73. W marcowym słońcu…(I).

To tutaj? Ale gwar! Ale huk! Ale tłok! Wyjdźmy na zewnątrz z tej świątyni, gdzie wszystko jest jednorazowe: kubki , rozmowy, smsy… Zobacz, zobacz, ten mężczyzna pod oknem, ma takie wytarte, workowate spodnie, i niechlujnie zarzuconą koszulę. spod której wychodzi druga, pomięta niemożebnie. Tak się teraz (wy)chodzi?

– Tak się teraz modzi. To najnowszy wrzask mordy, mody. Tak wyraża się teraz wolność.

— Może przede wszystkim ość? Wyraża się niewyprasowaniem, niezdecydowaniem… Ech– westchnął prawie nie zauważalnie i machnął ręką. Wyszliśmy nie z małym trudem przeciskając się przez tłum. Wyszliśmy na warszawskie powietrze otrzepując się z niedbałym pośpiechem rzucanych w rozmowie słów…  

— Pierwszy wdech. Już wtedy mogłem zaciągnąć się wolnością. Oczywiście, że tego nie pamiętam, ale tak było.  Wolnością dopiero co wydartą wrogom, jeszcze nie okrzepłą, niewinną, młodą. I naiwną. Moja Matka Stefania Zieleńczyk poznała na studiach we Lwowie Stanisława po którym odziedziczyłem miłość do mojego kraju i nazwisko. Doświadczałem szorstkiego wychowania…  Pamiętam incydent z szablą… Dawne dzieje…

Po ukończeniu studiów przenieśli się do Warszawy, z bagażami lichymi, jakimś sędziwym czajniczkiem który zżerała nie tylko ciekawość świata, ale i rdza, książkami pożółkłymi od sędziwej cierpliwości, fatałaszkami i kieszeniami wypchanymi wojenną burzliwą przeszłością i wiatrem…

Ojcu ochoty i zmysłu do pisania mu nie brakowało. Choć palce nie jak u literata, zgrubienia na opuszkach, skóra pociemniała. Brud za paznokciami, którego uporczywie chciał się pozbyć szorując łapczywie dłonie. Czasy na debiut wybrać musiał liche. Co znaczy urodzić się we właściwym czasie? Nigdy nie znałem ojca, jego nawyków, zwyczajów i pasji, tych, które się zostawia dla najbliższych chociażby tyle by skroić materiał na wspomnienia. Nie znam tematów poruszanych przy czarnej kawie, czy rozmawiał o Szekspirze? O jego dziełach, czy raczej o tym, że w czasach biedy, ba, kryzysu handlował zbożem narażając się na ściganie stróżów prawa? Czy potrafił nie tyle wykpić co wykupić się słowem. Czy rozmawiał o socjologii, o tym co zamierzał Ludwik Krzywicki… Nie wiem…

Przyszedłem na świat dziewięć lat po ich ślubie, dokładnie według ksiąg parafialnych 3 marca 1921 roku. Matka wcześniej klika razy poroniła. Nie dane mi było cieszyć się starszym rodzeństwem. Miała dla mnie samego za dużo miłości. Po siostrze w spadku dostałem drugie imię, pierwsze to inwestycja, szczególnie matki w me szczęśliwe życie i opiekę świętych. Zaklinanie, czarowanie by czuwał nade mną Dobry Bóg za wstawiennictwem św. Kamila de Lellis, a może to Norwid na mnie miał zerkać? Tego się już nie dowiem. Matka ogromną wagę przywiązywała do wyboru imienia, taką jakoby miał mnie ze swym patronem łączyć ślub wieczysty. I gwarancja na czasy pewne i niepewne. Szczególnie te drugie.

Rozglądam się, ładnie tutaj, choć nie w moim stylu.  Już nie lubię podróży. Chociaż ta była wpisana w moje tak krótkie, świeże życie. Z matką przeprowadziłem się do Białegostoku. Podobnie poróżnili się tak z ojcem tak, że Warszawa była dla nich za mała. Wyobrażasz sobie? Peregrynacja była nie do uniknięcia. Widocznie to całe moje życie. Układanka. Matka podjęła tam pracę nauczycielki, musiała nas przecież utrzymać. Zresztą, kształciła się, była rządna wiedzy…

Wróciliśmy dopiero na na mój chrzest, który odbył się 7 września 1922 roku. I zostaliśmy już w Warszawie. Matka znalazła pracę w seminarium nauczycielskim, tym mieszczącym się przy Nowym Świecie. Tym Nowym Świecie, który dziś tak mało go przypomina. I pośpiech nie ten sam, taki wygnieciony, zniekształcony, wypluty.

—Jednorazowy?

—Zdecydowanie.

— Wróćmy do tamtych czasów. Dom, jakie wspomnienia się z nim wiążą?

— Atmosfera w domu robiła się cięższa niż ołów, świszczało w uszach. Nawet cisza była nieznośna. Pchała się wszędzie. Nie było szuflady, drzwi, okna przez które by się nie przedostała. Nie było wyjścia innego niż separacja. Matce nie starczyło cierpliwości dla Ojca,ani uczucia,wszelkie do mnie były skierowane, a że chorowite to były dla mnie czasy, to i w dwójnasób matka tak ciężko naznaczona doświadczeniami poronień.. chciała mi wynagrodzić. Miłość ta i troska wylewała mi się z tużurka i wszelkich kieszeni. A ja wiecznie się starałem pisać prosto i malowałem obrazki. Przepowiedziała mi, że będę księdzem, albo wielkim malarzem.

Już wtedy starannie stawiałem litery z czarnego inkaustu. Mojemu pismu Historia nie pozwoliła dorosnąć, choć słowa właściwą zyskały dojrzałość. Świat nie pochwalał jednak mojej perspektywy i tak to zduszono moją karierę ilustratora w zarodku.

Gdy zacząłem nosić długie spodnie mój światopo(d)gląd zaczął się zmieniać. Tak, adrenalina mieszała się z wychowaniem jakie wpajał mi ojciec i ten szalony wiek dorastania. I spotkania, i zebrania, i strajki i wiesz, wiersz pierwszy.

!Z tym, że tak jak zawsze sole otrzeźwiające, podała Historia. Ojciec mój nie doczekał tych wypadków. Na szczęście, bo takiego losu nie chciał by dla mnie i dla Polski kreślić w najczarniejszych koszmarach. Wieść o jego śmierci zastała mnie w jasnym, dojrzewającym dniu w Bukowinie Tatrzańskiej, wtedy to już przeczuwałem. To nagłe wezwanie mnie do Warszawy nie mogło być spowodowane nagłym pogorszeniem się stanu zdrowia ojca. Choć tak chciałbym by, z dwojga złego tak było. Wszak wtedy pozostaje liczenie na cud. Jeszcze możliwość,nikła,bo nikła się otwiera. Za to rozstanie się z życiem, nie pozostawia obecnym na Ziemi żadnego wyboru i cienia wpływu. Modlitwy nieobecnych już nie wskrzeszą nawet te, najrzewliwiej szeptane. A przecież na dniach miał wydać swoją książkę, a tak praca poszła na marnotrawstwo wrogich płomieni.

Szykowałem się tedy do podjęcia studiów, na ASP,choć wiadomym było,że od wielu lat nie rozstaję się z wierszami Tuwima to i ujarzmianie linii i pisanie było dla mnie ważne. Podróżowałem już wtedy tak po Polsce jak i po świecie. Chociaż to akurat nikłe podróże. Wszak zdarzyło mi się być w Jugosławii,w Dalmacji. Planowałem dopiero dalekie peregrynacje do Włoch, do Egiptu… Szykowałem się właśnie do wyjazdu do Francji. Nie pierwszy raz, i nie ostatni Historia wiedziała lepiej jakie powinności mamy i obowiązki wobec kogo nam wypełniać przyjdzie pilniej. I gdzie przyjdzie nam malować linię, nie kreską pełną nadziei i wiary, ale krwawe,cuchnące śmiercią i beznadzieją linie frontu.

Nigdy nie założę rozciągniętego swetra, nie przyjdzie mi się przejeść na raucie, ani prowadzić sporu o arystotelesowskich ideach. Moja żona i dziecko tak jak ja sam przetrwam tylko w słowach, które naprędce dyktowała mi moja udręczona wyrywająca się ku Życiu dusza. Życiu, które nigdy nie nadejdzie. Zatrzymane nagle zachłyśnie się beznadzieją,która pozostawia wybór. Tragiczny. Kochałem być może naiwnie i prędko. Niedoskonale, nieroztropnie? Do bólu człowieczo. Basia została moją Miłością,chociaż była i Anna,i Zuza i… Wspomnienie czasów letnich.

Nasze pierwsze spotkanie zostanie różnie przedstawiane. Zadziwiająco dobrze je pamiętam. W mieszkaniu na Kredytowej. Cóż to za brzemienny w skutkach wykład logiki na który oboje uczęszczaliśmy. Czas się wlókł niemożebnie, pobraliśmy się dopiero po sześciu miesiącach. W środę przed świętem Bożego Ciała kiedy czerwiec był jeszcze młody w tym szalonych czasach roku 1942 roku. Ten kremowy kostium Basieńki i zapach konwalii. Bujnie wtedy kwitł bez, którym uraczył nas Jarosław Iwaszkiewicz. Najważniejsze dziesięć minut w moim życiu.

Na początku mieszkaliśmy przy rodzicach,to znaczy ja z Matką i Basią. Dopiero potem przyszło się nam przeprowadzić do wynajętego, dwupokojowego mieszkania przy ulicy Tadeusza Hołówki 3/83. Był to mój piąty adres, adres ostatni. Przeżyliśmy tu, najkrótsze osiem lat. Wcześniej mieszkała tutaj matka. Powiedzieć, że nie była przychylna temu małżeństwu, to nic nie powiedzieć. Napisać, że starała się je odwlec,to nic nie napisać. Ale być może takie są matki?

Cóż wojna, nie dawała żadnych gwarancji, za to wiele, wiele strachu i trwogi. I skracała dni nasze szumne i niedorosłe. Zmuszała by żyć bez przypisów, tak nosić kule i daty, ważne dla przyszłych nauczycieli historii. W życiu po wojnie, ja miałem pisać, a Teść drukować, tak to przynajmniej prześmiewczo ułożono, zarykiwano się przy tym do rozpuku. Cóż, Historia zawsze ma racje, a przynajmniej ostatnie słowo zawsze należy do niej. Zdążył li tylko wydrukować zawiadomienie o ślubie i ten tekst ostatni z ostatnich.

Odwlekałem tę myśl, gdyż w głowie szumiała mi krew, krzepły słowa, a tu trzeba było się angażować, chociażby w działalność Harcerskich Grup Szturmowych. Podchorążówka. Praga. Szkolenia. Słowa rzucone na wiatr, zamiast pocisków. Labirynt Miasta. Umęczonego. Ale jednak mojego, ukochanego, udręczonego, nieistniejącego. Naszego. Matki Basi i mojego miasta. Miasto, które skazane zostało na śmierć. Wyrok wykonano. Nad Paryżem północy zawsze będzie ciążył cień umarłych. Do zobaczenia, do kiedyś tam, a może do nigdy…

Zdążył jeszcze machnąć ręką na do widzenia i rozpłynąć się w tłumie, który chciał roznieść warszawskie ulice. Rozglądałam się, przyspieszyłam kroku, ale jakby się rozpłynął w wiosennym marcowym słońcu…

6 myśli na temat “73. W marcowym słońcu…(I).

    1. Dziękuję, dobrego wieczoru. No, nie całe bo przecież jeszcze działalność konspiracyjna… I Powstanie Warszawskie… I śmierć… Czytujesz czasami Baczyńskiego?

      1. Szczerze to mało ostatnio czytam, a jeśli nawet go czytałam to nie mam pamięci do nazwisk ani tytułów, dopiero treść jak zobaczę to mi się wszystko przypomina…

Zapraszam do dyskusji :):

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s