[95+1]. Międzynarodowy Dzień Jazzu./International Jazz Day.

Tomasz Stańko jest zdania, że jazz to muzyka przyszłości.  Choć nielinearna jego historia to pięknie możemy prześledzić jego historię. Przez muzykę fortepianową, restauracyjną, Big Band, uczenie się hotowania by z czasem im żonglować. O podróżach i bachicznego bagażu. Im głębiej wchodzi się w tą muzykę, tym bardziej czuje się i słyszy jej różnorodność.   Czy wyjdziemy z umiłowania muzyki klasycznej, której twórczynie i twórcy zawsze romansowali z jazzem, czy pójdziemy szlakiem muzyki tanecznej i popularnej, czy bez wahania wejdziemy w jazz.

Dzisiaj nie mówi się o barbarzyńskim wpływie jazzu na Sztukę, a jeśli już — to tylko w dyskursie historycznym. Dziś to jazz jest Sztuką i pożądaniem luksusem i pięknem. Piętnem czasu, choć nie ekranu (raczej radioodbiornika/ radioodtwarzacza). Już Opieński mówił o muzyce przyszłości i próbie łączenia o jazzie jako furtce do Wielkiej Sztuki, zresztą nie tylko on, dla przykładu— pianista i profesor Drzewiecki (wygłasza bardziej stonowaną opinię). Juliusz Adamski mówił o szukaniu przez społeczeństwo ujścia dla temperamentu ludzkiego, o prymat rytmu nad melodią, o tym w jaki sposób muzyka się rozprzestrzenia i jakie cechy teoretyczne posiada  ze względu na adres geograficzny. W latach dwudziestych ubiegłego wieku istniała swoista polifonia na temat roli jaką odegra (sic!) jazz. Dzisiaj jeśli mamy wątpliwości, to mamy ich coraz mniej i dotyczą zupełnie innych aspektów.   Przed jazzem w zależności od czasu historycznego stawiane są różne zdania chociaż nie należy on do tzw. nurtu programowego, ot jest jego zaprzeczeniem. Spoglądając na jego rozwój widać ile gatunków i rozmaitości wchłonął. I z czego do dziś korzysta. Czy usłyszymy klimat warszawskiej Adrii,  swingu,regtime’u. Oczywiście tak, zależy tylko po jaki album sięgniemy. I to jest piękne w jazzie, jego wielonurtowość i różnorodność na różnych poziomach. Improwizacja to nie jedyna ważna kwestia. I to urzeka i prowadzi. Jeśli oczywiście pozwolimy na to. Herbert powiedział, że książki same prowadzą, jedna do drugiej, druga do trzeciej, trzecia do kolejnej. Wydawnictwa ciągłe to także nie wyjątek, tak jest także z płytami. I to niezależnie czy zaczniemy od strony muzyki klasycznej, filmowej, czy Jazzu. Bo, Jest Jazz!  I wcale nie dlatego, że w 2011 roku 30 kwietnia proklamowano Międzynarodowym Dniem Jazzu. Każda pora roku by rozsmakować się w dobrej muzyce jest właściwa i wyśmienita nie ma dni straconych i utraconych dźwięków.

[Tingvall Trio na Levenrkusener Jazztage w 2009 roku. O tym zespole również tutaj].

***

Co was doprowadziło do jazzu? Jak zaczęła się Wasza przygoda? A może wręcz przeciwnie nie słuchacie— i to samo pytanie dlaczego? Co Was zachwyca, a co zanurza i nuży w jazzie?

Co nieco można przeczytać o jazzie sięgając do podręcznego treści spisu, ale niestrudzonych entuzjastów i entuzjastki bloga zapraszam (zawsze niezmiennie i entuzjastycznie), a w sobotę szczególnie. Miłośniczki/miłośników (teraźniejszych i przyszłych) jazzu, (jazzu co niejedno ma brzmienie).

[97+1].Krótko o tańcu II.

Porządki samotności. Jak bardzo ciążyły one na barkach Orfeusza skoro zdecydował się zejść do podziemi, do Nieznanego. albo chłopcu o jasnych włosach. Mały Książę to nie jest opowieść o Miłości, przynajmniej nie tylko, i nie na pierwszym planie. To opowieść o samotności i umieraniu, o samotnym umieraniu i o elementarnej uczciwości wobec Siebie. Odchodzeniu. O wyzwoleniu się ze swoistego tańca cieni. W 1801 roku Ludwig van Beethoven ukończył  Twory Prometeusza, kończy się on uroczystym tańcem. Motyw i wykorzystanie tańca jest bardzo popularne we wszystkich sztukach.  Agnieszka Osiecka napisała kiedyś:

Życie kochanie trwa tyle co taniec,
fandango, bolero, be-bop,
manna, hosanna, różaniec i szaniec,
i jazda, i basta, i stop

 Stop. Jazz, ma w swojej istocie coś, co każe zmierzyć się z samotnością i jest opiewany jako panaceum i nadzieja na przyszłość (wspominam o tym w Międzynarodowym Dniu Jazzu), ale tę kulturalną, bo jest również taka samotność, która mierzy się z bezsilnością nie ma skutecznego medykamentu. O takiej chociażby mówił Stanisław Przybyszewski zmagając się ze swoim stanem zdrowia, i ducha. (Wspomnienia Stanisława Przybyszewskiego. Dolna szczęka). Na które dno rozpaczy wszedł biblijny Hiob, chociaż on przynajmniej miał nadzieję na poprawę swego losu, której doświadczył. Wiele osób jednak, doprowadzonych do krańca nie ma możliwości, wiary, nadziei i środków by trwać, iść dalej, albo chociaż zastygnąć.

Utalentowana Camille nie  wytrwała,ale czy mogła? Osamotniona i opuszczona w zmarła zakładzie dla obłąkanych (jak to się drzewiej mówiło). Eliza Orzeszkowa została wyklęta ze środowiska, próbowała odpokutować swoje „winy” pisząc bogoojczyźniane książki. Życiorys ciekawy rzucony na pożarcie Historii. Marcelina Kulikowska mogłaby coś o tym powiedzieć „szarpiąc się nie w swoich dekoracjach dziejowych”.Inni tak jak Hieronimus albo Sarah Bernhardt znaleźli panaceum na smutki dziejowe, ale owa smutność, to tylko pozór, chociaż może doskwierać i jak melancholia nasycać epokę tak tak jak obrazy Caspara Davida Friedricha O czym krzyczy Mnich nad brzegiem morza, albo o czym myśli? I milczy. Może właśnie zdrapuje swoje ja z dna beznadziei? Tam gdzie samotność zastyga z bezradności. 

Malarz wychowywał się bez matki, ojciec był przesiąknięty surowymi zasadami protestantyzmu. Jako trzynastolatek zginąłby podczas zabawy na łyżwach, gdyby nie brat,który go uratował sam ginąc. To cień, który położył się na życiu artysty. Czy innym jest  Brzeg Morski  w Palavas Jeana Désiréa Gustavea Courbeta? A spojrzenie  uchwycone przez Alberto Giacomettiego   (Portret Jeana Geneta) U-ważne,którego nie można zlekceważyć, a treści, które ze sobą niesie nie można zdyskredytować. Znosi nadzieję, i nie pozostawia wątpliwościKrzyk Munka, zwany Obróconą Moną Lisą —bo jest jej lustrzanym odbiciemjest tak opatrzony, oswojony jak na ikonę popkultury przystało.

Tutaj nie ma przypadkowych dotknięć. Cierpienie jest tym dotkliwsze im fizycznej, uparcie dotyka, dotyczy ciała. Własnego. Wystawia nas na niełaskę i umiejętności liche ćwiczy tych, albo owych. Picasso zwykł mawiać, że cierpienie przemija, a sztuka zostaje, lecz są takie cierpienia, które trwają, zostają na złe i jeszcze gorsze. Ciało w XX wieku doczekało się nowej dialektyki, a i owszem, i przez zdrowych, albo takich, którzy nie noszą znamion choroby jak wierzchniego odzienia doczekało się zarządzania cierpieniem, które ćwiczone było nie tylko w Piętnie, ale i wieki wcześniej (o czym można przeczytać w Podłych ciałach). Samotność wypływająca nie tylko z cierpienia fizycznego, ale także z niemożności znalezienia ulgi, odsuwa wszystko. I nie pozostawia nic. Tylko rozpacz. I piętno. Odziera człowieka ze wszystkiego. Samotność może się zatem rozgościć, rozprawić ze światem, zamieszkać. I zamieszać. A taniec, cóż pozostaje podziwiać z oddali. Nie z własnej woli. Powoli i powoli obserwować znad przymkniętych powiek. Po wiek, ten, który właśnie rozkwita.

97.Krótko o tańcu.

Nie chodzi o Terpsychorę, czy  dance macabre, choć dance ma sens. Daj szanse Dance dance. You can dance! Nie chodzi o chodzenie (i biadolenie), ale i o ruch, o takt, (nie tylko o kulturę i nie o kulturę bakterii)…Nie chodzi. Nie siedzi, ba, nie leży również o flow. Flow to akurat płynie! Płynnie  o ruch (właściwy, może być wolny szachowy)… Tak, tak wiem, i Mistrz Polikarp ze śmiercią rozmawiał.

Nie, nie, nie tylko wariatki tańczą.

[Wariatka tańczy, Krystyna Janda].

Czytaj Dalej „97.Krótko o tańcu.”

96.Ziarno prawdy. (I luksusu).

[Billy Joel, Piano Man]

.

***

Po owocach ich poznacie.

Te były znane były w Etiopii już w I tysiącleciu p.n.e. Zajadano się nimi,  długo i namiętnie, gotowane z dodatkiem  soli  z masełkiem były jednym z największym przysmaków. A na przestrzeni wieków, miejsca gdzie  je przyrządzano stały się swoistym centrum życia kulturalnego. Niezależnie od współrzędnych geograficznych. I dat. Niezależnie gdzie zechcemy się przenieść, (byle nie na tamten świat). Nie tylko Pyteasz szukając swej Ultima Thule nawoływał do porzucenia tego co znane.

Podróże. Kształcą. To doskonały sposób na transfer kulturowy (o czym wiedzieli np Wikingowie), kulturalny (o czym pisałam przy okazji wspomnień o jazzie) ekonomiczny (co wykorzystali Templariusze tworząc chociażby czek podróżny). Wiele książek zanurza nas w tęsknocie lub pragnieniu podróżowania, tak biografii jak i sposobów na przemieszczanie się, smakowanie i poznawanie jest wiele. Gałczyński na przykład pisał o inteligentach, co wciąż uciekają z miasta do miasta… A i życie tych, co spędzili swój czas pod jednym adresem meldunkowym tak jak Immanuel Kant, bywa porównane do podróży. Nie jest ważne to, czy prowadzimy je  samotnie, wręcz ascetycznie, czy jesteśmy wcieleniem sangwinika rządnego smaków, zapachów, miejsc, hedonisty sportretowanego przez Gustava Klimta (np w Pocałunku) . Czyż do tego sposobu zużywania się nie zachęcał Sokrates? Zachęcając do poznania samego siebie?

Obok strawy duchowej, czy intelektualnej podróże bogaciły także nasze menu. Nie, nie wspomnę o Bonie, o włoszczyźnie tym bardziej, że to wierutna (i nie smaczna) bzdura, którą jesteśmy karmieni od wieków, to  to nie (B)ona przywiozła do Polski modę na włoszczyznę. Chociaż to, eteryczna blondynka, o egzotycznej urodzie nie godziła się z rolą drugoplanową, tak samo jak Król, chciała mieć swój dwór. Innowacji było więcej, nie tylko lżejsze posiłki. A warto wspomnieć, że  panicze młodzi jeździli od dawna do  Włoch, by tam pobierać nauki, nie tylko dobrych manier i te, dotyczące gotowania. A i owszem Bona była niezwykłą kobietą, wykształconą, do tego nie godziła się na to by cieszyła oko możnych panów li tylko piękną wiotką figurą. Chciała mieć realny wpływ na politykę dla dobra swojego nowego kraju, który z odległego punktu na mapie stał się bardzo bliski, choć na początku obcy kulturowo.Możnym nie podobało się, że Sforza chce współrządzić wraz ze swym Małżonkiem. Zresztą, (i bez reszty) nie tylko to.  Rejowi i Kochanowskiemu nie podobał się sposób odżywiania Królowej Małżonki. Wszak Polacy, nie Włosi  i swą kucnie mają! Lubią konkretnie i ociekająco tłuszczem (nie tylko gęsim) pojeść. Te umorusane brody i paluchy… I poplamione ciuchy… Matko prać!* Bez namaczania… Nie zejdzie. Na dalszy plam, Plan znaczy… Znaczyć będą szaty wczorajsze dania. O których świadczyć będą także kronikarzy podania.

Czytaj Dalej „96.Ziarno prawdy. (I luksusu).”

95.Wpis około okolicznościowy (I).

[Vassilis Tsabropoulos fortepian, Anja Lechner wiolonczela, U. T. Gandhi perkusja. Album Melos (wydany w 2008 roku). źródło].

Tak naprawdę,  oczywiście poza tym, że nie dzieje się nic, muzyka jest  j e d n o ś c i ą     s p r z e c z n o ś c i.  Dzielenie jej na gatunki, chociaż łechce naszą skłonność do socjologicznych porządków jest błędem. Oczywiście można pokazać oś czasu kształtowania się jakiegoś gatunku (np jazzu, od czarnych pieśni, czy słynnej dzielnicy Nowego Orleanu). Wskazać wpływy, chociażby ekspansję filmów udźwiękowionych poza granicę Stanów (jak najbardziej) Zjednoczonych, albo migracje muzyków ze względu na sytuację polityczną (dojście małego kaprala do władzy) albo  pokazać jaki wpływ wywarły peregrynacje amerykańskich żołnierzy w czasie Wielkiej Wojny. Zresztą i bez reszty, tych czynników jest wiele. Im dłużej słucham takich artystów jak Vassilis Tsabropoulos, czy Anja Lechner albo U. T. Gandhiego przekonuje się, że tak n a p r a w d ę

Czytaj Dalej „95.Wpis około okolicznościowy (I).”

[43+1]. Lekko, łatwo i przyjemnie.

Nie będziemy tutaj omawiać historii europejskiej polifonii, nie będziemy cofać się do paryskich czasów, do edukacji jaką uskuteczniano w katedrze Notre Dame od tejże wzięła nazwę szkoła,nie będziemy też mówić o  wielogłosowości włoskiej za czasów Ars Nova, ale przecież to wielogłosowość, po prostu. włoskie trecento. O tym też nie będzie.

Czytaj Dalej „[43+1]. Lekko, łatwo i przyjemnie.”

[04+3].Prosto. Ta.Droga.

Polski jazz chociaż na początku niebezpiecznie utożsamiano go z muzyką taneczną, to marka od samego zarania. No, prawie. Polscy muzycy podróżowali po całym świecie niezależnie, czy tworzyli w big bend!ach (np Szymon Kataszek), czy obierali wędrówkę rozpisaną na instrument solowy. Niezależnie od tego o jakim okresie jazzu mówimy, ten gatunek muzyczny to fluktuacja wpływów. Wystarczy spojrzeć na współpracę muzyków poza granicami. Twórcy jazzowi niejednokrotnie pisali muzykę do filmów, godzili ogień z wodą i dosypywali doń niepokornych nut. Tak więc ten oto argument może być przyczynkiem do dyskusji o muzyce. O muzyce,która jest jedna. Choć ma wiele twarzy i uszu. I rąk, na klawiaturach, bębenkach, nie tylko blaszanych, harfach…

Czytaj Dalej „[04+3].Prosto. Ta.Droga.”

92.Jazzofon, czyli dwanaście tysięcy utworów.

Znana tą dykteryjkę o Einsteinie i jego szoferze? Pewnego dnia kierowca mówi fizykowi, że nauczył się już wszystkiego i mógłby poprowadzić za niego wykład, zwykle siadywał na końcu sali i słuchał i czekał, aż wielki uczony skończy wykład by móc go zawieść tam gdzie tego oczekuje.

Podczas jednych zajęć wstał jeden ze studentów, zadał pytanie, aaa Albert na to niemożliwe. Na to odpowiedział: Cóż, proszę pana, na to pytanie zna odwiedź nawet mój szofer, który wyszedł z ławki i poprowadził wykład…

Piękne? Ależ tak.

Czytaj Dalej „92.Jazzofon, czyli dwanaście tysięcy utworów.”

[29+1]. Pytanie.

Delikatności mi trzeba. W muzyce. W życiu. Nie chodzi o melancholię chodzi o perspektywę. O sensualność. O brzmienie. O słowo i melodię, o rytm, a nade wszystko o spojrzenie. Wspomniałam o tym pisząc o kulturze (nie)słuchania.  Co się stało z polskim postrzeganiem i tworzeniem muzyki? Ciśnie się niepostrzeżenie na klawiaturę, i powraca pytanie niczym bumerang. Sytuacja, jak zwykle, jest złożona. Nie wystarczy obarczyć szkolnictwa, i nauczycieli, edukatorki/ edukatorów, czy media, albo rozwój techniki zapisywania dźwięków. Johann Christian Bach w 1768 roku dał jako pierwszy na świecie recital fortepianowy, czy przewidział rozwój muzyki, nie tylko rejestrowania, ale także (przede wszystkim) odbierania, przeżywania. Wiele wody w kranie musiało upłynąć zanim dotarliśmy do tego punktu. Dla przykładu to co dzisiaj uważamy za fortepian jego forma utrwaliła się w XIX wieku i to w jego połowie. A Stefan Kudelski, laureat nie tylko Oscarów, zrewolucjonizował sztukę dźwięku.  Jako student, emigrant z Polski, skonstruował magnetofon Nagra, który używany był przez dziennikarzy i w przemyśle filmowym. Ludzie od wieków próbowali ujarzmić dźwięk, ocalić od zapomnienia. Co prowadzi nie tylko do eksperymentów muzycznych i pytania czy i w jakich proporcjach łączyć naturalne brzmienie z elektroniką? W taki sposób by i publiczność i media były ukontentowane,ale do niecnych posunięć używania playbacku.

W katach 20/30 ub. wieku, ale także i później w Polsce pisaniem piosenek, które stawały się szlagierami zajmowały się osoby, które poświęciły słowu, czy muzyce całe życie, miały nie tylko do niego atencję, ale potrafiły się bawić konwencją. Tuwim był zmuszony do tego, żeby pisać pod pseudonimami, żeby dać pozór różnorodności, choć i tak jego fraza była rozpoznawalna. Swoją rolą w kabaretach, niepoważnej twórczości, z której zyski pozwalały mu zająć się Poezją Prawdziwą, przejmował się tak bardzo,że na próbach dla publiczności, albo już na przedstawieniach siedział w tylnich rzędach i obserwował reakcje publiczności.  A Brzechwa? Który umierał w niespełnieniu twórczym, był bardzo krytykowany za swoją twórczość dla dzieci, jako amoralną i niewychowawczą (to samo zarzucano Astrid Lindgren). Zaczęła się ona, owa twórczość, dosyć niewinnie. Jan chciał poderwać pewną przedszkolankę podczas turnusu w prewentorium, i zaczął żonglować słowem. Potem zaproponowano mu wydanie owych wierszyków, i tak się zaczęło… I tak do dziś trwa. Słowo.

My. Konsumentki i konsumenci ponosimy współodpowiedzialność za korzystanie i kreowanie, odbieranie kultury. Czytanie jej ze zrozumieniem. Współgłos. Wymaganie od siebie. Poszukiwanie, to kolokwializm. Ale tak to właśnie jest.

[Koncert pamięci Agnieszki Osieckiej w Opolu, 1997, Niech Żyje Bal, piosenka finałowa].

 Stawiam więc pytanie:

W jaki sposób kształtujesz swoją muzyczną inteligencję?

[57+1]. A jednak się wzrusza (II).

Wzruszenia

Wmawiane od tak dawna, siłą rozżaloną

ściągane wewnątrz: by tam odkryć grzbiet

cierpkiego wciąż to samo, wystające

żebra,co drą aksamit. Miękkość nie chce

być różnoraka na tyle, na ile

tego się żąda w pośpiechu. Zapewne,

rzecz, która tylko twym nie jest udziałem,

skwapliwie śmieszy, ale później ciebie

w tym śmiechu wykasłuje. Wciąż to samo,

złożone na krzyż z płaszczących się części

ubogo przewidzianych. Lecz czy one

nie chcą nas oszukiwać w s z y s t k i c h: czy

wybierają: czy ci są wybrańcami

(bo tak nieliczni), których nie wybrano

i zostawiono z płaszczem na ramionach.

Lecz były, będą w którejś z pozostałych

dłoni:wzruszenia wreszcie nie wymówione.

[Wzruszenia, Stanisław Barańczak [w:] Wiersze zebrane, Biblioteka Poetycka Wydawnictwa a5 pod red. Ryszarda Krynickiego  Tom 55, Kraków  wydawnictwo a5 s. 5].

 

Pitagoras apologeta matematycznej miary. A jednak coś się wymyka, Miłosz w jednym ze swoich wierszy pisze, o tym, że warto spoglądać Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy. Wzruszenie tak jak Miłość, którą opisuje Noblista, burzy porządek, daje, albo ukazuje nową twarz rzeczom, gestom, słowom już znajomym, albo zdawało by się już poznanym. Wzruszenie zadaje pytania, jest i powoduje ruch. Jak  w Szalonej Lokomotywie, którą wyśpiewywał Grechuta. Wzruszenie to coś więcej niż radość i smutek, to poznawanie, smakowanie, dotykanie, to działanie. Chociażby się stało bez ruchu spoglądało na Mleczarkę Vermeera. To uważność. Może zdarzyć się wszędzie, w samotnym życiu Szuberta, albo gdzieś w metropolii gdy krztusimy się własnym oddechem. Może nasze myśli wprawić w ruch stawanie się żonkila. Gdy kwitnie żonkil (słowa: e. e. cummings – tłumaczenie Stanisław Barańczak).

 Kwiat rosnący niespiesznie, albo właśnie zakupiony w małej kwiaciarni, albo też wyobrażony nie jako zabójca żon, ale świadek istnienia, żonkil taki, który mógłby namalować Picasso albo van Gogh. Sztuka przekracza to co oczywiste i nieoczywiste zarazem. Nie istnieje bez poszukiwania, Imieniem poszukiwania jest zdziwienie i wzruszenie. Gdzie ono nas zaprowadzi? Gdzie pozwolimy się prowadzić? Wejść w gotyk wzruszenia. Być bliżej. Wzruszenie pozwala naszej świadomości dojrzewać. Mały Książę jest uważany za najpiękniejszą książkę o miłości, dla mnie jest to książka o odchodzeniu. Także tym ostatecznym, niezbywalnym i nieodwołalnym. Im częściej do niego powracam tym otwierają się nowe przestrzenie. Nie trzeba czerpać z Boschowskiego ducha aby otworzyć nowe przestrzenie dla pytań. To również książka o buncie. Ale to także odnajdziemy w dziele obrosłym w mity Requiem Wolfganga Amadeusza Mozarta, który notabene rozpisał własną śmierć.

Wzruszenie jest nie stąd, nie z tego porządku. Dzisiaj sprowadzamy je do wspólnego mianownika, kilku ważnych łez i śmiechów, ale czy Kot w pustym mieszkaniu, którego zachowanie ręką śmiertelną opisuje Wisława Szymborska nie wzrusza?

88. (Po)chwała drobiazgów, czyli nie tylko zielone zeszyty.

Ani śnieg nie przykrył niedawnych krwawych wydarzeń, ani sromotnego upokorzenia nie zasypał, ani wieści słabości francuskiej armii nie zmroził — na wieczność, nie na wieczność. Hulał wiatr wdzierając się w palta, i skostniałe myśli… Żołnierze niedzielnie bo  w świątek,piątek i niedzielę.W minucie każdej, dzielnie walczyli, ale zaprzepaścili swoje szanse na powrót z tarczą. Wiedzieć trzeba, że kampanie tej przeprawy nie tylko były skrupulatnie zaplanowane przez wroga, ale i stały si forpocztą nowego sposobu prowadzenia i rozstrzygania konfliktów zbrojnych. Z francuskich, kolorowych mundurów pozostały strzępy wypłowiałej tkaniny,obrosłej brudem, sztywnej od mrozu i błocka nieprzydatnej już do niczego.

Słupek rtęci poniżej zera utrudnił (albo nierzadko uniemożliwił) poruszanie się po drogach. Ślady te trudno było zatrzeć nawet niespełna rok po wydarzeniach wojny francusko — pruskiej.

Wiosną gdy przemarznięta ziemia zdecydowała się obudzić do życia, wraz z roztopionym śniegiem ukazywała żałość ludzkiej natury, która ukazuje swoje prawdziwe oblicze w czasach niespokojnie krwawych, pogorzeliska, zniszczenia, ruiny płakały w pełnym lipcowym słońcu. I tak cud, że akuszerka z medykiem zdążyli do owego wystawnego domu o dużych, czystych oknach,wypastowanych parkietach, długich, korytarzach by odebrać poród. (Jakaż to by była sromota nie zdążyć do tak zacnego domu)...

Albowiem wiedzieć musicie, że choć śmierć w trakcie utarczek, buńczucznego gniewu i napęczniałej wojennej rozpaczy przychodzi często pośród ludzi (i długo po niej wraz z hiobowymi wieściami o śmierci bliskich, dalekich krewnych, [nie]spełnionych kochanków na których drodze tylko kres doczesnego życia i bezkresna tęsknota) tak i  rozdzierający ból miesza się z tym, który zwiastuje nowe życie.

Czytaj Dalej „88. (Po)chwała drobiazgów, czyli nie tylko zielone zeszyty.”