64. Puzzle.

Tata w ostatnich latach życia został czytelnikiem. Spędzał wieczory,czytając książki w obecności bliskich i przyjaciół sfotografowanych w ważnych momentach życia. (…)Oczywiście nigdy nie widziałam go czytającego. Gy przychodziłam czekał na mnie w drzwiach,książki zostawały w pokoju z rozstawionymi na komodzie fotografiami. Krążyły w siatkach, torbach. Dekorowały regał. Dawały temat do rozmowy. Obchodził się z nimi delikatnie jak z zegarkami.. Gładził okładki,zaglądał ostrożnie sondując zawartość.

Zaczął czytać gdy zostałam pisarką. Wcześniej nie interesowała go literatura. (…) Mniejszy pokój w mieszkaniu rodziców zamienił się w prywatną czytelnię Siedział wieczorami na kanapie,systematycznie „zapoznając się” z dostarczonymi przeze mnie tomami. (…)

Ojciec siadał w pokoiku po wieczornym spacerze, trochę chowając się przed odgłosami telewizora. Pytał: „Co tam nowego możesz polecić? Tylko tak wiesz, do czytania.”

[Umarł mi. Notatnik z żałoby. Inga Iwasiów, Wydawnictwo Czarne, 2013 s.77-78]

***

Tak o swoim nieżyjącym już ojcu pisała Inga Iwasiow, Zbigniew Herbert też wspominał swojego (w wierszu pt. Mój ojciec). W innym Struna której poeta nawołuje by zostawić lampę, instrument i książkę, by wyruszyć na wieczne poszukiwanie na przykład do miejsca gdzie można wskazać gwiazdę nieobecną palcem. Tak więc porzućmy wszystko. Zachłyśnijmy się powietrzem, zielonością i zgiełkiem. Konstanty Ildefons Gałczyński wymyślał sobie ojca, bo ten, którego miał nie zdał egzaminu z ojcostwa. Jedyny spadek, który mu pozostał to imię. To pierwsze rzecz jasna.

23 stycznia 1905 na świat przychodzi Konstanty Ildefons Gałczyński. Jeśli już zaczynamy od imion. Drugie po hiszpańskim patronie. Niejako przypadkiem w dniu jego urodzin Kościół obchodził święto tego świętego. I tak oto autor Zaczarowanej dorożki szedł przez życia z dwojgiem imion, i młodszym o jedenaście miesięcy bratem Mieczysławem Zenonem, którego bardzo kochał, z wzajemnością zresztą i tamtą. Gdy się patrzy na Konstantego Ildefonsa nic nie jest zwykłe,może nieco…Zaparowane, tfu zaczarowane, nieco bachiczne, Wzrastał na Karcelaku, który uwiecznił w nie jednym z wierszy, tam, tak samo jak na Ulicy szarlatanów, można było dostać wszystko. I zachwycić się wszystkim. Uczta w codzienności. Może odskocznia. 

Gałczyński nigdy nie przedstawił go znajomym. Co więcej wypowiedzi na temat jego okraszone były sporą dawką niezrozumienia i kpiny. Skoro nie miał ojca, takiego jak chciał. Stworzył go od nowa, na swój wzór i podobieństwo. Był człowiekiem nietuzinkowym o stu, albo i więcej, zawodach. Tak naprawdę bywał częściej w knajpach niż w domu, aż w końcu na wieki go zapomniał i nigdy nie wrócił.

Jan Brzechwa tak ten Brzechwa, miał ojca, no bo kto go nie m(i)a(ł)? I to ojca na schwał, oj żeby tylko. Takiego ojca kolejarza, inżyniera, absolwenta Instytutu Technologicznego w Sant-Petersburgu był naczelnikiem parowozowni Kolei Południowo Zachodniej  zwiedził z rodziną wiele miast i wsi,nie rzadko byli zmuszeni przeprowadzać się z miejsca na miejsce z racji pracy. Gdy Janek przyszedł na świat ojciec dobiegał już pięćdziesiątego roku życia. Ale szczęśliwi, czasu nie liczą. Dobroduszny, fantastycznie potrafiący się bawić, zawsze po stronie dzieci, cierpliwy, wyrozumiały, z poczuciem humoru,  słowem, alter ego matki. Gdy ta wymierzyła mu karę siedzenia w ciemnym pokoju, albo łazience pod kluczem, za jakąś dziecięcą psotę ojciec wdrapał się przez okno i zdecydował się towarzyszyć biedakowi w odsiadce. Gdy matka pewnej niedzieli zdecydowała się uśmiercić kogucika, towarzysza jankowych zabaw, ojciec z synem zdecydowali jednym głosem, że przyjaciół nie (z)jedzą. Taka oto solidarność. Nauka nie miała przed nim tajemnic. Potrafił i robił to świetnie i z przyjemnością objaśniał świat swoim dzieciom. Historia, fizyka, chemia, bawił się matematyka, i pozwalał dzieciom buszować w swojej pokaźnej bibliotece. Zarówno do matki jak i do ojca dzieci zwracały się po imieniu. Czytał w nieprzyzwoitych ilościach, tak sobie,jak dziecku. 

Ojciec Andersena był szewcem. Potrafił rozbudzić Janie Chrystianie wyobraźnie. Podobnie jak Aleksander urządzał teatrzyk. I czytał, czytał małemu Andersenowi. Dał posag synowi na długie lata i krótką stosunkowo, wymarzoną podróż do Kopenhagi.

Ojciec Richarda P.Feynmana tak samo objaśniał mu świat. Miał plan. Plan był taki jego syn zostanie w przyszłości naukowcem, co jak czas pokazał, się urzeczywistniło. Dzięki zapałowi ojca i jego objaśnieniom świata syn i córka, zarazili się ciekawością. Jak sam Dick przyznał, dopiero długo, długo potem jak syn poszedł na MIT „dowiedział się”,że ojciec nie tylko nie jest wszechwiedzący, ale, że sam przerósł swojego Rodziciela. Niemniej dociekliwe pytania i Encyklopedia Bratanica przydawały się w najmniej spodziewanych m o m e n t a ch. Rodzice zazwyczaj pozostają w cieniu, jeśli,oczywista, wcześniej nie byli znani, tak jak np. Zdzisław Beksiński, czy Stanisław Baczyński. Oj, Ojciec. Był, Jest, Będzie. Jeden z wierszy Michała Zabłockiego rozpoczyna się słowami jestem synem swego ojca/ jestem ojcem mego syna/każdy nas osobno wzięty/ całą resztę przypomina. Nosimy nie tylko gombrowiczowskie miny, ale i zwyczaje, nawyki, nastroje i ciało, co nie do końca nasze, ale i przodków ciało. Może to właśnie ten skrojony moment po popołudniowej kawie jest chwilą na zastanowienie tego co (nie)świadomie dziedziczymy, dajemy i bierzemy. W jakich figurach, gestach i ekwilibrystykach się rozgaszczamy. Dzień ojca i syna i… Tak oczywiście, niezaprzeczalnie i przejrzyście jesteśmy. Przez chwilę. Znosimy rozczarowania, piękna, ubrania, nastroje, i choć odciśniemy ślad własny, jesteśmy częścią odwiecznej układanki. Układ Anki, czy innej Zosi, bałaganu nie znosi, może chwila przypomnienia, zastanowienia co na co dzień, co noc, co wieczór mamy w kieszeniach? 

63. Bo(o)k, tak. Ale zależy który.

Najmłodszym noblistą w dziedzinie literatury był Rudyard Kipling .W 1907 roku kiedy to otrzymał wyróżnienie miał 41 lat. Czy w pierwszej dekadzie 1900 przypuszczał jaki przewrót technologiczny czeka rynek wydawniczy? Zmarł przed wybuchem II wojny światowej na początku 1936 roku. W wyniku przedziurawienia wrzodu dwunastnicy i pojawienia się w wyniku tego krwotoku. Da Vinci skonstruował czołg, wierzył w mechaniczne ptaki, więc może i Rudyard wierzył w pojawienie się książki dźwiękowej czy elektronicznej? Tego się nigdy nie dowiemy. Zresztą (i bez reszty) za wybraniem osoby Kiplinga nie przemawia żaden fakt…Niech zatem będzie Karol Dickens ten co tak okrutnie traktował kobiety (wyrzucił swoją żonę, którą pojął gdy był jeszcze biedny, oskarżył ją o to, że zaniedbuje dom i jest chora psychicznie. Zrujnował ją, zniszczył wszystko na czym jej zależało, a w szczególności reputacje. Sam ukrywał, że ma kochankę, gdy podróżował z nią koleją żelazną i kobieta ucierpiała, miała złamaną rękę zabronił jej korzystania z pomocy lekarskiej bo co by się stało gdyby nagle się okazało, że pociągiem podróżuje Bardzo Znany Pisarz, do tego w takim towarzystwie?) No, ale może nie tylko nie warto nikogo pytać? Nie chodzi o to, że Karol napisał Opowieść wigilijną w półtorej miesiąca…

Mamy wybór.

Jeszcze przed wynalezieniem pisma Breila (w 1825 roku) osoby z dysfunkcją narządu wzroku mogły samodzielnie czytać. W 1786 roku w Paryżu V Hauy stworzył taką możliwość. Rynek książki rozwija się dynamicznie. Nie dość, że książka drukowana nie jedno ma imię (i różne wydania:ekskluzywne, kieszonkowe) to jeszcze jest książka mówiona i wydania eklektyczne, tfu, elektroniczne. Oto jest pytanie, które od wieków nurtuje filozofki i filozofów:

książka tradycyjna, czy o swojsko brzmiącej nazwie, ebook?

Pliniusz straszy Starszy się mylił papirus jest trwalszy niż 200 lat. Nie wiadomo też ile może przetrwać książka elektroniczna, która przecież jest zapisana na jakimś nośniku (np na cd, albo trzymana w chmurze, jednakże pamiętajmy,nie wchodzi się dwa razy do tej samej chmury, podobno, o tym już rozprawiali starożytni Grecy, a przynajmniej jeden taki Heraklit). Rozważmy zatem papierowo, czy elektronicznie czytać. Jeśli w ogóle czytać musimy…

1. Książka papierowa. Jaka jest każdy (każda) widzi. Przede wszystkim można jej dotknąć, przekartkować, powąchać, (są osoby, które twierdzą, że nie ma nic lepszego jak zaciągnięcie się zapachem świeżo kupionej, i bez tego jak bez filiżanki kawy nie rozpoczną dnia). Do tego można ją postawić na półce. Sycić wzrok, przekładać, układać w różne konfiguracje. Namacalnie i niezaprzeczalnie książka j e s t. No właśnie, ale czy każdy z nas ma do dyspozycji Bibliotekę Aleksandryjską? No, oczywiście, że można wypożyczać, ale niejednokrotnie na dany tytuł trzeba ćwiczyć, ćwiczyć się w cierpliwości…

2. Książka papierowa ładnie prezentuje i reprezentuje. Jest niejako forpocztą. Powiedz mi co czytasz, a powiedz mi kim jesteś. I ładnie zbiera kurz, kurzu ci u nas dostatek, zwłaszcza jak mamy piękne książki… No, ale przeglądanie półek i bibułek nie zawsze nam pasuje. Tutaj doskonale sprawdza się czytnik, co prawda półki są wirtualne, a książka nienamacalna przez co można pomyśleć, że łatwo ją utracić, a dostęp do sklepu, jest tylko wtedy gdy mamy zapewniony dostęp do magicznej sieci Internet. Oczywiście, nie stoimy w kolejkach, ba, nie wychodzimy z domu, może  ewentualnie z siebie, gdy mamy słabe łącze.

3. Łatwo przyszło i jeszcze szybciej poszło mawiają ci, którzy zapomnieli, zgubili, których okradziono, np wyrywając urządzenie z rąk. No, co innego taki czytnik, a takiego Super Booka by nikt nie odważył się wyrwać… (Wydana w 1976 roku w Denver książka mierzy  zaledwie 2,74 na 3,07 m, waży  252,6 kilograma…). Nie wiem, czy czytając w środkach komunikacji miejskiej nikt nam nie będzie patrzeć przez ramie, ale przynajmniej będzie mniejsza pokusa,trzeba będzie bardziej się nagimnastykować (ekwilibrystyka to jest to!) Przynajmniej żeby taki tytuł przeczytać.

4. Ile waży ebook? No cóż jest lekki jak piórko. I to niewątpliwie zaleta dla tych którzy a) często podróżują, b) planują przeprowadzkę, albo co gorsza, są właśnie w trakcie c) wystarczy taki remoncik by cokolwiek pochlapać, by gdziekolwiek zamącić. Książki elektroniczne się nie brudzą i kręgosłupa nie trudzą. Z kolei taką całkowicie analogową trudniej jest zniszczyć doszczętnie, chyba, że jesteśmy Savonarolą i ognisko swoje widzimy ogromne… Chociaż ten żywioł pochłonąć może wszystko.

5. Zażywanie lektury w świetle lamp nawowych dawno już minęło. Teraz tylko no cóż, pozostaje nam albo najnowsza technologia, która męczy szybciej oczy (jeśli wierzyć statystykom o 25% szybciej jeśli mamy do dyspozycji książki elektroniczne), albo przy świetle sztucznym. Apologeci książek elektronicznych mówią, że można czytać w każdych warunkach, a no, można zwłaszcza mając wodoodporny egzemplarz urządzenia, ale takich na rodzimym rynku jak na lekarstwo. Tak w każdych dopóki nam starczy baterii. Pokaż mi swoją baterię, a powiem ci… jak długo będziesz czytał(a).

6. Zapora technologiczna: niemożność skorzystania z tego rozwiązania przekreśla książki elektroniczne. Nie każda osoba może skorzystać z tego rozwiązania w obecnym kształcie (np. osoby starsze te, które wykluczone elektronicznie, ograniczona sprawność rąk, lub niewidomi, oczywiście są syntezatory mowy, no ale dalekie są jeszcze od doskonałości, co więcej można wtedy skorzystać z książek mówionych, rynek bowiem prężnie się rozwija).

7. Zapora ekonomiczna: książka coraz droższa, niezależnie od tego w jakiej formie. Dla tych, którzy chcą się zmierzyć z książką elektroniczną muszą kupić urządzenie przenośne, niezależnie od tego, czy będzie to komputer (czytanie nieporęczne) tablet, czy czytnik jednorazowa opłata za urządzenie jest, i nie można tego ukryć. Do tego z czasem i biegiem giga i terabajtów wymagania sprzętowe będą rosły. I rosły jak pokrzywy po deszczu.

8. Na polskim rynku wydawniczym mało jest książek  naukowych, ale znając życie będzie coraz więcej. Ością w oku, stoi jak to zwykle bywa cena książki, tak, tak przede wszystkim tej elektronicznych, ale tylko w tych nie analogowych możliwe jest, że będą interaktywne. Ba, już są.

9. Notatki, cóż lepiej się robi mając do dyspozycji papier, ach ten papier. Ciekawe co by powiedzieli ci, co pisali na mezopotamskich glinianych tabliczkach i pismem klinowym. To jedna z najdawniejszych form pisma. Pisma, czyli zemsty ręki śmiertelnej. I te właśnie książki zbierał Asurbanipala w swojej bibliotece, czy o książkach elektronicznych też będziemy pamiętać tak długo? Czy będziemy tworzyć w pełni nie analogowe biblioteki?

10. Książki przynajmniej te, wgrywane do czytnika możemy mieć zawsze przy sobie, o ile oczywiście nie zgubimy w samolocie, czy innym autobusie.

Co jest lepsze zatem? Odpowiem jak Sokrates. Nie wiem. To czego potrzebujemy. Coraz głośniej mówi się, że nasz mózg jest przyzwyczajony do czytania książek papierowych, nie tylko dlatego, że wzrok się wolniej męczy, ale również ze względu na zapamiętanie, i koncentracje. Istnieje pokusa traktowanie książki elektronicznej jak zwartości Internetu (hiperłącza) jak i możliwość porzucenia jednej książki na rzecz drugiej, drugiej na rzecz kolejnej. Czy jednak sprawa ma się tak z młodym pokoleniem, pokoleniem, które urodziło się z tabletem i myszką w ręce? Czasy skryptoriów odeszły w zapomnienie, wiwat Gutenberg! Nie, nie będę wartościować co jest lepsze, zależy jak leży, w dłoni, oczywiście. Nie, nie wiście. Czytajcie, albo lepiej nie. Najlepiej nie. 

62. Człowiek, którego nikt nie (wy)słucha(ł).

Johannes Brahms uważał,że urodził się w niewłaściwym czasie by móc tworzyć, a jednak! Dla osób chcących zaprzyjaźnić się z muzyką klasyczną polecam uwadze chociażby Tańce węgierskie. I przejmujący smutek Gustava Mahlera. Oczywiście nie bez wpływu na jego muzykę kładą się koleje jego życia, dla zwolenników i zwolenniczek odczytywania twórczości poprzez fakty życia, tutaj mają niepowtarzalną okazję.Zresztą nawet tam gdzie nie mają, to i tak doszukują. Gdyby nie choroba Henri de Toulouse-Lautreca i jego stan zdrowia to czy doszukiwano by się w jego twórczości, takiego a nie innego podejścia do ciała, jako reperkusji niepełnosprawności. Nie wszystkich spotyka ten sam los, dlaczego nie mówi się o biegu życia Sigmunta Freuda, chociażby jego depresjach i podejściu do kobiet, którymi się otaczał w przestrzeni publicznej jak i całkiem prywatnej…

 Oczywiście można i n a c z e j.  Bo przecież nie ma gwarancji, że istnieje j e d n o rozwiązanie i jeden, w domyśle prawidłowy rodzaj postrzegania. Takie rzeczy to tylko u polonistów/ polonistek, i to też nie wszystkich. Owa niechęć jednego rozwiązania przejawia się tym, że nie przepadam za słuchaniem muzyki filmowej wraz z obrazem, chociaż równocześnie jeśli uznaje ją jako dobrą, albo bardzo dobrą staje się zauważalna. W życiu pełno jest paradoksów.Można się najeść, i napchać kieszenie, a nawet urosnąć o kilka centymetrów.

Nie przepadam za stałymi wartościami, które są przypisane sztuce, dlatego stronię od muzyki programowej, a jednocześnie, o zgrozo lubię twórczość i (jeśli to możliwe) osobę Mahlera. Oczywiście nie przeczę, że Historia i Los nie pozostaje bez wpływu na twórczość, ale odczytywanie jej przez pryzmat przeżyć bywa złudne. Co gorsza, nie trafne, co jeszcze gorsze utrwalone przez wieki, wtłaczane do głów. Wystarczy podać szkolny (sic!)przykład Jana Kochanowskiego pisał treny po stracie swojej najmłodszej córki, Orszulki. Zaprawdę,zaprawdę powiadam Wam, wielkie mu pustki uczyniła [by] w domu [jego]. Gdyby istniała. Bo to zła kobieta była… Nie, nie, nie. To tylko wprawka literacka. Była, a przez wieki zwodziła polonistów i polonistki. A ileż niepoprawnego możemy uczynić gdy niepewne, acz istniejące, ale nie w takim natężeniu jakim myślimy uważamy za prawdziwe. Jedynie prawdziwe.

Tyle, że poznawanie,odczytywanie historii dzieła tylko przez biografie jego twórczyni, czy twórcy to tak jakby mówić o podróżach, poruszając się tylko na trasie praca dom. Ewentualnie w odwrotnym kierunku.

A tymczasem borem lasem idzie Historia. Z przy_t(r)upem. Taki oto reneseans, rezonans tfu, renesans. Zmienność sojuszów, geometra sił w nieustannym ruchu,wrzeniu, współwalce popychanym ku nieistnieniu. Gwałt i pożoga. Ambicyjki i ambicje. Walce i walki. W takim świecie konstruowany jest renesans, czyli zwycięstwo Człowieka nad Naturą. Smród,zakrzepła i ta jeszcze ciepła krew, kurz, pożoga, zbrodnia,zbrodnię goni. I w takich dekoracjach człowiek próbował ujarzmić świat by mu służył. Dysonans.Zaprzęgnąć śmierć i zbrodnie by służyły jego interesom. Nie wszystko takie piękne jak to w szkołach (i na obrazach) malują. Nie ma prostych dróg, i prostych rozwiązań, a czarno białe ilustracje tylko w telewizji, ale to było dawno, a teraz takie rzeczy to tylko w Idzie. 🙂

Odkładając żarty, na dowolnie wybrany —bok można przywołać postać niejednoznaczną, niesprawiedliwie ocenioną i tragiczną. Niccolo Machiavelliego. Podróżował on spotykając się z możnymi tego świata, wystarczy wspomnieć chociażby Ludwika XII, czy Maksymiliana I, albo papieża Juliusza II.

Z drugiej strony nie doceniany, nie wysłuchany, odsądzany od czci i wiary, również dzisiaj. Sądził,że cel uświęca środki. I nie zawahał powiedzieć tego głośno. I to go zgubiło w oczach współczesnych. Najznamienitszym jego dziełem była Historia Rzymu Liwiusza. Dzisiaj mówi się,za sprawą edukacji tylko o nieszczęsnym Księciu,. To tak jakby zadowolić się brykiem mając w zasięgu ręki i wzroku wspaniałą bibliotekę. Albo jakimś śmieciowym jedzeniem mając do wyboru najznakomitsza restaurację.

Niccolo, ach Niccolo… Pisałeś o cnotach republikańskich jakie warto (ba! Koniecznym jest) urzeczywistnić w życiu politycznym dla dobra ogółu, czyli kraju.Tak by kraj rósł w siłę, a ludziom żyło się dostatnio. Co zrobić by rząd były sprawiedliwie, skutecznie i przynosiły pożytek poddanym i władcom. Ważne by władza była silna,ale to nie znaczy żeby przekształcić ją w tyranię. Władza powinna być środkiem i to środkiem skutecznym. Ma służyć czemuś. A przecież świat domagał się tak rozwiązań jak i silnej ręki. Tak by wstrzymać rozpad i wykurzyć barbarzyńców z południa, barbarzyńców z północy, barbarzyńców, z wnętrza. I to barbarzyńców, bynajmniej nie czułych. Zdrada, spisek, mord, kurz i krew, smród to rzeczywistość renesansowej Italii. Italii, która składa się z małych państw—miast, które walczą o wpływy do tego muszą przetrwać wewnętrzne spory. Tak, tak właśnie w tych czasach żył i tworzył w takich oto dekoracjach chociażby Leonardo da Vinci.

Autor Księcia urodził się w 1469 roku w rodzinie, której imię kiedyś było świetlane, jednakże świetność przeminęła z gorącym wiatrem pożogi, i już nie wróci. Nicolo pierwszy syn Bernarda nie tylko doktora praw, bibliofila, ale także czułego, wyrozumiałego ojca. W epoce krwi, walk o władzę, w epoce, w której powietrze przesiąknięte było swądem palonych ciał… Wychowanie bez cienia paternalizmu, czy chociażby wyniosłości. Bernard od podboju świata zdecydowanie wolał książki, które z pasją kolekcjonował. Cycero, albo Owidiusz, to jego kompanii. (A nie kompani z wojska, ale jakiego właściwie wojska?) No i oczywiście Liwiusz!  

***

Ojciec napoił Nicolo  szacunkiem i miłością również do wydawnictw ciągłych. Śmiało napisać, że cała rodzina oddychała powietrzem i zakurzonych ksiąg. Tutaj należy szukać źródła miłości do słowa skopiowanego, bo przecież drzewiej się przepisywało księgi wielkie, ba opasłe,ba— księgi mądre. Druk nie był ani tak tani żeby mógł być powszechny, ani tak powszechny by mógł być tani. Ojciec w imię dobrej lektury jest w stanie przeciwstawić się możnym tego świata. Autorytetom– nie tylko formalnym. Nieposłuszeństwo także przejmie Niccolo. Z resztą (i bez reszty) nie tylko on. Taki na przykład Savonarola, pogromca luksusu i… Medyceuszy, zwolennik… Palenia ksiąg i …Atomistów. No, tych chciał tylko napomnieć. Nie spalić, chociaż mogliby (zdaniem Savonaroli) spalić się ze wstydu. To właśnie jemu przeciwstawia się Nicolo kopiując dzieło Lukrecjusza, (zresztą, nie tylko jego). Tylko tak można go ocalić, również dla siebie. Ocalić od zapomnienia. Zanim Savonarola został zdradzony, osądzony, wydany na śmierć w płomieniach (bynajmniej nie piekielnych, tylko ludzkich. Taki przynajmniej był pierwotny zamysł). Ale nie, nie ziści się. Zwolennik ascezy jako sposobu na oczyszczenie, ów krytyk Kościoła ostatecznie zadynda na sznurach, nie tylko on,  wraz ze swoimi dwoma przyjaciółmi (Domenic BuonviciniSilvestr Maruffi oto towarzysze niedoli). Zostaną z nich tylko   zwłoki,które następnie zostaną spalone, i wrzucone do rzeki. Wierna rzeka, na dobre i na złe i…Na najgorsze. Bez grobu, bez adresu, bez protestów, bez wyznawców. Takie nadzieje, nadzieje na wieczne zapomnienie mieli wrogowie, nadzieje płomienne, a na pewno płonne… 

***

Niccolò di Bernardo dei Machiavelli miał troje rodzeństwa. Dwie starsze siostry, i młodszego brata,oto Toto. Spolegliwy, skromny, duchownego, który umiera wcześnie, zbyt wcześnie napełniając serce wielką smutą. Mógł przecież tyle dokonać… Przecież skoro Niccoló tyle dokonał, to Toto… wychowywany w miłości, umiłowaniu wiedzy…Chociaż oboje mieli odmienne usposobienia to przecież oboje mogli osiągnąć wiele, nie tylko dla siebie, ale również, przede wszystkim, dla Ojczyzny!

Pierwsze trzy dekady życia Machiavellego przykryte są kurzem wieków i wiadomo zgoła  nic o kolejach losu tego wielkiego Florentczyka.

Jakby uciekał, ale dokąd? I przed czym? I dokąd, i dokąd tak pędzi, tak gna? I po co… —ach to z innego dzieła, nie zatrzymujmy zatem lokomotywy dziejów. Przyjrzyjmy się żywotowi człowieka poczciwego, w czasach okrutnych, krwawych, cuchnących i pięknych. Chociaż pewnie inne zdanie miały by osoby, które zaangażowane były w spisek  Mord w pełnej krasie, polowanie na zwolenników, sieczka, smród, zakrzepła krew i sztuka (Rysunek Leonardo da Vinci, rysunek ów przynajmniej przetrwał, czego nie można powiedzieć o portretach stworzonych przez  Botticellego). Nieudany zamach stanu przeprowadzony 26 kwietnia 1478 we Florencji przejdzie do Historii. Krwawym, nierównym krokiem. Nierównym zapewne z śmiertelnego wycieczenia ofiar… 

***

Italia podzielona, poróżniona, spływająca krwią, hańbą, występkami, i pożogą poraniona, rozrywki tak między maluczkimi jak i wielkimi, by nie napisać, tłustymi i zachłannym: Wenecją, Florencją, Księstwem Mediolanu, Państwem Kościelnym, Królestwem Neapolu., I w takim oto świecie podróżuje myśl ludzka, która zwycięży Czas, ujarzmi go dla potomnych w dziełach tak literackich jak i myśli technicznej. Nie oznacza to, że dopiero teraz zbudziła się z komy, lecz zyskała nowe możliwości. Tak oto niepokoje czasy obrastają piękną, zatykającą dech w piersiach, nie z powodu problemu z oddychaniem, Sztuką, która inspirować będzie przez wieki po wieki… 

Wieki średnie,nazwane niesłusznie wiekami ciemnymi także nie stroniły od wynalazków. Owszem, nie zawsze, albo nie często przypisywano autorstwo, dzieła pozostawały często anonimowe, nie myślano bowiem o społeczeństwie tak jak na przykład w XIX wieku, ale przecież to nie oznacza, że myśl techniczna, myśl ludzka, rozwijała się. Świadczy to tylko, że homo sapiens XXI wieczny, ocenia często, choć nie zawsze historię z własnej,wygodnej, aktualnej perspektywy… W średniowieczu wynaleziono koło, rozpowszechniono produkcje okularów. Ale porzućmy te ciekawe czasy. I wróćmy do rozedrganej Italii.

Piękny kąsek i jaki zdrowy, pyszny, taka Florencja! Palce lizać!  W sam raz dla zdobywców ciepłe i bogate gniazdko można sobie uwić. Wróg nie śpi. Z byle kim. I byle gdzie. Francja, Hiszpania, Cesarstwo Niemieckie, Szwajcaria która zajmuje Lombardię i Mediolan. Wszyscy chcą rządzić. Niepodzielnie. I wiecznie. Swoista Wojna postu z karnawałem, dziwna to wojna przecież Italia nie dysponuje własnym wojskiem. Florencja nie ma go od dwustu lat. Tak, tak. Wojna to dziwna. Dlatego Machiavelli upiera się, przy konieczności posiadania własnej armii. Bo kto swoją krew będzie wylewał na cudzej ziemi, za nie swoje ambicje? I bogactwa. Nikt. 

Po obróceniu się w proch Savonaroli, Niccolo zostaje szefem urzędu odpowiadającego… (Cóż to za niespodziewany obrót spraw) (sic!)Za wojnę i przedpokój, tfu, pokój, za stosunki z innymi państwami. Nazywany Oratore. Albo inaczej Ambasadorem, albo inaczej sekretarzem II Kancelarii.

Podróżuje, negocjuje, pisze listy i analizy… które inni mają głęboko w. d…Na dnie biurka, nie bibułkach. Nikt  nie czyta, tego co Machiavelli postuluje, o co walczy, ale… za to wszyscy chwalą.Dziękuję bardzo.Pięknie. Siadaj trzy z dwoma. (Skąd my to znamy? Czym nam śmierdzi ten klimat?) Florencja uskutecznia granie na zwlekanie  gdy inni uskuteczniają czyhanie.

Hiszpania i Francja i Papiestwo, wszyscy chcieli tłuste piękne i bogate obszary Włoch posiąść we władanie.  W takich oto dekoracjach Nicolo próbuje zorganizować coś na kształt wojska, czyli własną milicje ludową. Rekruci pochodzą z terenów wiejskich, wierni i bitni, lecz tylko w słusznej sprawie. Nie plamiący sobie rąk sprawami doczesnych walkami między patrycjuszami, a biednymi. Piechota na czasy niespokojne,szkoda tylko, że pod wodzem, którego nie słuchać zwykła. Bonaparte miał rację, że nieumiejętność wodza jest największym przekleństwem narodów. Cóż tu kryć. Nie słuchano Machiavellego, ale przyznawano mu rację. Siadaj,bardzo dobrze, trzy mniej. Traktowano jak uczniaka. No może takiego, który ma znajomości w gronie nauczycielskim. Ale ten czas przeminie, prawda?Znajomości i przychylne oko możnych do czasu.Ziemia krąży wokół Słońca,  a a dekoracje się zmieniają. Klimat pozostaje taki sam. Choć w wątlejszym wydaniu. Do łask (i na tron) wrócili Medyceusze. Nicolo gnije w cuchnących lochach, pełnych szczurów, durów, chorób, mak niewymownych. Wywichnięcie rąk na sznurach sześciokrotnie. Taka oto „gimnastyka” Siedzi krótko.Oskarżony o spisek, pokutuje za nie swoje winy. Ale cóż to za pocieszenie. Nie wróci nigdy na swoje dawne stanowisko. Co więcej, zabrania się mu wstępu do Palazzo dela Senioorina, (to ten dworek z fontanną Neptuna).

Wsi spokojna, wsi wesoła.Machiavelli nie jest jednak zadowolony. A kto by był? Skazany na banicję, odsunięty od władzy. Od możliwości wprowadzenia zmian. Urządza polowania na zwierzynę, handluje drewnem…Pisze i czeka,tylko na co? W tym czasie powstanie dużo później wydany, osławiony (o zgrozo!) Książę, czyli opowieść o Cezarym Borgii. Ale przecież nie tylko o tym, to świadectwo czasów niebezpiecznych, niebezpiecznych dla mieszkańców.  I z taką świadomością należy odczytywać dzieła Machiavellego. Tyle, że pamiętajmy o tym, Machiavelli piastował urząd, stanowisko polityczne. Napisał nie tylko traktat o władzy, ale także komedie. Także diagnoza społeczna, tyle, że o innym charakterze. 

Zgoda, księga zdarzeń wciąż otwarta w połowie w połowie… Niewłaściwym jest dyskutując o komediach Machiavellego przykładać szkiełka i oka i mieszać z tym co zawarte jest w Księciu. A jeśli jesteśmy już przy Noblistce to niejednokrotnie mówiła, że nie chce jak to nazwały Joanna Szczęsna i Anna Szczęsna biografii zewnętrznej, uważała,że wszystko co warte zapamiętania jest napisane czarno na białym, w jej wierszach. I dotrzymała swojego postanowienia. W chwilami życie bywa znośne, filmie autorstwa Katarzyny Kolędy –-Zalewskiej odnajdziemy te same informacje co w Pamiątkowych rupieciach. Miles Davis twierdził,że wielcy muzycy są jak wielcy bokserzy, co znają się na samoobronie. Ponad sześćdziesięcioletni trębacz wiedział o czym mówi.Są obszary, które są prywatne. Tyle, że samoobrona,skuteczna nie wystarczy, podobnie jak znajomość dat i faktów. Wtedy to nie jest niczym więcej jak szkolnym wypracowaniem. Marnym. Miernym. Nie wartym uwagi, ale i utrwalającym złe nawyki, patrzenia jednowymiarowego postrzegania dzieła. Nie chodzi o to by komplikować sobie życie ale by dostrzec jego różnorodność. Nie zadowalać się prostymi odpowiedziami. A jeśli już, to miejmy tego świadomość.

Nicolo Machiavelli kierował się tym co odpowiadała rzeczywistość w czasach krwawych i chaotycznych nie tylko szukał stanowczych, sprawdzonych, pewnych, rozwiązań. Nie tylko nie zrozumiany został przez ówczesnych, ale również przez współczesnych. Oskarżony o machiawelizm… Machiavelli to postać niezrozumiana, sprowadzona do jednego cytatu. Cel uświęca środki.  Brahms żył we właściwym czasie, czego nie można napisać o Nicolo Machiavellim. Tak kurczowe trzymanie się stereotypów może świadczyć o nieumiejętności odczytywania (i nauczania) historii. Zadowalamy się tym, co możemy odczytać siedząc wygodnie w fotelu, nakryci ciepłym,mechatym kocykiem, z kubkiem czarnej kawy w prawej ręce, lewą podkręcając pokrętło grzejnika. XXI wieczna perspektywa czytania tego co było, niezależnie czy dojrzewające pośród płócien renesansowych mistrzów, czy w wiekach średnich… Średnich, ale nie znaczy, że nie wyrosłych, albo że były no cóż średnio na jeżozwierza… Tak zupełnie przez przypadek, czas, który niegodnie zastąpił i zstąpił, nastał po tym co zafundowała nam starożytność…Pytanie pozostaje zatem w jaki sposób czytać książki? Ze zrozumieniem, to na pewno. Historii oddać to co historyczne, ale także z dystansem. Do biografii malarzy (malarek), rzeźbiarzy (rzeźbiarek), pisarzy (pisarek)… 

61. Ósmy marca.

Minął.

Jak każdy dzień, kiedyś ma swój świt, i zmierzch. I tak od Wielkiego Wybuchu. Nihil novi. Każdego roku ósmego marca zwiększają się obroty kwiaciarń, kin, knajpek. Telefony grzeją się niemiłosiernie, serwisy informacyjne prześcigają się podając dziesięć sposobów na najlepsze życzenia złożone w kancik, tak, żeby nie wyszły bokiem, a co najwyżej bookiem (i to tylko dla tych, co lubią czytać, też w cudzych myślach), najlepsze sposoby na spędzenie tego wyjątkowego czasu… I w ten deseń. I tak dalej…Nihil novi

Życzenia, słodkości, zaproszenia to tu, to tam. Ale właściwie, dlaczego dlaczego ósmy marca?A nie piąty grudnia? Aaalbo dwudziesty pierwszy tego samego miesiąca, i nie, nie chodzi o przesilenie i najkrótszy dzień w roku, ale Międzynarodowy Dzień Orgazmu obchodzony właśnie tego dnia…Mógłby zakrzyknąć ktoś/ia z tłumu… No tak, tyle, że to było by dalece niesmaczne i nie na miejscu porównanie, dlaczego kobiety postrzegać tylko poprzez płeć…Dlaczego pytam się?

Albo dlaczego nie wtedy gdy jest cieplej, na przykład w lipcu,albo chociaż w maju, o! Nazwa miesiąca też na m… Dlaczego właśnie ósmego marca?

W 1908 roku na początku drugiego tygodnia, trzeciego miesiąca roku odbył się strajk robotnic w jednej z nowojorskich fabryk. Bunt był jedynym możliwym posunięciem, nie można było w inny sposób zwrócić uwagi na warunki pracy, nierówne traktowanie kobiet,które- nie tylko pracowały dłużej niż mężczyźni, a otrzymywały mniejsze wynagrodzenie Nie wspominając już o braku czynnych praw wyborczych. Prawa socjalne mają (w tym kształcie jaki znamy je i postrzegamy dziś, krótką historię).

Właściciele fabryki chcąc ukryć fakt, że kobiety zrzeszają się i protestują zamknął drzwi fabryki, fabryki w której wybuchł pożar. Spłonęło żywcem 129 kobiet. Dopiero 28 lutego 1909 roku mówiono o kobietach, które straciły życie, o tym jak i o powodach, o postulatach które kobiety sformułowały i o których urzeczywistnienie walczyły.

Dlatego uchwalono, (a dokładnie rzecz ujmując Socjalistyczna Międzynarodówka uchwaliła), że odtąd ósmy marca będzie Międzynarodowym Dniem Kobiet, motywowała to tym, że konieczne jest by podjąć walkę na rzecz zrównania praw kobiet i mężczyzn. Z jednej strony wybuch Wielkiej Wojny odsunęły na drugi, albo i trzeci (i kolejny) plan walkę o równouprawnienie kobiet, z drugiej strony — w związku z sytuacją społeczną mężczyźni wezwani zostali na front, kobiety musiały ich zastąpić w fabrykach, centralach. Pol(s)ka, Noblistka Maria Skłodowska—Curie z córką Ireną ruszyły na front, na linię ognia, by prześwietlać rannych żołnierzy w specjalnych busach. Ale kwestia głosowania kobiet, uczestniczenia w edukacji formalnej na szczeblu wyższym, zajmowanie stanowisk publicznych, powszechnego prawa do pracy, doskonalenia zawodowego, i przeciwdziałania dyskryminacji(ze względu na płeć).

W Polsce, a dokładniej w Krakowie pierwszy raz Dzień Kobiet był obchodzony w 1911 roku. Tego dnia z ul. Rajskiej ruszyła manifestacja dotarła pod Urząd Miasta. Siedem lat później przyznano Polkom, które walczyły o prawo do edukacji na wszystkich poziomach, pracy, o prawo do dziedziczenia majątku. Obchody Praw Kobiet pojawiły się przy okazji rezolucji ONZ z 16 grudnia 1977 roku wezwano wszystkie państwa do organizowania obchodów Dnia Praw Kobiet i Pokoju na Świecie. Data tego wydarzenia miała zależeć od danego kraju. Nie chodziło o kwiatek, (czy gorzej, kwiatek do kożucha) albo słodkości, ale o to by przeciwdziałać dyskryminacji kobiet i równouprawnienie we wszystkich dziedzinach życia. Rezolucja to konsekwencją proklamowanych przez Zgromadzenie Ogólne obchodów Międzynarodowego Roku kobiet. I Dekady na Rzecz Kobiet.

W USA po raz pierwszy obchodzono Dzień Kobiet obchodzono cztery dekady temu. W Polsce dzień kobiet jaki znamy obchodzony jest dwudziesty szósty rok, co nie oznacza, że w PRL-u nie było Dnia Kobiet. Rajstop i goździków. Obecnie nie wiele się mówi o tym jaki był cel był ustanowienia tego święta. Skomercjalizowało się święto, a może to tylko słowo wytrych, okrągłe, przyklepane,skomercjalizowało się, a po prostu nic o tym nie wiemy, nie uczą nas tego w szkole,a warto.

Co wiemy o ważnych, dla nas, osobiście, kobietach? Na przykład tych, w których kręgu się wychowaliśmy? Matkach, Babciach, Pra, pra,prababciach? Ile imion potrafimy wymienić? Ile ważnych osób z lokalnej społeczności wymienić,albo co wiesz o sławnych pisarkach. Inaczej, błąd. Czy wiesz coś, o kobietach, o których uczyłaś/ uczyłeś się w szkole. Nie. Czy wiesz coś więcej. Na przykład o takiej Orzeszkowej, ale nie tylko (tu, akurat zapraszam do archiwum). Czy wiesz o wkładzie kobiet w naukę? W działalność społeczną, albo polityczną. Zapewne. Niezaprzeczalnie. Ósmy marca, i nie tylko, jest doskonałym przyczynkiem by poznać historię i herstorie. Na przykład swojej rodziny, ale o tym także wiesz. Do przeczytania.

60.Dla kogo i wobec czego?

Jarosław Iwaszkiewicz mówił, że za książką zawsze kryje się autor. Dlatego jego pisanie jest zawsze listem do czytelnika. A że piszemy zazwyczaj litery do przyjaciół. Wykoncypował stąd, że to książka jest listem autora do przyjaciół. Stanisław Jerzy Lec w swoich Myślach nieuczesanych przeciwstawiał się tezie wysuwanej przez pisarza: Czasem utwór ma do wyboru: stać się dziełem autora albo dziełem sztuki. Richard P Feynaman z kolei pisał w swojej autobiografii:

(…)zrozumiałem, przynajmniej częściowo, po co jest naprawdę sztuka. Sztuka sprawia ludziom osobistą przyjemność. Można wykonać coś, co komuś innemu tak bardzo się podoba, że jest nieszczęśliwy, jeżeli tego nie dostanie! W nauce rzecz przedstawia się jakby bardziej ogólnie: nie znasz poszczególnych ludzi, którzy bezpośrednio docenili twoje dzieło. Zrozumiałem, że sprzedaje się rysunek nie po to, żeby zarobić, ale żeby mieć pewność, iż znajdzie się on w domu kogoś, kto naprawdę chce go mieć. Było to dla mnie ciekawe odkrycie.1

Ciągle zachwyca mnie wiersz Ewy Lipskiej Tak samo,gdzie oczom widocznie nadszedł już czas by dojrzeć świata część zaległą…Wieloznaczność tekstu nie ma granic. Ostatnie zdanie może być potraktowane jako hiperbola, ale im dłużej przeglądam się w tym krótkim wierszu, odnajduję weń przyjemność, o której pisał Feynman. Nie chcę określać czym jest Sztuka, i nie chodzi o biegłość w rachunkach. Można przytaczać nie bez racji, czyli porcji ważkich argumentów, które mają moc rozstrzygającą i określić czym była, czym jest i jakie powinności będzie miała, albo powinna mieć ta dziedzina Ludzkiej działalności.

Zastanawia mnie charakter prywatny zachwytu. Prywatny, to nie tylko indywidualny, ale także chroniony. W jaki sposób uzgodnić i pogodzić dwa wektory tego co publiczne, a co tożsame. Czy jedno dzieło, jeśli staniemy w prawdzie, może być piękne i brzydkie w dwóch przestrzeniach, zależnie od kontekstu ukazania. Oczywiście upraszczam stawiając tak to pytanie, i tylko to pytanie. Bo przecież dzieło sztuki, albo wytwór pretendujący do tego miana nie istnieje w próżni. I my, odbiorcy i odbiorczynie cały czas konstruujemy siebie.

Oczywiście, Pierre Bourdieu wysnuł tezę,że ludzie zaliczani do elity intelektualnej, którzy mają prawo oceniania tego co jest piękne, dobre, prawdziwe, czyli godne uwagi i trwania, od tego co takie nie jest. Co więcej od tego co wypada czynić, a nawet należy,od tego co nie wypada. Czyli proces decyzyjny postępuję głębiej. Tacy ludzie stanowili awangardę,czyli byli na przedzie, nie wmieszali się w tłum,ale stanowili odrębną grupę. Tak więc mamy swoisty porządek tego co, kogo i w jakiej przestrzeni zachwyca. Mamy kulturę wysoką i popularną. Tymczasem są badacze tacy jak Andy McSmith, który przeciwstawia i mówi,że owa elita intelektualna przestała istnieć. Nie jest to teza nowa, mówiono już o magdolnalizacji społeczeństwa. Niepokoi mnie akcent położony przez młodych ludzi na „lifestylowość,”2wystarczy popatrzeć na nagłówki blogów i dążenia młodych, zazwyczaj ludzi, jest to raczej czkawka, już o tym pisano,i nie raz, nie dwa będzie ponoszony wątek kultury jako supermarketu potrzeb i idei. Sam Bourdieu pisał,że kulturę zrównuje się do oferty handlowej.

Idea Macdolnalizacji społeczeństwa nie jest ideą nową. Tak jak pisanie i otaczanie właściwymi rzeczami, ideami, było sposobem, przepustką by aspirować do wybranej przez siebie grupy społecznej. Wystarczy wspomnieć fakt, że można było poznać jakie zamiary i jaki zasób środków finansowych ma osoba po rodzaju fortepianu jaki posiada, gdy stawianie czarnego wieloryba w salonie stało się modne, a wręcz wymagane. Albo wymagane bo modne. Do wyboru, a przykład trywialny.. Jeden z wielu. Jeśli coś wystawione jest na sprzedaż, jest także publiczne. Ale czy publiczne znaczy dostępne? Jeśli tak, to dla kogo? I wobec czego?

Jak często osoby uczestniczące w procesie twórczym,używają pochlebstwa, albo swoistej terapii szokowej, która ma im dać przepustkę do wieczności. I jedno, i drugie jest tak stare jak świat. A przecież na tą nutę gra wiele osób zajmujących się sztuką. Bardzo często „terapia szokowa” jest używana jako środek stylistyczny w reportażach. Niestety. I to wśród najbardziej uznanych. 

——————————

1Pan raczy żartować panie Feynman,czyli przypadki człowieka ciekawego. Richard P. Feyman, Znak 2007,s. 208]

2.Pisownia celowa.

59. Naukowiec? Też człowiek.

W XIX wieku w salonie zbiera się całe towarzystwo. Nie ważny jest status społeczny osób zgromadzonych. Ważne było tylko to, że za chwil kilka odbędzie się czytanie książki. Wiadomo,że sto, dwieście lat temu był to towar ekskluzywny, wiadomo, że marketing jest tak stary jak świat.. Zastanawiam się co się stało ze światem, w którym z jednej strony promuje się czytelnictwo, z drugiej, można zwyczajnie kupić miejsce na listach bestsellerów. Ludzie książki piszą. I kuszą. Takimi oto opisami jak poniższy zamieszczony na okładce książki Richarda P Feynamana Pan raczy żartować, panie Feynaman, czyli przypadki człowieka ciekawego.

Fizyk noblista, opowiada jak wybudował bombę atomową,otwierał sejfy, walczył z biurokracją i zrobił karierę artystyczną.

Akurat o bombie atomowej jest tu jak najmniej, jeśli w ogóle, bo na pewno nie w szczególe. Troszeczkę o życiu i dostarczaniu sobie rozrywek w Los Alamos,ale też niewiele. Ale to nie znaczy, że książka nie jest warta naszego czasu. (Zwłaszcza, że można wysłuchać jej w postaci audiobooka).

Oczywiście zaczyna się jak zapowiedź amerykańskiego snu. Z tym, że szalonego. Bo sam Richard Feynaman ma w sobie tę frenetyczną iskrę poszukiwacza synergii. Nie tylko jako dzieciak naprawia radia myśleniem, ale ciekawy jest świata. Podchodzi do ludzi bez uprzedzeń, za to z ogromną dozą ciekawości i figlarności.

Oto mamy okazję podejrzeć tak niedawną historię przez dziurkę od klucza, a w zasadzie napisaną czarno na białym. I to z polotem. I humorem. Bez cienia zarozumialstwa,naburmuszenia. Nie, nie sądzę,że pozycja człowieka daje mu asumpt do traktowania ludzi z góry. Wręcz przeciwnie. Do tego jeśli szukasz książki, która zachęci Twoich Bliskich, Znajomych, do fizyki, która ma ludzkie oblicze, to zdecydowanie jest ta. Jeśli szukasz rozrywki i chwili wytchnienia to oczywiście też ta. Czytając ją miałam wrażenie jakbyśmy się umówili na kawę w jakieś kawiarni i wtem potoczyła się opowieść, o przypadkach człowieka ciekawego…I nie zakrzyknę przypadkiem:

Surely You’re Joking, Mr. Feynman!

[Pan raczy żartować panie Feynman,czyli przypadki człowieka ciekawego. Richard P Feynman, Znak 2007].