58.Albert i Franz.

Kto to jest człowiek zbuntowany? Jest to człowiek, który mówi: nie. Odmawia zgody, ale się nie wyrzeka; to również człowiek, który od pierwszej chwili mówi: tak. Niewolnik, któremu rozkazywano przez całe życie, stwierdza nagle, że nowy rozkaz jest nie do przyjęcia. Jaka jest zawartość tego „nie”? Oznacza ono na przykład: „to trwało zbyt długo”, „do tego miejsca tak, dalej nie”, „posuwasz się zbyt daleko”, a także: „jest granica, której nie przekroczysz”. W sumie to „nie” zakłada istnienie granicy. Tę samą ideę granicy odnajdziemy w poczuciu zbuntowanego, że ów drugi „przesadza”, że rozciąga swoje prawo poza linię, za którą inne prawo rządzi i go ogranicza. Tak więc ruch buntu wspiera się jednocześnie na kategorycznym odrzuceniu ingerencji uznanej za niedopuszczalną i na niejasnym przekonaniu o własnej słuszności czy raczej na wrażeniu zbuntowanego, że „ma prawo do…”. Bunt nie obywa się bez poczucia, że w jakiś sposób i w jakimś punkcie człowiek ma rację. Oto dlaczego zbuntowany niewolnik mówi zarazem „tak” i „nie”. Stwierdzając istnienie granicy, stwierdza też istnienie tego wszystkiego, co poza nią przeczuwa i czego chce bronić. Dowodzi z uporem, że jest w nim coś, co „warte jest trudu, żeby…”, i żąda, by mieć to na uwadze. W pewien sposób przeciwstawia uciskającemu go porządkowi prawo do niepodlegania mu, jeśli przekroczył granicę, na którą może przystać.

[ Człowiek zbuntowany, Albert Camus, Wyd. Muza,Warszawa 1998, s.4].

Z Albertem Camusem jest kłopot. (Słowo,w które wpisany jest trud). Z jednej strony nie był uznawany przez sobie współczesnych, z drugiej,dziś wtłoczony jest w kilka słów kluczy. Być może odpowiesz,nic nowego przecież za życia nie byli doceniani ani Vincent van Gogh,ani Vermeer, by tylko ich wymienić, a czy uznawani za wielkich tego świata nie są wtłoczeni (wtłoczone) w sylabusy? Ot, proszę: Skłodowska Curie: Rad, Polon,promieniotwórczość, Napoleon Bonaparte— najmłodszy generał francuskiej armii. Pojawia się „znikąd”, ale przecież n i e on j e d e n,

Mówi się o człowieczeństwie (niezmanierowaniu) Marii,ale dopiero za sprawą Alberta1 ,ale mniej o jej czasach w których nauczała jeszcze będąc w Polsce,albo o jej działalności politycznej. Vincent jakoby dopiero dziś był odkrywany na nowo,(chociażby przez swoją chorobę),ale przecież chciał być księdzem,został wyrzucony, za swą nadgorliwą postawę. Z Vermeerem dopiero jest kłopot, bo o nim niewiele wiadomo, mieszkał z żoną przy teściach,mieli szesnaścioro dzieci, cóż… Tak naprawdę fakty z jego życia mieszają się z legendą, ale i tak niewiele tego jest. Przykładem tego jak można manipulować biografią jest słynny fałszerz Vermeera,który był w stanie wmówić nazistom, że malarz praktykował we Włoszech,ba,co tam wmówić, potrafił być Vermeerem,sprzedawać jego rzekome dzieła za bezcen. Tak skutecznie potrafił naśladować jego styl, że po sławnym procesie trzeba było zrewidować kolekcje malarza i postawić pytanie o jej a u t e n t y c z n o ś ć (sic!)

A Ferdynand Magellan? Nie znamy dokładnej daty urodzenia, wiemy, że zarówno on, jak i jego brat byli paziami na dworze Jana II Doskonałego, a więc musieli mieć prawowite pochodzenie, ale co to właściwie znaczy? I czy nie wypadało by wiedzieć więcej o tym znamienitym podróżniku? Żeglarz portugalski w służbie króla Hiszpanii. Nadał nazwę oceanowi. Ocean Spokojny to przecież jego ślad. Pierwszy opłynął Ziemię. Zadziwiająco niewiele o nim wiemy, ale tak naprawdę,czy m u s i m y wiedzieć,o jego życiu osobistym, czy to,co pozostawił po sobie,nie mówię o urazach i o tym ,że p o n o ć miał być trudny we współżyciu,ale o tym, jakich czynów dokonał.

Ale wróćmy do postaci pisarza, dziennikarza,dramaturga, filozofa, dyrektora i reżysera teatralnego, człowieka wielu zawodów… Noblisty2…I kobieciarza. Słowem do Alberta.

Camusa, oczywiście.

Nie potrafię wyzbyć się pierwszego skojarzenia ze sobą dwu postaci mianowicie Albert Camusa i Franza Kafki. Skojarzenie to jest uprawnione, nie tylko dlatego, że w latach trzydziestych Albert Camus odbył podróż do grobu autora Procesu, ale również dlatego, że wielokrotnie mówił o jego twórczości. Czy do odbycia podróży nakłoniło do tego pierwsze zdanie najbardziej znanej (przynajmniej w Polsce) książki Kafki? Znane są trudne relacje Franza z Ojcem, w szkole podkreśla się to,że nie był tylko literatem, oczywiście był piszącym urzędnikiem, ale również bardzo towarzyskim człowiekiem, duszą towarzystwa. Zaznał biedy dopiero gdy w wieku lat czterdziestu zdecydował się wyprowadzić z domu. W życie Alberta wpisana była bieda, jakiej zakosztować byśmy nie chcieli. Pochodził z niepiśmiennej rodziny, ale miał szczęście do nauczycieli,szczególnie ocalił od zapomnienia dwóch. Jednego z nich wspomniał w swojej mowie noblowskiej upamiętniając jego zasługi. I tak nauczyciel z prowincji ocalił Alberta Camusa dla XX wiecznej literatury.

Z Albertem jest pot i kło bo postrzegany jest przez swojego rodzaju filtry, czy też frazy, konteksty. Chyba najczęściej przez jest jego spór z Sartrem. Nic dziwnego przeciwstawić się takiej personie jak Jean Paul to rzucić wyzwanie Francji, i skazać się na intelektualną banicję. Rzeczywiście algierczyk nigdy nie został zaakceptowany, przez swoje środowisko znamienne jak często przytaczane są słowa Jeana Paula3:

Jeśli nie podoba mu się ani komunizm, ani kapitalizm, ani Rosja sowiecka, ani Ameryka, to niech wyjedzie na wyspy Galapagos.

[Ćwiczenia z niemożliwego,Magdalena Grochowska, Wyd MK, s.49].

Po ukazaniu się Człowieka Zbuntowanego Sartre zamówił recenzje dzieła,skrajnie nieprzychylną Autorowi. Co jeszcze zaogniło spór pomiędzy dwojgiem przyjaciół. A w końcu skutkowało zerwaniem relacji..—Czy istotą tej więzi jest czas, czy warunkiem sine qua non muszą być długie lata, by związek ów nazwać przyjaźnią?

Jak długą drogę przeszedł Albert Camus od swojego urodzenia do tragicznej śmierci. Imając się różnych profesji. Dziś kojarzony ze słowem (na)pisanym. Czy to jako dziennikarz –-nie tylko informował ludzi o konflikcie francuzko – algierskim –-czy jako pisarz4. Bardzo długą,niewiele osób chce pamiętać,że ten laureat Nagrody Nobla z 1957 roku pochodził z rodziny niepiśmiennej. Biedny, Jeśli postrzegać pisarza przez jego biografię,to tutaj mamy jasny i przykład i przekład. Potrafił nie tylko pracować na różnicach,choć te przecież tak go uwierały, ale swoje słabości przekuć w siłę. Jeśli czegoś mógł nauczyć współczesnych sobie, jak i nas,to właśnie tego.

Nie jest oczywiście jedynym człowiekiem, który żył według sobie narzucanego porządku,miał plany swojego życia. Uznawane za odkrywcze pytania łowców głów w stylu, a co będziesz robił za pięć,dziesięć, piętnaście lat? Nie było dla niego niczym odkrywczym, on dobrze wiedział. I je realizował.

Choć kompleks pochodzenia zawsze rzucał cień na to co przedsiębrał Camus. I ta wewnętrzna rysa odzywała się w nim cały czas. Zresztą nie dziw,skro mu ówcześni,ze środowiska elity intelektualnej traktowali go nie tylko z dystansem, ale i z protekcjonalizmem. Prosto to dostrzec porównując postawy Camusa i Orwella, tak jeden jak i drugi podważali istotę komunizmu, tylko autor Roku 1984 został nie tylko zaakceptowany, ale wręcz wyniesiony na szczyt.. A Camus?

…Miał zwolenników poza granicami Francji. Chociażby list Czesława Miłosza do Autora Upadku. Albo Józefa Czapskiego. Buntownik z wyboru, czy nakazu? Jaką rolę odgrywał imperatyw wewnętrzny? Albert Camus. Zwolennik Buntu bez rozlewu krwi.

Na ironię zakrawa fakt, że jest on najbardziej popularnym pisarzem francuskojęzycznym przekładanym na język angielski…Nieakceptowany w swoim kraju, za czasów swojego życia. Krótkiego życia,zginął tragicznie trzy lata po otrzymaniu Nagrody Nobla. Człowiek który dokonał rozbioru absurdu na części pierwsze, w taki sposób zginął. No bo jak inaczej nazwać wykupienie biletu na pociąg, a zdecydowanie się na jazdę samochodem, i zamianę miejsc z żoną, i wypadek w najmniej odpowiednim momencie życia. I znowu ktoś powie, cóż, nie on pierwszy,nie ostatni. Przecież wspomniany van Gogh cierpiał biedę, gdy Maria Skłodowska,polska emigrantka wyjechała do Paryża, też nie opływała w zbytki (oczywiście, że mogła rezydować przez dłuższy czas u siostry, jednak wybrała inną drogę).Życie tak jak natura, bywa okrutne w swych wyrokach. Wystarczy wspomnieć spotkanie Jerzego Zawieyskiego i Tadeusza Gajcego w Warszawie,obaj obserwowali przemarsz wojsk wroga. Wtedy to autor Powrotu Marii miał powiedzieć Zawieyskiemu:

– —Obiecaj mi, że kiedy mnie już nie będzie, będziesz o mnie pamiętał.

Oczywiście to zestawienie dwóch rzeczywistości. Przed innymi wyborami stawał Albert Camus,przed innymi tacy poeci jak Tadeusz Gajcy, czy Krzysztof Kamil Baczyński. Camusa w ostateczności nie pochowano w Panteonie, zostawiono go tam,gdzie pierwotnie spoczął Dzieci nie zgodziły się na przeniesienie ciała. Dzisiaj pisma Camusa nie wzbudzają takich kontrowersji jak niegdyś,może także dlatego, że znamy rozstrzygnięcia Historii. Może dlatego z racji oczekiwań innych, które stawiamy intelektualistkom i intelektualistom w dzisiejszych czasach. Jednakże droga i wybory Alberta Camusa godne są nie tylko przypomnienia, ale i przemyślenia. Nie chcę z niego robić herosa, stawiać mu pomnika trwalszego niż ze spiży. Sam mówił ile zawdzięcza swoim dwu nauczycielom, co nie umniejsza jego zasług. Kosztował uroków życia, wdzięków kobiecych, umiał skorzystać ze swej urody by zasmakować urody życia w ramionach pięknych kobiet.

Dlaczego więc wspominam o Albercie Camusie?

Odpowiedź jest nad wyraz prosta. Jego osoba skojarzyła mi się z poniższym cytatem:

Mówiąc jednak o słowie literatury, o wierze i nadziei,jakie w takim słowie pokładam,kiedy zmagam się z kwestią śmierci,mam na myśli jego najszersze horyzonty, jego najrozmaitsze miejsca obecności. Nie zamykam zatem, na ile to możliwe, takiego słowa w kanonicznej powięzi form uznawanych zwyczajowo za literackie, w rytuałach-choćby powieścio-czy wierszopisarstwa. Nie mam takiego odczucia, by słowo literatury nie było słowem życia, by nie buszowało ponad wewnętrznymi czy zewnętrznymi,często przecież i apodyktycznymi granicami wszelkiego mówienia i wszelkiego pisania. Przeciwnie, właśnie wtedy, i zwłaszcza wtedy, gdy słowo literatury objawia się jako naturalna materia „samego życia”,jako zwykła egzystencjalna tkanka nie gorsza i nie lepsza od innych, pierwiastków istnienia i innych doświadczeń ludzkich, zyskuje ono tę moc, o którą mi chodzi. Moc sposobną do borykania się ze śmiercią. Nie jest bowiem wtedy samotne, nagie, przypisane bez reszty papierowi na którym je uwalono.

Zatem, tak myślę, słowo literatury, nie jest dobrym słowem literatury, jeśli krzepko i wszystkimi możliwymi sposobami nie trzyma się humanum vitae,jeśli się weń brutalnie nie wdziera i eśli z niego mocno nie wyrasta. A to znaczyło by również ,że musi wiązać się wyraziście z innymi strefami jednostkowego i pospólnego doświadczenia oraz kultury— chociażby ze sztuką, chociażby z mową epitafiów,obrazów czy budowli. A to znaczyło by jeszcze,że nie powinno gardzić gwarą rytuałów albo językiem gestów., albo potocznością, albo religią, albo muzyką, albo ciszą albo gatką-szmatką, albo…

[Śmierć i tekst. Sytuacja ostateczna w perspektywie słowa. Zbigniew Mikołejko, Wyd. Słowo Obraz Terytoria, Gdańsk 2001].

Zbigniew Mikolejko konfrontuje Słowo ze Śmiercią, ale gdyby podstawić do powyższego cytatu zamiast śmierci podstawić słowo bunt? Oczywiście, następne skojarzenie to kwestia literatury. W świetle związków tejże z prawem badana jest twórczość Camusa. Z drugiej strony czyż przecież stanowcze przeciwstawienie się jakieś idei, burzenie porządku nie ma w sobie tej siły ostatecznej co śmierć. Buntując się dokonujemy ostatecznego wyboru, spychając jedną kwestię w niebyt. Jeśli Człowiek zbuntowany, to ten,który wyznaczając kres mówi nie. To śmierć przeciwstawia się Życiu,mówiąc także nie. Odmawia zgody, ale także nie skreśla, nie wyrzeka się tego, co było przedtem. Trzeci powód wspomnienia Alberta Camusa to prośba rozluźnienia narzuconych skojarzeń. Bo to, że Camus jest obecny w dyskursie naukowym to wiadomo. Dla przykładu 1 października 2009 odnotowano 3171 pozycji w tym 2528 książek, które odnosiły się do jego poglądów. Camus mówił o Kafce, że zmusza czytelnika do podjęcia ponownej lektury. Przekleństwem i darem Alberta Camusa jest struktura zdań. Na pozór proste. Które domagają się cytowania w przeróżnych przestrzeniach, tak dosłownych jak i nie. Weźmy na ten przykład to, w jaki sposób postrzegał on człowieka intelektualistę. Winien on mieć taką sposobność by samemu sobie móc się przyjrzeć. Czyli, można stwierdzić ponownie odczytać, zrewidować swoje sądy. Czyż nie jest to cecha, którą widział on w twórczości Franza Kafki, i która go tak uwiodła? Domaganie się głębszego spojrzenia, wejrzenia i —koniec końców— zobaczenia to warunek wiedzy o świecie. Świecie, który ulega zmianom. Nieustannie. A może to nie zmiana, tylko powrót do Początku, jakkolwiek byśmy go nie rozumieli, tylko ponieważ nie patrzymy w głąb nie jesteśmy w stanie dostrzec powiązań?

—-

1 Einsteina oczywiście.

2W dziedzinie literatury, 1957 rok.

3 Jest to bardzo znany cytat, często przywoływany przez różne osoby,przy różnych okazjach. Co nie dziwi, bo taki spór nie trafia się często, wbrew pozorom.

4 Będąc w swoim kraju pracował nie tylko jako człowiek mediów,ale również w Instytucie Meteorologicznym.

57. A jednak się (wz)rusza!

 

Na prywatny użytek oswajam Słowo, które mierzwiło mi się niezgodą i nieprzyrzeczeniem,było mniej niż żartem. Oswajam szepcząc to tu, to tam. Od zdań pierwszych zamkniętych w książkach znacznie wolę ostatnie. Choć nie ostateczne. Nie dlatego,że te drugie dotyka niemożliwego, w sensie epikurejskim. Choć bywają takie dzieła ludzkiej psychiki, możliwości i myśli, które niewątpliwie poruszają w nas tę nutę Ostateczności niepostrzeżenie zatrzymują się na dnie źrenicy oka. Tak jak w wierszu Zycha Wszystko co piękne. Nie chodzi tylko o doznawania tak graniczne jak greckie katharsis, czy buddyjską nirwanę. Nie chodzi także o punkty graniczne, czy korepetycje z niemożliwego w sensie epikurejskich wyborów i konieczności. Nie chodzi też o ten, nam bliższy, a na pewno bardziej znajomy wybór własnej ścieżko. Tak jak zrobiła to Maria Orwid. Choć w jej czasach było to rzeczą na wskroś nową. Zaprzeczając wszystkiemu, co urzeczywistniła matka zdecydowała się wystawić Życiu własny rachunek. Nie chodzi więc o wybór, albo o ułudę jego dokonania.

Pierwsze moje skojarzenia mają naturę muzyczną. Swobodnie żeglując od klasyki po jazz. Dopiero potem przychodzi Słowo. Nie tyle spóźnione, co czekające ż y c z l i w i e. –-Może w jakiś sposób dotykamy kresu, że dyskutując o muzyce musimy używać słów,które w jakiś sposób wymykają się i milkną. –- No bo w jaki sposób wyrazić to, co kryje i odkrywa Requiem opisać je bez słów?. A i za pomocą tychże niełatwo! Do dzisiaj bowiem wiedza o tymże dziele, tańczy z mitami, splatając się z nimi niebezpiecznie. Dociekań wymagając nie łatwych, by rozsądzić co prawdą, a co żartem. A może jako ludzie epoki wizualnej nazbyt hołdujemy swym oczom,zawierzając im ponad miarę Czesław Miłosz, w wierszu pt. Nadzieja, przypisał jej moc (s)twórczą, widzenia tego, czego nie ma. Jest to widzenie, niemal mickiewiczowskie. Nie chodzi tu o oszukanie, a raczej o obłaskawienie zmysłów. Jest coś poza, co charakteryzuje się nie zbyt dalekim, ale też nie zbyt bliskim ruchem, coś co w ten sposób usytuowane jest w adekwatnej odległości. Nie zbyt daleko, ale też nie zbyt blisko. Nie nazywamy go swoim, nie jest bowiem na tyle nasze by nam zobojętniało, ale też nie nazywamy je obcym, tak więc nie odrzucimy jako nam nieznajome i zaprzeczające. W takiej oto geografii fizycznej możemy się wzruszyć. Czyż wzruszenie nie jest fontetycznie bardzo podobne do ruszenia. Ruchu jako takiego, a przecież on jest potrzebny do ustanowienia do nowego porządku tak w sytuacji mikro jak i makro. Wzruszenie. Wyruszenie. Nawet w sensie fizycznym ujmowane jako gest, jest ruchem. W sensie najbardziej fizycznym, żeby nie napisać przyziemnym, jesteśmy w ciągłym ruchu. Nie chodzi o natłok przyrzeczeń, dat, spotkań i powinności,ale o ruch fizyczny Ziemi.

W jednych z hymnów Piwnicznych z ascetyczną linią fortepianu intymna melorecytacja Przychodzimy Odchodzimy. albo z muzyką Zaryckiego wiersz Bolesława Leśmiana Szewczyk to także ruch. Jak i tysiąc listów,które wymieniali między sobą Czesław Miłosz i Jerzy Giedroyć to następna odmiana tegoż, chociaż to nie pięciolinia wzruszenia, to raczej linia pod napięciem i dwa bieguny oglądu (i opisania) rzeczywistości. Zastanawiam się, czy ludzie epok Tamtych potrafili budować na różnicach, jakbyśmy to dzisiaj określili, czy raczej byli do współistnienia przymuszeni, czy to wewnętrznym imperatywem, czy geograficzną koniecznością, i w końcu— czy jedno drugie wyklucza? Odpowiedź jest na tyle konieczna na ile wzbogacające może być spojrzenie drugie, trzecie i kolejne na tę samą sprawę, co więcej jest to warunek sine qua non?

Czy książka, którą dzisiaj czytałaś/czytałeś, albo muzyka, która jeszcze dźwięczy Ci w głowie, albo niezmienne od tysięcy lat namiętności człowiecze, albo obraz Dawid i Goliat Caravaggia, gdzie sam za przewiny sportretował siebie jako grzesznika świadczą raczej o zemście ręki śmiertelnej, czy może o czymś odwrotnym? Jeśli jest pewność, to zazwyczaj i to, że homo sapiens może doznać czegoś więcej niż wzruszenia ramion. I jest ono na wyciągnięcie czego właściwie, ręki czy wniosków, a może płyty? Niekoniecznie trzeba zbierać pejzaże horyzontalne w najdalszych krainach.

Zofia Ameisenowa jedna z pierwszych studentek i pracowniczek naukowych)1 . Studiowała archeologię klasyczną i historię sztuki. Po zagranicznych stażach osiadła na cztery dekady w Krakowskiej Bibliotece Uniwersyteckiej. To właśnie determinacji Zofii i jej znawstwu, oraz sprawnemu dysponowania nader skromnymi środkami finansowymi zakup m.in. prac Brunona Schulza, ale przecież nie tylko. A idee, one wykraczają poza biologiczne życie za nic mają jednostkowe biografie,smutki, troski, piękno i brzydotę, spory i uniesienia. Peregrynacje istnień poszczególnych. Oczywiście, Zofia podróżowała, ale gros czasu spędziła w jednym miejscu, ale niekoniecznie. No bo przecież była to biblioteka.

Wzruszenie wieńczy dzieło. Ma w sobie coś nieprzeniknionego i ludzkiego za(_)razem. I przed tym razem, i po tym razie nie jesteśmy już tacy sami. Przychodzi mi do głowy cytat z Richarda P Feynamana, który wspominał w jednej ze swych książek o tym, w jaki sosób ludzie się uczą. To w jaki sposób ludzie społecznie się uczą,jak robią to dorośli, a jak dzieci jest fascynującym zagadnieniem. Nie chcąc poprawiać Noblisty, napiszę, że jest wiele rodzajów uczenia się. Ale wróćmy do Feynamana i nieco dłuższego cytatu:

Jest coś niedobrego z ludźmi: nie uczą się przez zrozumienie, tylko jakoś inaczej, pewnie na pamięć. Ich wiedza jest taka krucha! Równie podchwytliwe zadanie przedstawiłem cztery lata później w Princeton, doświadczonemu naukowcowi, asystentowi Einsteina, który na pewno miał stale do czynienia z grawitacją. Zadanie było następujące: Zostałeś wystrzelony w przestrzeń rakietą, w której jest zegar, na ziemi też jest zegar. Masz przykazane, żeby wylądować, kiedy na zegarze naziemnym upłynie godzina. Jednocześnie chcesz, żeby zegar na pokładzie maksymalnie spieszył. Według Einsteina, im wyżej polecisz, tym bardziej zegar będzie spieszył, ponieważ w polu grawitacyjnym szybkość zegara jest proporcjonalna do odległości. Ale jeśli polecisz zbyt wysoko, będziesz musiał szybko wracać, bo masz tylko godzinę, i prędkość powrotu spowolni zegar. Pytanie brzmi, jak ustalić prędkość i osiągniętą wysokość, żeby zmaksymalizować różnicę czasu na zegarach? Asystent Einsteina bardzo długo się zastanawiał, zanim doszedł do tego, że rozwiązaniem jest rzeczywisty ruch materii. Rakieta powinna się poruszać tak jak normalny pocisk, który spada po godzinie pod wpływem grawitacji. Jest to podstawowa zasada teorii grawitacji Einsteina – maksymalny czas pokrywa się z wierzchołkiem naturalnej krzywej grawitacyjnej. Kiedy jednak przedstawiłem to w postaci zadania z rakietą i zegarem, nie rozpoznał w nim tej zasady. Zupełnie jak moi koledzy na rysunku technicznym, ale tym razem nie chodziło o jakiegoś mułowatego pierwszoroczniaka. Okazuje się, więc, że ta kruchość wiedzy jest zjawiskiem powszechnym, nawet u ludzie bardziej wykształconych.

[Pan raczy żartować, Panie Feynaman, Richard P Feynaman, Znak, Kraków 2007, s.27-28].

Wzruszenia nie można ani zaplanować, ani się go nauczyć. Nie można się wzruszyć strukturalnie, niejako na pamięć. Oczywiście istnieją próby,to nie tylko cuchnie snobizmem. Jest nim w samej rzeczy. Tajemniczy ruch odbywa się w nagłej ciszy, wzruszenie nie jest przegadane tak i mnie miękkie i milknie czcionka zanurzona w muzyce Francoisa Couturiera chociażby z płyty 2006 roku o znamiennym tytule Nostalghia – Song For Tarkovsky. I tyle wystarczy. Bo tematu wyczerpać nie sposób.

—-

1W pierwszej dekadzie 1900 lat odnotowano pierwszą dysertacje doktorską dokładnie 1906 a dwa lata później powierzono kobiecie pierwsze stanowisko asystenckie na Uniwersytecie Jagiellońskim.

56.Racja przed początkiem, czy w środku? Czyli inter_p[r]e_t[acja].

W ten post wpisana jest porażka, i nie chodzi o wstrzemięźliwość, o walkę Postu z Karnawałem, czy raczej kalendarzem i rytuałem. Ale o to, że wszystkie piosenki są o miłości, ba piosenki, byle by tylko o to chodziło! Niektórzy wariaci (i wariatki) tacy jak… sądzą, że wszystko ma swój początek w niej. To są siły [s]twórcze, a nawet jedna.

Nie będzie dzisiaj o sercach (a tym bardziej tych złamanych) żadnej kardiologii!* No, co prawda, to prawda, czternasty lutego to dzień Osób chorych na epilepsję, gdyż święty Walenty jest ich patronem. Ale o tym też nie będzie.

Jeśli chodzi zaś o muzykę to polecam iście Klimtowski klimat płyty wyziera nie tylko z okładki albumu tria Harrisa Eisenstadta Septembera —pod tytułem The Destructive Element wydanego w 2013 roku niejako jest nim przesiąknięty. Fantastyczny, podawany w zimowe wieczory. Nie dlatego, że owe mają coś z obietnicy schronienia doznania ukojenia w słowie, w muzyce, w rozmowach, eksploracjach i dekoracjach. Ale dlatego, że to album bez czasu. Powiew lata, czy chociażby wiosny urywa nam minuty, i godziny, dni w sposób zupełnie inny niż zimową porą. Julia Hartwig w swoim najnowszym tomie pt Zapisane umieściła wiersz

Co to za czas:

kiedy przypisy czyta się coraz uważniej

to samo słowo a brzmi inaczej

ta sama nuta a jest czymś innym

na dziobie łodzi żadnego dokąd

na rufie żadnego dlaczego

Co ważne, a co nieważne

po tym cośmy przeżyli

Czas zgromadzony w nas rośnie

ile już zagarnęło ze snu życie

źródło przeszłości jest głęboko skryte

gdybyś wiedział do kogo mówisz

może mówiłbyś inaczej

Idź w świat przez uczuć zwariowaną bramę.

[Zapisane, Julia Hartwig, Wydawnictwo a5, Biblioteka poetycka Wydawnictwa a5,pod red Ryszarda Krynickiego tom 77, Kraków, 2013 s10].

Utwór odczytać na kilka sposobów,może równie dobrze korespondować z tym co pisał Józef Tischner o Polsce, o przestrzeniach i rodowodach melancholii1.Wiersz o bezduszności przepisów, o konieczności przypisów jak również o dorastaniu intelektualnym, i potrzebie dojrzałości. Ale i ostatni wers jest znamienny. Idź w świat przez uczuć zwariowaną bramę. Tak jakby porzucić mistrza szkiełko i oko na rzecz czucia i wiary. Nie będę się jednak zajmować odpowiedzią na odwieczne pytanie polonistów, co Autorka miała na myśli? Ani tym, co w owych zawarła, a już na pewno, co można by było z nich samowolnie nie tylko odczytać, ale być przekonaną,że owa rzeczywistość się weń zawiera. Nie będę zajmowała się także zajmowała pytaniami kontrfaktycznymi, choć to pokusa,ale jednak dam jej odpór. Chociaż owy rodzaj pytań ma swoją siłę,jeśli oczywiście oddzielimy je od swoistej dialektyki narzekań.

Dokąd się śpiewa jeszcze się żyje i trwa. Takiego zdania przynajmniej jest Nohawica tak więc póty życia póty interpretacji. Ale co interpretacjami jest wydrukowane wybrukowane jeśli oczywiście nie jest się dajmy na to Glenem Gouldem. Tak przynajmniej myślą niektóre… O s o b y. Wolę szukać rezonujących z moim nie tyle gustem co zaciekawieniem wykonań na przykład z chęcią zanurzam uszy w dwupłytowym albumie Cello Suites Trulsa Morka i jego reinterpretacjach Jana Sebastiana Bacha. Przy okazji, zastanawia mnie jedno, z jednej strony, jeśliby posłuchać socjologów i psychologów, ze 

względu na efekt ekspozycji lubimy te dzieła,które już znamy. Z drugiej wiadomo,że tak zwany postęp w muzyce jako dziedzinie nauki,i sztuki nie tylko użytkowej jest możliwy. Jeśli sądzisz,że nie warto się przyjrzeć, przynajmniej moim zdaniem wynalazkom. No bo czymże innym są instrumenty muzyczne jak nie wynalazkami? Nie chodzi tylko o figury stylistyczne, zmianę tempa, ćwiczenie się w kontrapunkcie. Wplataniu nowych środków wyrazu. Adolf Sax,nie tyle z racji urodzenia, czy profesji ojca, nie miał wątpliwości i wiedział, jak nazwać to co zrobił. A że skłonność do majsterkowania. uskuteczniał wcześnie… Dosyć wspomnieć, że najpierw udoskonalił klarnet, a ściśle rzecz biorąc jego odmianę basową,…

Oczywiście dostęp do muzyki i pełnione przez nią funkcje, zmieniały się na przestrzeni wieków, (miało na to wpływ chociażby możność utrwalania muzyki na taśmach, nie powspominawszy o cyfrowym formacie dźwięku, ale także inne czynniki,których z rozwojem,postrzeganiem muzyki raczej się nie wiąże takich jak rewolucja przemysłowa, zmiany w strukturach społecznych. W teatrze greckim aktorami, czy muzykami mogli być tylko mężczyźni…). Instrumenty, takie jak chociażby fortepian ewoluowały na przestrzeni wieków,zmieniając swoją formę. Na brzmienie oczywiście wpływały też inne czynniki takie jak zanieczyszczenie powietrza, to także korygowało brzmienie,no nie wspomnę np. o jego wilgotności,ale tylko o zanieczyszczeniach. Tyle wystarczy by zmienić dźwięk.

Powracając do istoty interpretacji na ile ona musi pochodzić od wykonawczyni/wykonawcy,a na ile od kompozytora, jak daleko w swoich ekwilibrystykach może posunąć się ten pierwszy by wykonanie móc przypiąć sobie,a nie ostrożności czy zachowawczości, albo,o zgrozo,kopiowaniu,które jak wiadmo jest mniej wymagające niż inwencja. A na ile świadomym, a może szalonym trzeba być by umiejętnie zaprzeczyć wszystkiemu, co znamy i wywołać poruszenie u odbiorców i odbiorczyń. Glen doskonale wiedział co i jak i w jakich proporcjach należy uczynić. Oczywiście,i na szczęście, nie posiada on monopolu na Zachwyt.

Nie nastąpi tu wyliczanka Nazwisk Istotnych owych Istnień Poszczególnych. Chociaż w chwili gdy to piszę towarzyszy mi gra moskiewskiego pianisty Kissina -(dokładnie: nagrania koncertowe Czajkowskiego i Szostakowicza). Zastanawia mnie zacytowany wyżej wiersz. Nie zawsze bowiem było tak, a w rozwoju muzyki, często, że na dziobie łodzi żadnego dokąd/na rufie żadnego dlaczego. Wystarczy wspomnieć krytyczny stosunek do nowatorskiego podejścia Betovena. Oczywiście,można zakrzyknąć,nowe idee najpierw były nieakceptowane. Zanim się Ten, Ta(m)_ ten, czy ów zachwycił(a). Ale przykład, wiadomo,że jazz,jako muzyka w latach dwudziestych w Polsce, był krytykowany, ale mniej znanym faktem, jest to, że polscy muzycy nie umieli, czy też chcąc wykonywać jazz, musieli nauczyć się improwizować. Co nie jest sztuką łatwą,chociaż może być przyjemną, tak dla wykowawczyń (wykonawców)jak i odbiorczyń (odbiorców). Oczywiście improwizacja i interpretacja nie są to zjawiska tożsame. Interpretacja swoich dążeń i ich świadomość może prowadzić do improwizacji, wytyczania nowej drogi.

(…)gdybyś wiedział do kogo mówisz

może mówiłbyś inaczej

stwierdza Poetka, ale co znaczy może słowo wybór, czy może raczej wahanie, i co znaczy,inaczej? Jakie niebezpieczeństwa i jakie możliwości wydarzają się wtedy gdy myślimy, albo urzeczywistniamy mówienie inaczej,lub porzucamy ten koncept? Wiadomo, chociażby od samego Kafki,że jego ojciec nie akceptował wyboru drogi życiowej jaki autor Procesu wybrał dla siebie. Czy gdyby mówił inaczej, trawestując pisał inaczej chociażby List do Ojca, miałby wpływ na zmianę jego postawy?

A może to wszystko (o czym wspomina Autorka) jest nieważne,a przynajmniej odroczone w czasie, ważnym natomiast jest to by Iść. Iść w świat przez uczuć zwariowaną bramę?

—-

*słowo wyjaśnienia, post pisany z myślą o walentynkach.

1Tischner o Polsce, Józef Tischner w minibookach Wydawnictwo Znak.

55. Poza Słowo.

Jak przechodzi wielka miłość to człowiekowi zawsze zdaje się,że pokochał najpiękniejszą kobietę świata.Ale jak człowiek faktycznie pokochał najpiękniejszą kobietę świata może mieć kłopoty pisze Jerzy Pilch w Moim pierwszym samobójstwie. Kłopoty. Nadużywane określenie na nieporządek,na nie zawsze sprzyjający los, na zaskoczenie,a w sytuacjach  granicznych na niemożność,na bezradność,na utratę nadziei. Jest jedno jedyne miejsce na ziemi,gdzie nie obowiązuje ludzka dialektyka,ale nie sądzę by ktokolwiek z nas chciał się tam znaleźć,chociaż nie obowiązuje tam grawitacja problemów. To  c m e n t a r z.

Tutaj,jeśli chodzi o rzymskokatolicki pochówek można zobaczyć,odczytać,czy nawet dotknąć również po wiekach status danej osoby.Oglądając groby.Nie rzadko grobowce.  Kiedyś,np za czasu gdy żył Jan Sebastian Bach istniały klasy pogrzebów,zależnie od tego,jakim zasobem środków materialnych dysponował klient. Dążenie ku nieuchronnemu, choć jak jesteśmy dziećmi to inaczej postrzegamy czas.
Apelles wyznawał zasadę Nulla dies. haeggerowskie podążanie ku śmierci było siłą sprawczą. Józef Czapski posunął się o krok dalej, traktując to napomnienie śmiertelnie poważnie. Notował swoje postępy w pracy w diariuszu. Może to próba ujarzmienia Czasu, albo chociaż oswojenia. Wraz z rewolucją przemysłową w XIX wieku wymyślono sekundy.  Ot, potrzeba matką wynalazku. Być może wtedy to także wymyślono pośpiech? Postęp wspominał o nim Richard Feynman zauważył,że kiedyś mówiliśmy w sposób inny o istocie ruchu, a także o innych zjawiskach takich jak ciepło,czy dźwięk,do czasu kiedy postęp
nauki nie powiedział nam,że to aspekty tego samego zjawiska. Rzeczywistość jest holistyczna, choć nie zawsze w taki sposób postrzegana. Postrzeganie zmienia się nie tylko w nauce. Taki oto przykład.
Slavenka Drakulić,dziennikarka i pisarka,dwukrotnie biorczyni nerki, drugi raz od żyjącego nie spokrewnionego biorcy. Napisała książkę o doświadczeniach takich,które były również jej udziałem. O transplantacjach.Reportaż z nadziei. Ciało z jej ciała, to przede wszystkim książka o tożsamościach,o istocie dobra i zła,o nazywaniu,czyli stwarzaniu.
Dobieram słowa z mozołem,potkam się o nie,żeby w końcu zdać sobie sprawę, że jest ich niewiele. Trudno nazwać jej uczynek; o ileż łatwiej nazwać i opisać jest drugą,ciemną stronę ludzkiej duszy. Niewykluczone,że potrzeba anielskich skojarzeń wnika z instynktownego odruchu obron przed samą dobrocią,z chęci zatajenia własnego tchórzostwa. Tylko anioły są zdolne do czegoś takiego;
tylko anioły mogą być tak bezinteresowne!

Być może z tego samego powodu określamy złych ludzi mianem potworów, żeby się od nich odciąć,żeby ich odegnać. Żeby ich odróżnić od normalnych ludzi. I znów mamy do czynienia z mechanizmem obronnym.Naznaczając ich piętnem niezwykłości,
dajemy do zrozumienia, że my zwykli ludzie,nie potrafilibyśmy się zdobyć na podobną wielkoduszność, ani dopuścić równych okropności. Penie radzimy sobie w ten sposób z banalnością zła,ale też z banalnością dobra. (…) Dobro odbiera nam poczucie bezpieczeństwa, bo nie mamy pewności,czy potrafilibyśmy je odwzajemnić
i nienawidzimy się za to. Odkrywamy w sobie samolubne,egocentryczne bydlę (…) Tymczasem ludzie potrafią czynić jedno i drugie. Dobro i zło. Kiedy okoliczności zmuszają nas do konfrontacji z sobą samym , ta prawda zaczyna nas
uwierać,nie chcemy jej poznać

[Ciało z jej ciała.O banalności dobra. Slavenka Drakulić,W.A.B. Warszawa 2008,s 45].

Odpowiednie dać rzeczy słowo. Niezależnie od tego, czy rozmawiamy o literaturze, czy o nauce. Ludzie od wieków zmagali się ze słowami.  O tym pisał niedawno zmarły Stanisław Barańczak. Chociażby w wierszu pt. Jak w jedno słowo.W tomiku wydanym w 1968 (Korekta twarzy)

Jak da się wtopić,jak się zamknąć
da?Jak zrośnięte wyjąć z owych
kilku minut, przenieść w to słowo
nie rozsypać?

Ciało z jej ciała. To książka nie tylko o banalności jak mówi przewrotny podtytuł,a o zawikłaniu, niedostrzeganiu dobra. Nie tylko o poszukiwaniu i nadawaniu tożsamości, to wraca niczym bumerang. I pojawia się następne. Podstępne.
I pytania o to w jakim stopniu pisarz, pisarka pisze o swoich doświadczeniach.
Pytanie o zwykłość. Częstokroć niedocenianą. Jeden z wielkich powiedział kiedyś: Nie myl dobroci ze słabością. Kontestując to powiedzenie można by napisać nie myl dobroci z atrakcyjnością, czy dalej, z medialnością. Zresztą, czy warunkiem sine
Człowiek to taki zwykły człowiek jak pisze Ewa Lipska. Zwykły, czyli jaki? O niej piszę sięjak o przeciętności,o czymś na wskroś pejoratywnym.A może o powtarzalności,o efekcie tłumu.Niemodnym,ba naiwnym, w złym guście. Nawet graniczącym jeśli nie z głupotą,to z naiwnością.A ta,niechybnie prowadzi do zgub(y).I nie pomoże tu żaden luby, ani krokodyl. Chyba,że dyl. Czyli spierniczać, dalej niż myśli poniosą.Jeden dyl, drugi dyl.Krok i dyl. Ale to przecież nie PrzyStoi.
Nawet nie nadstoi. Przecież nawyk jest drugą naturą człowieka.  Chociaż… Człowiek pisany przez C,powinien być charyzmatyczny nie monochromatyczny, posiadać nie tylko bieliznę,szczoteczkę do zębów,lampę,książki, ale przede wszystkim własne zdanie.Zdanie obowiązkowo odkrywcze.Nie tylko zawierające podmiot i orzeczenie, ale też,a może przede wszystkim jeszcze nie zaschniętą czcionkę. Człowiek powinien pisać jasno,wyraźnie, dosadnie. Iść nie tylko z duchem czasu,ale  także z prawdą portfela. Zasobnością konta i nie chodzi tu o geometryczno-ortograficzne mezalianse.Człowiek ów winien być wyzutym z wątpliwości.Od czasu do czasu jakaś kontrowersyjka, ale nie za często, by się
nie przejadło. Do tego garść,albo dwie emocji. Wyrazistość,nie ważne jakiego autoramentu,gdzie ma ona źródło. Obowiązkowo. Nośny tytuł.

Do tego promocja. I już jest. Przepis. przepis na sukces. Nie ważne kim jesteś,ale kim potrafisz być,albo stwarzać taki pozór.
Frazesy prawie zawsze dobrze się sprzedały. I to w niemałych nakładach. I to jest z goła przerażające, nie ważne w jakie szmatki
będzie owe zjawisko przebrane. Maria Szyszkowska w Opozycji do przeciętności pisze o wykraczaniu poza nią, bowiem ponadprzeciętność:

Wyraża się (…) w szerokich horyzontach myślowych,rozbudowanej wyobraźni,wielkiej wrażliwości,wysokim poziomie rozwoju uczuć oraz twórczym stosunku do siebie i świata,jednostki nieprzeciętne znamionuje także mądrość i zespolona z nią życzliwość wobec rozmaitych punktów widzenia.

[W opozycji do przeciętności, Maria Szyszkowska, Kresowa Agencja Wydawnicza,2012];

Poznawanie sobie to proces, nie tyle skazany na porażkę o czym pisze Drakulić, tylko ryzykowny. Tyle, że wiadomo,kiedy więcej tracimy
gdy nie podążamy za tym co w nas domaga się autentyczności,nie mówię tu o złu,ale o poznawaniu siebie, nie tylko rozeznawaniu i podążaniu własną drogą.
Sensu largo, o możliwości(ach) dokonywania wyboru. A te, są różne, dla ludzi z różnych grup społecznych. A może po prostu nie jesteśmy tego uczeni, w szkołach gdzie sprzedaje się nam w datach i definicjach oświeceniowy system nauczania,
nie ma równowagi między tym co indywidualne, a tym co zespołowe. Bardzo często porównuje się system kształcenia do fabryk działających na pełnych etatach. Nie, nie tylko chodzi o Marksa, wystarczy przytoczyć publikację pod redakcją Jana Sowy i Krystiana Szadkowskiego:  Edu-factory samoorganizacja i opór w fabrykach wiedzy.
Poza tym to, co nazywamy naszym ja, tożsamością nie jest (na)dane raz na zawsze. Tempus est otimus magister vitae. Mówi przysłowie,wykłócając się o ten tytuł z historią. Ale, czy Historia i Czas nie mają punktów stycznych? Czy Czas nie ma wielu Imion?

—–

Moje pierwsze samobójstwo. I dziewięć innych opowieści, Jerzy Pilch,Świat Książki, 2014 r.

Wiersze zebrane, Stanisław Barańczak,wyd. a5 Biblioteka Poetycka wydawnictwa a5 pod redakcją Ryszarda Krynickiego, tom 55. Kraków, 2006, s.11

54.(Za)duma.

Nie może być inaczej. Znaczy —pewnie dla kogoś, gdzieś, kiedyś—może, ale niekoniecznie powinno ale nie chce, ja nie chcę by było. Mogłabym wypełnić czcionkę naburmuszonymi słowami, pełnymi znaczeń, wdzięczności, wdzięk, dźwięczności pęczniejących od  zdumień znaczenia, od przepychu deklaracji czy broń śmiertelna ręko człowieka, nie_po_ i przed a może i za_rozumień, ale takich słów co niepostrzeżenie obrastają w zdania w zdania  i stawiają się tłumnie jest wiele, o wiele za wiele. Jest multu(ł)m.  I nic nie wybije się poza tumult. Dzisiaj, nie może być inaczej, kłaniam się nisko. Pani Wisławo, dziękuję. Mam nadzieję, że Gdziekolwiek Pani jest śpiewa pani Ella:

Laureatka Nagrody Nobla z roku 1996, Wisława Szymborka, wiersz pt:Urodziny.

Czy ta czy tamta, czy tu, czy_tam, czyta_(j)!my poezję nie tylko z okazji rocznic (nie)okrągłych. Nie tylko od święta. 🙂