyć, jeśli ma się taką gotowość i chęć.
      Chodzi o to by poznać swoją strefę komfortu i strefę bezpieczeństwa, także w reagowaniu, o którym była mowa wcześniej.
      Chodzi też o to, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy osobiście jestem gotowana na zmianę, jakie konsekwencje będę musiała ponieść w wyniku jej wdrożenia, co mnie wzmacnia, a co jest dla mnie deltą (trudnością) jak mogę ją pokonać? W jakich zależnościach jestem? I jak mogę zareagować, w sposób bezpieczny i świadomy, tak by zadbać o siebie, ale też zostać usłyszaną, zauważoną, szanowaną etc. W prowadzeniu zmian towarzyszą także inne procesy np wynikające z innych procesów(które także mają własne prawidłowości, i własny rytm: np nabywanie nowych kompetencji) Skracam przykład, bo monstrualnie rozrósł się komentarz…
      ——
      Myślę, że sposób w jaki oddziaływają/ inspirują Sukces, i Niewygoda (nazwijmy to tak, choć stytuacja jest o wiele większym natężeniu niż zwykła niewygoda) jest odmienny, bo przebiega na różnych poziomach. Jeśli ktoś/ia jest dyskryminowana/dyskryminowany to powiedzenie: inni mogą, Ty też możesz, i podanie przykładu takiego np Howkinga (o którym pisałyśmy pod innym wpisem) jest nie tylko nieinspirujące, ale przede wszystkim nie przekładalne (stąd moje spostrzeżenia, do Twojego komentarza), ale są nieprawdziwe, szkodliwe, pogłębiające dysonans, niezrozumienie, zaprzeczające uczuciom, emocjom, nie zważa się wtedy na sytuację danej osoby, i kontekstach w jakich ona funkcjonuje etc.
      To nie znaczy,że nie możemy się inspirować, albo, że nie przykładamy wagi do sukcesów, do sytuacji, które nas wzmacniają. Kto się przygląda, w kontekście zmiany, reagowania, co, jakie sytuacje wzmacniają?
      Z tym komentarzem Cię zostawiam… Wiem, że wspomniałam tylko o niektórych aspektach… Mam nadzieję, że wszystko jest dla Ciebie czytelne, jeśli będziesz miała ochotę, pytaj.
      Pozdrawiam Was, Ciebie i Rodzinę, ciepło. 🙂

Zapraszam do dyskusji :):

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s