[29+1].Palimpsest miejsca i czasu.[albo] „Cały świat jak w bursztynie zamknięty w jednej chwili”.

Człowiek, o ten! Ten, który wie.Wie, że tak Naprawdę nie dzieje się nic. Być może jedynie spoglądając Pod światło można dostrzec, że podobno każdy ma swój kawałek cienia/ brak cienia  przecież jest dowodem nieistnienia. I może …Chociaż to na chwilę choć o to nie jest pewne może jednak można uchwycić się tej nadziei szarpiąc za rękaw, wędrować z nią To Tu, To tam. By ze zdziwieniem stwierdzić, że jednak niezależnie od Natężenia świadomości Tutaj jestem, tutaj, tuż za tym pagórkiem. Tam jest zawsze tu, a tu jest miejscem do którego dążymy czy to chcąc [z]łowić Księżyc w misce, czy dziwić się światu nazywając go od(-)nowa od młodości do starości ćwicząc Natężenie świadomości.

W zadziwieniu, zapatrzeniu, zapamiętaniu dążąc na kraniec świata, do swojej Ultima Thule*. Spoglądając, że Nawet w Kawiarence Sułtan i to jeszcze przed tym nim  wybije 11:11 zdążymy się i zgubić. I znaleźć. Bo to jest życie. To jest Historia jednej podróży. Mijamy dom rodzinny,mijamy Fabrykę klamek.Mijamy i my.  Nim się spostrzeżemy w wędrówce naszej, nie,nie jedna klamka zapadnie, nie jedno pukanie się zepsuje, trzeba będzie dzwonić…

Z tym też różnie bywa, przeważnie bowiem albo biją— na alarm, albo dzwonią tylko nie wiadomo, w którym kościele…  Wszystko  i wiele,wiele więcej jest do zobaczenia, nęci, kusi, zaprasza, proponuje, zadziwia, mija… Woła do zobaczenia 

do posłuchania.

Do przeżywania.

I nie tylko w Och Teatrze.

Och Turnau.

Grzegorz Turnau, wydał właśnie nową płytę. To album z widokami. Nie tylko ssiedmioma. Nie tylko W Drodze do Krakowa.Na przyszłość. I w przeszłość Na szczęście z turystyką nie ma nic wspólnego.

I o tym wydawnictwie będzie ten wpis. Wybaczcie karkołomną i przydługą introdukcję. Pora zaczynać najwyższa, bo gdy tak mówimy ucieka zazdrosny czas.

Palimpsest miejsca i czasu.

Trzy dekady na scenie zobowiązują.Przynajmniej powinny.  Występowanie w różnych konfiguracjach, składach, tak kameralnych jak i nie, również.W życiu, tym scenicznym, Muzyka możemy wyróżnić dwa życia modele, to jest dwa składy. Ale o tym, przy innej okazji.

Młody Grzegorz jeszcze bez zarostu, ale już z charakterystycznymi okularami wygrywa melodie, (na fortepianie) wygrywa i konkursy najpierw Festiwal Małych Form Teatralnych (w  grudniu  1983 rokuodwołanie do Gałczyńskiego pojawi się później na albumie zatytułowanym Nawet), a rok później   konkurs  „Śpiewać każdy może”. I okazuje się, że nie tylko śpiewać każdy może, ale też każdy może tego słuchać. W maju 1984 roku najpierw przesłuchiwany  m.in przez Marka Grechutę, przystąpił do Konkursu festiwalu studenckiego w Krakowie, i tam zwyciężył. No, a potem, potem było zaproszenie do Piwnicy pod Baranami, z którego skorzystał. Współpraca z Michałem Zabłockim. I wieloma, wieloma innymi Artystami i Artystkami. Piotr Skrzynecki zachęcając do posłuchania płyty pod światło napisał nań tak:

Z Marka Aureliusza; Człowiek to zgnilizna, woda, proch, kość, smród. A marmur – to ziemia stwardniała. A złoto i srebro – to osad ziemi. A suknia – to włosy zwierzęce. A purpura – to krew. (…)

A jeśli piosenki to dla nas piosenki Grzegorza Turnaua. Posłuchajcie zatem słów pocieszenia i czułości. Posłuchajcie o tym jak bardzo wiele mamy lat, o trąbkach na akacji, o wielkim odkrywcy wyobraźni, o aniołach więdnących na drzewach, o cieniu i o świetle. I bądźcie dobrej myśli, jak mawiał Marek Aureliusz.

[Album: Pod światło, Grzegorz Turnau, Pomaton EMI 1993 rok, wznowienie albumu nastąpiło w 2010 roku].

Nie sposób streścić tych trzydziestu lat. I nie mam takowych ambicji, a przynajmniej nic o tym nie wiem. To co przyciąga w twórczości Krakowianina to m.in dobór i sposób wykorzystania instrumentarium (czasami nietuzinkowo), aranżacje, współpracownicy  i słowo. Dbałość o detal, no i koncerty, Turnau to nie tylko szaman fortepianu, ale i człowiek, który ma doskonały kontakt z publicznością. Wtedy naprawdę nie można powiedzieć, że nie dzieje się nic. Dzieje się coś.  Dobrze jest więc, że Artysta milczy nie tylko z Michałem Zabłockim (z tegoż zrodziły się takie szlagiery jak Nie dzieje się nic czy Bracka), ale przede wszystkim śpiewa. I to jak? Jak z nut.

***

Po raz pierwszy oboistę, dziś profesora,  i od zawsze muzyka klasycznego Mariusza Pędziałka mogliśmy usłyszeć na wspominanym wyżej albumie Pod światło nagranym  w ciągu trzech dni w podkrakowskim, biało prądnickim studio. Tak, to pierwsze charakterystyczne takty w Cichoszy należą  właśnie do Mariusza Pędziałka. fantstycznego oboisty.Swojego czasu żaden z koncertów nie mógł się obejść bez zagrania chociażby kilku taktów tej piosenki.   Obój i jego większy brat rożek angielski jest fenomenalnym instrumentem. Aż dziw bierze, że docenił go dopiero Turnau (jeśli chodzi o muzykę popularną)* Nie dziwi więc fakt, że najnowsze wydawnictwo zadedykowane jest Luli i Mariuszowi Pędziałkom. (I [niedawno zmarłej] Matce Artysty).

Nie tylko dlatego, że  to w ich domu, odkryto  pochodzące z połowy XIX wieku freski, których  autorstwo przypisywane jest Józefowi Peszce. Czasy powstania listopadowego nie były tak chmurne jak się wydaje, przynajmniej nie w Krakowie.  Dziwnym mieście. Miejscu, które zamknięte jest w  bursztynie.

 Koncept albumu powstał rok temu a jego tytuł  nawiązuje do tomiku Leszka Aleksandra Moczulskiego (teksty tego poety można znaleźć na wcześniejszych płytach Turnaua) To rodzaj suity podróżnej . W warstwie tekstowej odnajdziemy sława Bronisława Maja, i przywoływanego wcześniej Horacego i jeden tekst kompozytora. Album można potraktować jako przywoływanie piwnicznych klimatów, nie tylko za sprawą zamieszczenia w odmiennej aranżacji Wieśniaczego życia,  Album dedykowany jest również pamięci Joanny Garyciej i Piotra Skrzyneckiego.  Przede wszystkim jednak album to nic innego jak p a l i m p s e s t    m ie j s c a    i   c z a s u . Historia (nie) jednej  i ciągle trwającej podróży uchwycona na wrzącym uczynku. Miejsce dążenia, a nie miejsce poznania.

Można dyskretnie i delikatnie zdejmować kolejne warstwy, przyglądając się to Tenczynowi i jego legendom można stwierdzić za Bronisławem Majem i tym co wyśpiewuje  Grzegorz Turnau,: tamta epoka miała ducha. I to z pewnością nie jednego! A Czerna i ów mosteczek, nie taki niepozorny, ale jak to mówią stare przysłowia przez wieki pod niepozornym mosteczkiem woda rwie. A no rwie, bo tam, w Czernej, miał i ma odbywać się co roku zjazd wszelkiej maści diabłów. Czerna wąwóz ponury, strome po bokach góry, dnem wąwozem wędrowcy dwaj gdzieś idą…  Podobnież pod tym mostem ukryty jest nie lada skarb, podobnież mosteczek ten jest bardzo niebezpieczny, nie tylko dlatego, że właśnie tam czyha na wędrowców idących  w nocy duch, który tych co mają na sumieniu najcięższe przewiny porywa, z  niecnym zamiarem utopienia w Czarnym Stawie w Tenczynku.  A Korzkiew i Aptekarzowa i Sen? Nie wiadomo co powiedział by na to Antoni Czechow? A gdzie tam Ojców ze swoją długą maczugą  i Grodzisko?  I Krzeszowice ze swoim parkiem Potockich i Traktiernią, ale przecież nie tylko, przede wszystkim zaś  ze swymi słynnymi mieszkańcami i mieszkańcami, może kiedyś, zapewne gdy nikt nie widzi przechadza się alejkami  Józef Piłsudski, który przecież tu bywał. Czy w Krzeszowicach jeszcze drży powietrze po dźwięku, który ledwie ucichł, po hucznym weselu?

Płyta o prze_ mijaniu, nie tylko uliczek, skwerów, ale o starzeniu się spojrzenia, o tym, że dojrzewa nie tylko czas, który niezmiernie jest zazdrosny. O tym, i o jeszcze innym… I jeszcze…. Takich warstw jest do odkrycia o wiele, wiele więcej, i aby nie psuć Państwu zabawy w odkrywanie i nadawanie sensu tym miniaturom muzycznym, nie będę o wszystkich pisać. Zresztą, czy się da? I czy jest to wskazane? A jeśli tak, to przez kogo?

Co jeszcze łączy najnowsze wydawnictwo Grzegorza Turnaua z przeszłością…?

Chociażby to ma w swoim bogatym dorobku płytę poświęconą innemu miastu, tak, choć zgoła o d m i e n n ą w charakterze, (Ino, 2010) Jest kierownikiem Inowrocławskiej Nocy Sollannowej.  Także tutaj (choć nie tylko tu) występuje Dorota Miśkiewicz i orkiestra pod batutą Michała Nestorowicza (akurat skład Pro Arte).

Kto jeszcze? Osoba Roberta Majewskiego i Leszka Kamińskiego (mix, mastering i realizacja nagrań). Bardzo cieszy powrót  znakomitej flecistki Maryny Barfuss. Ostatnio mogliśmy jej grę  usłyszeć,  po dłuższej przerwie, na Fabryce klamek,    Niewątpliwie jest to album gdzie przeszłość spotyka się z teraźniejszością, a teraźniejszość cóż, odchodzi. Ucieka, ucieka…Niczym zazdrosny czas. Takich śladów, takich metafor możemy szukać i co najważniejsze i znaleźć wiele bowiem  album liryczny i jako odnalezione freski kryje wiele znaczeń….

 Droga jest ważniejsza niż cel.

Od dawna marzył mi się krążek krakowskiego Artysty nie tylko rozpisany na fortepian i stały skład zespołu, ale również na orkiestrę i oto jest Śląska Orkiestra Kameralna!(Trzynaście godzin nagrań). Orkiestra Której członkinie i członkowie nie boją się wyzwań nie stronią od tradycji, ale też nie boją się współpracować z młodymi twórcami. Współpracowali nie tylko z  Leszkiem  MożdżeremKonstantym Andrzejem Kulką, Jerzym Maksymiukiem,  Piotrem Palecznym, Marcinem Wyrostkiem… Jeśli macie Państwo okazje, kupujcie bilet tak  i zmroźcie uszy by się zasłuchać. I jeszcze jedno… Sala Filharmonii Śląskiej została niedawno odnowiona.

Sposób nagrania albumu to kolejna niebagatelna kwestia:  dźwięk został nagrany  na żywo. W studio,  metodą jaką wykorzystuje się do zarejestrowania koncertów –słowem: muzycy uprawiają radość wspólnego grania, nie rejestruje się partii każdego instrumentu oddzielnie.

Dopracowane. Piękne niespieszne frazy, wyważenie dźwięków, wszystko dopięte do ostatniej nuty.  Nie tylko ten czarodziejski melancholijny, a czasami figlarny obój, czy czarodziejski flet, smyki…   I jeszcze… I jeszcze…Tutaj cały świat jak w bursztynie, zamknięty w jednej chwili czas tę chwilę jak Wisła opływa omija, i wszystko trwa bez ruchu chociaż wszystko płynie…

Można by wymieniać fantastyczną grę zespołu Grzegorza Turnaua, tak, wiem, zgranie przez lata zobowiązuje,choć skład na przestrzeni lat się zmienił. Zgranie  daje dojrzały smaczny plon. 7 widoków w drodze do Krakowa…To nie tylko  koncert na oboje (artystów, głosy Turnaua i Miśkiewicz, czy też Turnau -Pędziałek). Mam wrażenie, że to forpoczta dla nowych, większych form… Chociaż przecież Grzegorz Turnau pisuje  i pisywał  muzykę i dla teatrów (nawet grał w Żabach, Arystofanesa w warszawskim teatrze i ta jazda na rowerze :))  i filmu. Nie  ulega wątpliwości, że to płyta z widokami! Nagrana w najwyższej formie.

Dorota Miśkiewicz, wokalistka jazzowa, o niebanalnym głosie. Artyści  spotykali się na koncertach, recitalach, wzajemnie się zapraszali na sesje nagraniowe swoich albumów, a oprócz tego Grzegorz Turnau wymyślał ich tytuły dla Doroty. Można było ją zobaczyć i posłuchać (jak i Roberta Majewskiego) podczas warszawskiego zarejestrowanego na DVD koncertu Och teatr, Och Turnau.W siedmiu widokach głos Doroty Miśkiewicz jest jak z tamtej epoki uwodzi, obiecuje  i prowadzi przez wieki, przez dźwięki przez teksty. Pre teksty.

7 widoków to doskonały prezent. Pod choinkę. Na urodziny, imieniny, na rocznice (nie)okrągłe i obchodzone (szerokim łukiem także) Doskonała nadzieja na przyszły rok. I cóż, nic tylko się (za) słuchać. Wszystkim zaangażowanym w projekt pięknie dziękuję.

Drugi singiel promujący płytę. Do Leukonoe, Grzegorz Turnau i Dorota Miśkiewicz, 7 widoków w drodze do Krakowa, słowa: Horacy, przekład: Zygmunt Kubiak. Mistic Production, 28.11.2014 roku.

A udział w zamieszaniu wzięli:

Śląska Orkiestra Kameralna pod dyrekcją Michała Nestorowicza: I skrzypce:

  • Dariusz Zboch
  • Leszek Sojka
  • Jakub Kołodziejczyk
  • Joanna Zagajewska
  • Michał Kowalczyk

II skrzypce:

  • Jakub Łysik
  • Monika Krzysztofik
  • Marta Grzebielucha
  • Karol Kamiński

altówka:

  • Szymon Stochniol
  • Katarzyna Baczewska
  • Aleksandra Urbańska
  • Jarosław Marzec

wiolonczela:

  • Katarzyna Biedrowska;
  • Marek Szymaszek;
  • Paulina Grondys;

kontrabas:

  • Krzysztof Korzeń;

Nagranie powstało w Alvernia Studios 4 i 5 września 2014 roku. A dodatkowe nagrania  w studio S4 Polskiego Radia (29 i 30 września 2014). Mistic 28.11. 2014 rok.

*Ultima Thule-–to legendarna wyspa, o której wspominał chociażby Pyteasz z Massalii. Różnorakie przypisywano jej współrzędne geograficzne, filozoficznie jest to ląd, który znajduje się na końcu znanego nam świata. Wielokrotnie opiewano ją w tekstach. Muzycznie Grzegorz Turnau na swoim albumie pt Ultima z 1999 roku. Zespół Armia ma w swoim dorobku także nagranie pod tym tytułem, trwa ono jedyne trzydzieści minut.

*Wiem, wiem istnieje przecież bardzo znany motyw Ennio Morricone z filmu Misja, albo rodzima twórczość Tytusa Wojnowicza.Mam wrażenie, że nieco zapomnianą. Ostały się w powszechnej świadomości jego nagrania gdzie zanuża obój i brzmieniach pop…  Ależ któż nie kojarzy Cichoszy…? Poza tym oczywiście  całe spektrum muzyki klasycznej się kłania nisko. Obój, czy rożek angielski to zdumiewające instrumenty…

[37].Książka, która Twoje zmieniła życie?

Jak często słyszysz pytanie o książkę, której przeczytanie zmieniło Twoje życie? W jaki sposób na nie odpowiadasz? Jeśli odpowiadasz? Jeśli czytasz coś więcej niż instrukcje obsługi, czy napisy na koszulkach, kubkach i banerach reklamowych. I robisz to ze zrozumieniem, istnieje duża szansa, że pytanie takiej treści: zostało, jest, będzie Ci zadane. Na szczęście treści z[a]warte w wydawnictwach ciągłych są (lub mogą być) iskierką zmiany, którą to wprowadzić możemy sami/ same.

No chyba, że…

Ma poukładane życie. W porządku. Alfabetycznym ról społecznych. Spełnia się. Kobieta pracująca, która żadnej pracy się nie boi, żona, matka, kochanka (swojej pierwszej połówki). Wszystko jak (na)leży, a leży nieskrępowanie na dowolnie wybranym boku. Nie szuka odmiany, nie wypatruje nowych szans jeszcze jednych i ostatnich,  nie wysyła listów w butelce, nie wyrąbuje sobie ścieżek. I nie przeczuwa zmiany. Jeśli chadza ścieżkami to utartymi, znajomymi i  bezpiecznymi. Praca, dom, biblioteki, od czasu do czasu rozrywka, kulturalna. Znasz ten stan. Życie toczy się swoim rytmem. I jest dobrze, a czasami nawet wygodnie.

Do czasu.

Do czasu, nie oznacza kierowania ód, albo chociaż ody. Chociaż przychodzi taki wiek, w którym orientujemy się, że czas nie gra w naszej drużynie. Nie przebłagają go epistoły, albo ckliwe liryki, piękne dynamiki, bądź  inne uroczyste, patetyczne utwory poetyckie…

Wyobraź sobie, że jest taki zwykły dzień, nieco wymięty, nieco zmęczony zwykłą bieganiną, napchany hałasem i rozgardiaszem jaki (nie)miłościwie panuje  w wielkim mieście, ale jednak jest ciepły i czasami daruje nam błogosławioną podróż do biblioteki. Na szczęście.

Już masz wychodzić, ale przecież swoje i nie swoje trzeba odstać w kolejce, by podać książki, by pan lub pani siedząca za biurkiem mogła wklepać posłuszne literki zaświadczające o wypożyczeniu książki i wydać stosowny paragonik, dzięki, któremu nikt nie posądzi Cię o niecne zamiary, i nie tylko nie będzie Cię gonić, ale i otwarzy Ci drzwi biblioteki by przez nie spokojnie niekoniecznie tanecznym krokiem przejść. Tak, fantastycznie. Dokładnie tak jest.

Stoisz w kolejce i nagle tknięta (lub tknięty) przeczuciem, albo z goła nietknięty niczym prócz nudy,  muskasz grzbiet grubej księgi. I widzisz. Chociaż z perspektywy wydarzeń co nastąpią, wolał(a)byś nie widzieć. Zdjęcie. Co zaświadcza o historii. Ciekawej, fascynującej, opisywanych niejednokrotnie, nie tylko w opasłych księgach naburmuszonych przypisami, ale także w obrazach. Kto z nas nie widział filmu pt Lista Schindlera, a kto sobie przypomina scenę  jak Amon

Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił,Nikola Sellmair, Jennifer Teege, Prószyński i S-ka,2014
Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił,Nikola Sellmair, Jennifer Teege, Prószyński i S-ka,2014; [źródło okładki].

Göth, komendant obozu koncentracyjnego w Płaszowie, wychodzi na balkon na wpół rozebrany, albowiem słońce niemiłosiernie grzeje, leje się z nieba żar, z uśmiechem zadowolenia na twarzy sięga po nabitą broń i  strzela.Do ludzi. I widzisz tą scenę, to zdjęcie i czujesz ciężar tej książki. I wiesz, że już nigdy nic, nigdy nic nie będzie takie samo. Albowiem jesteś synem swego ojca, ojca, który Cię adoptował, a z fotografii zamieszczonej na obwolucie książki spoglądają na Ciebie rysy, które znasz. Okazuje się, że Amon Göth jest Twoim dziadkiem. Ten Amon Göth.

Na szczęście to (tylko) historia. Nie Twoja. Lecz Jennifer Teege. To ona będzie musiała, będzie chciała się z nią skonfrontować, ją uzewnętrznić i uwewnętrznić. Nic nie będzie takie jak przedtem.

Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił.

To niezwykła książka, nie tylko ze względu na historię w niej przedstawioną, ale przede wszystkim ze względu na ukazanie jej wielowymiarowości, wielopoziomowości tak to ten sposób czyni tę książkę niezwykłą. A jeśli jestem w błędzie, to czyni ją godną polecenia.

Opowieść na dwa głosy: Jennifer Teenge i komentarz osób drugich, jej znajomych, bliskich, przyjaciół i specjalistów. Peregrynacja choć ma swój początek, jej końce, kryją się w mrokach historii…Tak społecznej jak i własnej. Jak to zwykle bywa nasz los jest spleciony z nurtem społecznych oddziaływań, nacisków, wymagań, norm, zachowań, podań, doświadczeń, ale nie często sobie to uświadamiamy, Albo nie często w tak bolesny sposób.

Dlaczego warto przeczytać tę książkę?

Z powodu dyskusji o tożsamościach. Socjologicznie rzecz przedstawiając można wyróżnić dwie grupy tożsamości: pierwotne i wtórne, tylko świat zewnętrzny społeczne redukuje osoby do jej widocznych cech. I patrzy spostrzega i interpretuje zachowania odnosząc do jednej, najbardziej widocznej kategorii: czy to będzie kolor skóry, wiek, zawód, stan zdrowia…

Książka dla tych, którzy mają zacięcie socjologiczne — jak najbardziej.

Dla tych, którzy interesują się historią i wyciągają z niej naukę—jak najbardziej. Książka nie tylko o punktach wywrotnych i zwrotnych. Książka nie tylko o pracy nad sobą. Książka nie tylko o tym jak mówi do nas Przeszłość. Swoja, nie swoja, chciana, nie chciana, zasłużona, nie zasłużona. Książka o pracy na tożsamościach. Książka o tym, jak się bać. I jak żyć.

Pozostaje pytanie:

która z przeczytanych przez Ciebie książek  zmieniła Twoje życie? Która? Czyż z tej strony czcionki nie nabiera ono odmiennego znaczenia. A może nie odmiennego, tylko właściwego?

***

[Aktualizacja]

{A raczej zwolnienie akcji. (i reakcji). Już niebawem, już za chwilę, już za momencik będę mieć utrudniony dostęp do Sieci przez pewien czas, nie wiem konkretnie jak długi/krótki. Dlatego, jeśli nie od razu będę odpowiadać na maile\komentarze upraszam o cierpliwość. Proszę dzwonić, pukanie zepsute. 🙂 Zapewniam wrócę. Zapewniam będę obserwować, proszę nie baraszkować! Zapewniam odpowiem na każdy komentarz, list. itepe. Tym i tamtym czasem można złapać oddech, by nie zakrztusić się czcionką. I czy tu, czy tam, czytać}.

36. Pieśń o szczęściu czyli: „Jeszcze, ale było ładnie”!

Tak to jest, że blog się samodzielnie prowadzi, równo, prosto i grzecznie (podobno) i czcionka czytelna i czytana!Jeśli chodzi przynajmniej o tematy. Wystarczy zanurzyć oko, albo ucho. I zbierać słowa. No, napiszmy tak pokrótce. J. napisałeś, że nie znasz koncertu Jarreta, i tym sposobem rozwiałeś moje wątpliwości. Wczoraj, krótko pisaliśmy z autorem bloga Jazz you too o polskiej muzyce, tak by się poczęstować zakosztować.  Wiadomo nie od dziś, że Polska informatyką i jazzem stoi (a tak, tak będę tak sądzić),  i wpadłam dziś na pomysł, o mało się nie potknąwszy, co warto by było podać. Nie, że poddać, dać. Cóż. Tak się zachwycamy muzyką świata. Chociażby taki Richard Bona, który ponoć sam sobie skonstruował pierwszą gitarę… Nie sposób wymienić w jednym wpisie utalentowane osoby, które w naszym kraju zajmują się muzyką, kompozycją, sztuką. Chociaż w mediach słyszymy i widzimy nie raz te same twarze i te same (pół)tony w taki sposób, że moglibyśmy umiejscowić każdą zmarszczkę na właściwym miejscu. Ale cóż Muzyka to poszukiwanie. A czasami i przypominanie, dlatego, jeśli mam polecić. Tylko co, podobno od nadmiaru głowa nie boli, ale opuszki palców już mogą. I pozostaje pytanie czy Mazowsze, czy jednak Śląsk?  Zdecydowanie oba zespoły. Niejednokrotnie występowały przecież wspólnie. Po(d)dać to proszę:

Stanisław Jopek i Zespół Pieśni i tańca Mazowsze, Furman, jak zawsze nieśmiertelny. Jako syn rolnika miał także im zostać. Odwiedził tylko kolegów w siedzibie Mazowsza, w Karolinie,nie przyjechał na egzamin, ale zdał go ekspresowo. I celnie. Chociaż podobno Ptaszek jest najbardziej ulubioną piosenką w Chinach.

Stanisław Jopek legenda nie tylko Mazowsza prześpiewał z nim pół wieku, chociaż przecież mógł pracować na scenach Moulin Rouge albo Metropolitan Opera. To nie tylko „Furman”z Mazowsza. Dlaczego zatem wybrałam tę piosenkę, a no z sentymentu, wspomnienie dzieciństwa. No i tekst, który docenić przyszło mi dopiero po latach. Niemniej zachęcam by pobuszować po płytach…

Rok, który nieuchronnie zmierza ku końcowi jest Rokiem Oskara Kolberga, który prowadził podobną działalność jak Bracia Grimm. Był zbieraczem podań, legend, opowieści, muzycznych. A założyciele Mazowsza zjeździli polskie wsie by wyłowić utalentowane niezamożne dzieci, które chciałyby poświęcić swoje życie Muzyce. I tak to się zaczęło. I tak trwa do dziś.  Jeśli chcesz by coś przetrwało lata, zasadź idee. Ona nie tylko przetrwa, ale da niezmierzony plon, jeśli tylko zaangażujemy się w jej urzeczywistnianie. Obecnie ludzie sami zjeżdżają by zasilić szeregi Mazowsza. Postać dyrektorki już nieodmiennie będzie łączona z Mazowszem. A przecież to postać nietuzinkowa. Wystarczy nadmienić, że była więziona i osadzona na Pawiaku. Wielbicielem aktorki był Tadeusz Boy Żeleński,przyjaźniła się również ze Skamandrytami… Własną ścieżkę zawodową porzuciła by współtworzyć Zespół Pieśni i Tańca. Historia jej życia mogłaby posłużyć za scenariusz. Mira Zimińska-Sygietyńska i jej mąż Tadeusz  tanecznym krokiem przeszli do Historii. Krąży anegdota, że dyrygent,kompozytor i dyrektor tuż przed jednym z występów w Łodzi za sprawą pewnego młodego, a z pewnością nadgorliwego milicjanta, nie został wpuszczony do budynku, bo przecież nie wolno bez bileciku, próbował, raz drugi, za trzecim pod ręce mieli go wziąć członkowie zespołu już  w strojach galowych. Ale milicjant swoje: bez bileciku nie wolno. Ależ panie władzo, miał odpowiedzieć jeden z młodzianów, to nasz dyrektor i dyrygent, bez niego koncert się nie odbędzie. I rzeczywiście podobnież o mały włos, a raczej krótki, by się nie odbył.Chciałabym zobaczyć minę mundurowego. Podobno gęsto się tłumaczył. Tylko czy z polskiego „na nasze”, albo czy chociaż śpiewająco? Z pewnością— skutecznie.  Po premierze pierwszego programu po owacjach z widowni miał się rozlegnąć głos pewnego czterolatka, potomka jednego z gości: Jeszcze, ale było ładne!Zaiste, było i jest przecież historia dalej się toczy, a księga zdarzeń otwarta w połowie.

***

W pałacu w Koszęcinie tam gdzie Marysieńka czekała swojego wybranka ma siedzibę Zespół Pieśni i Tańca Śląsk im Stanisława Hadyny. Składy obu zespołów nie tylko  koncertują wzajemnie w swoich siedzibach, ale także się przyjaźnią. Co zresztą nie dziwne…

Spot promujący najpopularniejszy program pt.: A to Polska właśnie!W skład,którego wchodzą   polskie pieśni i tańce ludowe w większości w opracowane przez  Stanisława Hadynę z układami choreograficznymi autorstwa Elwiry Kamińskiej.

Śląsk jest znany z tego, że koncertuje również w miejscowościach gdzie dostęp do kultury jest ograniczony, albo go wcale nie ma. Na stałe zatrudnionych jest w zespole dwieście sześćdziesiąt sześć osób, stu dwudziestu artystów. Na scenie tj.w balecie, w chórze,i orkiestrze występuje około stu. Lekko licząc sto dwadzieścia koncertów rocznie w pełnym składzie robi wrażenie. A przecież jeszcze uczyć się trzeba, ten kto nie inwestuje w swoją edukacje cofa się z prędkością światła.  Zorganizować to wszystko logistycznie to wyzwanie! Można powiedzieć, że same stroje ważą dwanaście ton, i przewozić to tak dwa razy w tygodniu, a gdzie próby, warsztaty… Post ten dowodzi, że muzyka, czy w odcieniu klasycznym, czy folkowym, czy jazzowym, czy każdym innym, jest po prostu jedna, choć nie jedyna w swoim rodzaju na pewno dobra. Czy założyciele Śląska: Stanisław Hadyna i  Elwira Kamińska wiedzieli,że będzie on jedną z najbardziej rozpoznawalnych „marek” zespół dał już ponad siedem tysięcy koncertów dla ponad 25 milionów widzów. W tamtym roku obchodził hucznie skocznie i na piękną nutę sześćdziesięciolecie istnienia. Elwira Kamińska kształciła się w Polsce i zagranicą.

Nie ma sensu się spierać który zespół jest tym najlepszym, najdoskonalszym… Wszak Elwira Kamińska pracowała również dla Mazowsza. Zastanawia mnie dlaczego tak rzadko poleca się zapoznanie z repertuarem tychże. Może to jest tak jak ze zwiedzaniem miast, jeśli jest się autochtonką to z rzadka chodzi się trasami przeznaczonymi dla turystek i turystów. Tyle, że na tym podobieństwa się kończą nie tylko dlatego,że jak powie nie jeden uczony  dziedzictwo wypada  znać, ale przecież oba zespoły nie koncertują, wyłącznie za polską granicą. Wypada posłuchać chociażby po to by wyrobić sobie zdanie. Własne. Oczywiście nie jest to jedyne oblicze polskiej Muzyki. A jeśli już o niej mowa… Ciekawe ile osób zadało sobie pytanie gdzie ona ma swe źródło?

 

[(13)+1]. Słowa są zbędne.

Wzdłuż ulic, jak wzdłuż snów
Co dzień tramwajem jadę.
Wzdłuż ulic, jak wzdłuż snów
Migocą światła blade.

I zawsze tylko wzdłuż,
I nigdy już inaczej,
I nigdy, nigdy już
Nie zmylę mych przeznaczeń. (…)

[Wzdłuż ulic, Jan Brzechwa]

Syn trębacza i pianistki można powiedzieć, że oddycha muzyką i bez wątpienia można napisać, że odtrąbić sukces również może, i zrobi to. Zrobi. Rewelacyjnie, z polotem,finezją i technicznie piękniście. Ma instrument i nie waha się go użyć. W toku edukacji formalnej łączył świat folku, i ten stricte klasyczny (nie nudny, lecz czasami trudny). Żongluje stylami gry, jakby robił to od chcenia i niechcenia. W zależności od nastroju, dekoracji i Człowiek wie czego jeszcze. Ma doświadczenia występowania w różnych przestrzeniach i składach od kameralnych do symfonicznych. Gdy obserwuje się nagrania z koncertów można dostrzec jego niezwykłą sprawność retoryczną, poza słowną jak i werbalną. To po prostu kwintesencja radości jaką daje granie, tworzenie i kontakt z publicznością. Ilustruje muzycznie także filmy, jak: Yves Saint Laurent oraz Au Pays d’Alice posługując się różnorakimi środkami wyrazu. Jego znakiem firmowym jest także to, że nie stroni od ćwierćtonów można uznać to za transfer kulturowy gdyż takie posługiwanie się dźwiękiem jest właściwe dla Arabów i Arabek. Zjeździł świat w wzdłuż i w szerz Zwrócił na siebie uwagę gdy piękniście wykonał Drugi Koncert Brandenburski  Bacha, a przecież jest to jedna z najtrudniejszych klasycznych partii rozpisana na trąbkę. Świadomość  i umiejętności stricte techniczne nie wystarczą by odnieść sukces. Przez wielkie nabrzmiałe Su.  Wiele jest doskonałych muzyków, o których nie (u)słyszy świat. I których grą się nie zachwyci, nie zapamięta. Nie należy do nich Ibrahim Maalouf. Słowa są zbędne:

[źródło]

 

[]34. Take five.

Żadna dyktatura nie toleruje jazzu. Jazz to pierwszy sygnał powrotu do wolności.

[Dave Brubeck]

Współrzędne zdziwienia wytyczyć można nieśmiało ołówkiem. I podążyć należy dalej niż sięga myśl. Za_myśl, do_myśl. Prze_myśl. Puścić to, co wyrywa się szybko zbyt. I na tarczy_wie. Lepiej wrócić z tarczą niż bez. Ale w takich chwilach się nie myśli. Na szczęście. Bez kalkulacji. Rzeczy(nieoczy)wistość na metrum własne. Polerowane na nie jedną nutę. Pora dać się podnieść ponieść. Koniec.

***

Można by było nie podpisywać i tak wiadomo. Dla porządku: Paul Desmound (saxofon altowy i kompozytor powyższej melodii) i David Brubeck (piano, frontman), utwór Take five z płyty Time out [1959 rok]. Wersja zamieszczona na albumie ma nieco ponad pięć minut, a ten set… Jeśli mnie pamięć (i źródło) nie myli jest to nagranie na żywo z Rotterdamu zarejestrowane trzynaście lat później. W zasadzie smutno by było tak zakończyć. Chociaż być może efekt(ow)_nie. Rok 1959 to kontrapunkt. Nie dość, że ukazuje się na rynku Time out, to jeszcze Kind of Blue,The Shape of Jazz, Mingus Ah Um…

Hmm…I równie dobrze mogłabym zakończyć na tym dzisiejszy wpis. Bo to co panowie wyprawiają to nie tyle popis i podpis muzyczny Brubecka, chociaż to on, a nie kompozytor Paul Desmond jest utożsamiany z tym numerem. Co kunszt, smak i jeden z najczęściej coverowanych kawałków jazzowych na świecie. Nawet jeśli nie odmieniasz i odmierzasz minut w rytmie jazz to i tak natknąłeś (natknęłaś) się na tenże kawałek to pewnie go kojarzysz, albowiem jest niezwykle często używany (także w zmodyfikowanych wersjach) jako ilustracja do przekazów reklamowych. I to jeden z powodów, dlaczego właśnie zdecydowałam się wspomnieć o tymże utworze. Powiadam Wam, jazz nie jest trudny, nużący, męczący jest obecny w naszym życiu. Na nieszczęście. Dla uszu, które przypadkowo się zanurzą w takowych dźwiękach. Rozdźwiękach. Ale przecież jest pierwowzór. By sobie utrwalić, by się po [i] za chwycać przywołuję dźwięki i rzadziej prezentowaną wersję.

Mogłabym pisać peany na temat klasyki gatunku, i zużywać jeszcze bardziej przetarte wielkie słowa i nie mniejszego kalibru kwantyfikatory lecz kłopot w tym, że nie jestem zwolenniczką poznawania muzyki od tej strony. Oczywiście pięknej, zachwycającej, porywającej (podrywającej) i nie rzadko martwej. Ktoś kiedyś napisał,że aby uśmiercić dzieło należy włączyć je do kanonu.  Nie jestem przekonana, że trzeba najpierw w ów zanurzyć uszy. Co innego nie wykazywać się ignorantem, a co innego zapoznawać się z piękną twórczością.  To tak jakby zacząć od razu studiować życiorys świętej Hildegardy z Bingen i jej zasług tak dla nauki jak i muzyki średniowiecznej. (zgłębiała m.in. tajniki siedmiu sztuk wyzwolonych, teologię i liturgię, uzyskała tytuł magistry, powołała do życia nowe zgromadzenie żeńskie autonomiczne od męskiego, pisała książki skomponowała blisko,osiemdziesiąt dzieł, hymnów, responsoriów,sekwencji, antyfon, doradzała możnym tego świata: księżom i książętom, biskupom i papieżom. Uznana jest za pierwszą kompozytorkę. Postrzegała muzykę jako wspomnienie raju i czynnik służący zbawieniu, taki, który przybliża do Boga, niezbędny podczas liturgii).  ech, długo by o niej pisać. Bo tym sposobem dojdziemy do madrygałów, aż powędrujemy sobie przez inne epoki, terminy i zdziwienia natury muzycznej. Taka nie szybka przebieżka po pięciolinii. Dla średnio_(nie)_(za)awasowanych.

Wróćmy do tematu. (Uprasza się o cierpliwość.Może to trochę potrwać bo i kondycja nie ta, a odbiegliśmy daleko). Brubeck w 1958 roku koncertował w Poznaniu a jednak się dało zaprosić i dało się przyjechać i dało się zagrać (również w Krakowie i Warszawie). I dało się również spotkać z fanami i fankami. Nie jest więc tak, że dopiero teraz (z różnym skutkiem, i jakością repertuaru) granice się otwierają dla zagranicznych gwiazd.  Podobno podczas jednego z recitali w naszym kraju miał powiedzieć słowa cytowane na początku wpisu. Tak zwane turnee „dobrej woli”. A po koncercie wpadł był do muzeum Chopina krąży anegdota o tym, ze zasiadł do jego fortepianu i zaczął grać. A potem przybyła paczka z nagraniem Brubecka pt: „Dziękuję”. No cóż, miło powspominać. 🙂 Ostatni raz był w Polsce w 2005 roku. Dave Brubeck jest bez wątpienia człowiekiem, który daje się prowadzić Muzyce,szkoda by było gdyby został, jak to pierwotnie zamierzał zeoologiem, ale nie zapominajmy o innych, którzy w tej wędrówce brali udział i są niemniej ważni.

Joe Morello. Władca perkusji. (W podlinkowanym kawałku zamieszanie na bębnach robi bodajże Alan Dawson występujący z Brubeckiem w latach [1968 – 1972]). To Joe występował w kwartecie Dave’a przez ponad dekadę, to on był władcą swingu i metrum, zwłaszcza tym ostatnim szachował tak jak chciał, kiedy chciał i w dowolnych dekoracjach. Pan Subtelność. Tak można by było określić jego grę. Wzorowali się na niej Roman Washo i Andrzej Dąbrowski, szczególnie ten ostatni.

Paul Desmond napisał przebój rytm w metrum  5/4 (stąd tytuł utworu)  przed występami w ramach rozgrzania palców i dłoni wybijał na bębnach boski Joe tak się jednak złożyło, że w powszechnej świadomości utwór ten nieodmiennie przypisany jest Brubeckowi. Solo obecne w różnego autoramentu przekazach jest również na szczęście wpisane w podręczniki dla uczniów i uczennic gry na perkusji. Podobnież na koncertach solówki perkusyjne trwały ponad 10 minut… Ciekawe co by było gdyby pozostał przy grze na skrzypcach…Na których grywać zakazał mu ojciec, któy nie chciał by syn zajmował się tak mizernym zajęciem jak muzyka  Paul Emil Breitenfeld postawił jednak na swoim, pomogła przy tym przeprowadzka i wychowywanie przez krewnych z dala od rodziny pochodzenia. Po powrocie jednak zasilił szeregi szkolnej orkiestry gdzie grał na klarnecie. W czasie swojej służby wojskowej poznał Dave’a i tak zaczęła się ich współpraca. Chociaż upodobania (i styl życia) mieli różny, ba, różny, odmienny, pisać tak, to nic nie napisać(alkohol, kobiety,używki). Powiedzieć, że muzyka łączy, to nic nie powiedzieć. No i praca jako „opiekun[ek]” do dzieci też robi swoje. Cóż trzeba było załagodzić swoje wyprawy hazardowe. Ale przecież z drugiej strony nie sposób wspomnieć, że koncertował ze sławami świata tego. I to długo przed wizytą w pokoju hotelowym Duke’a Ellingtona gdy kwartet Brubecka był w uszach wszystkich Amerykanek i Amerykanów, a wtedy nie sposób zgromadzić koło siebie osoby znaczące, albo znane. Ważne by gdy jesteś, czy czujesz się mały(mała) ktoś zobaczył w Tobie ponad to kim zdajesz się być Twoje możliwości, kim możesz się stać. Bo w życiu tak jest, że zarówno uczymy jak jesteśmy nauczani, potrzebujemy wzorców. I tego, by ktoś w nas uwierzył zanim, zrobimy to sami. Drugim powodem popełnienia tej notki jest fakt, iż czy to czytam, tu i tam, czy to słyszę o błędnym przypisaniu autorstwa numeru, a i przecież dwunastego grudnia, minie druga rocznica śmierci Dave’a i pewnie znów zabrzmi Take… Przecież żaden koncert po napisaniu i zaprezentowaniu tego utworu publiczności nie mógł się odbyć bez tegoż…

P.S.No proszę zaczęło się o zahaczeniu o Prze_myśl a skończyło na Poznaniu. 🙂

33. Zrobię to tylko dla Ciebie.

Ma sto, ba ma nawet więcej mieszkańców. M(i)a_sto, nie milknie. Pulsuje.Tętni. Pluszcze. Szemrze. I sepleni. Migocze. Peszy się- rzadko. Spieszy się—zawsze. Mamrocze. Szemrze.

Przed gmachem opery kolońskiej schodzą się ludzie. Rozeszły się wieści pocztą w koturnach pantoflową, że koncert, że świetny, że premiera. A wiadomo, czas dla entuzjastek i entuzjastów jazzu, wychudły i zmizerniały. I bidnie odziany. Śpiesznie nie. Niby czuć w powietrzu  Etykieta. No cóż, poszła w odstawkę. Dżins i koszulka polo jest najnowszym wrzaskiem mody, na studencką nutę. Bardzo stycznie. Muzyka zbliża ludzi. Autentycznie. Akustycznie. Zwłaszcza.

Czarno. Ciemno. Zimno. Wietrznie. Deszczowo. Czas biegł,pędził. Spacerowała zbliżając się godzina dwudziesta trzecia. Przestęując z minuty na minutę. Tysiąc czterysta krzeseł jeszcze nie ostygło, czekało na to, aż jedni po ostatnim spektaklu opuszczą salę, drudzy- do niej wejdą. Już za chwilę. Już za momencik. Koncert z fortepianem będzie się kręcić.

zorganizowano  go za pięćset funtów, czegóż się spodziewać po siedemnastolatce, która ogarnia zamieszanie? A i owszem, wcześniej Viera Brandes  zaangażowała się  jeden, ba jedyny raz organizując występ Ralpha Townera. A i owszem, odgitarzono odtrąbiono sukces. Dlatego też dzisiaj na widowni wraz z pasjonatami jazzu przez wielkie Dż zasiądą również ludzie z mediów: prasy, radia telewizji. Bilety nie są drogie, najtańszy, w przeliczeniu kosztuje osiem złotych polskich. Akustyczny jazz nie cieszy się polarnością. O czym wie na przykład Bill Evans, który ma w swoim repertuarze takie płyty. Ale przecież można zagospodarować sobie czas w ten sposób.

Zwłaszcza, ze koncert szyty na każdą kieszeń. Także studencką. Podział zysków to 70 do 30 procent. Viera pokrywa wszelkie koszty, także transportu. Kupiła najpierw jeden bilet lotniczy dla dwudziestodziewięcioletniego pianisty, który ma wystąpić, potem musiała  jeszcze jeden gdyż dowiedziała się, że podróżuje w towarzystwie jakiegoś faceta który właśnie założył małą  wytwórnię płytową. Cóż jak mus to mus. Potem okazało się, że panowie zamienili fotel lotniczy na sfatygowany samochodowy i taszczyli się zdezelowanym Renault 4, na trasie Zurych— Kolonia. Cud, miód i… Wertepy. Przytaszczyli się.  Muzyk, nawet gdy jest to klawiszowiec Milesa, doświadczenie dwuletnie, w operze to nie jest częsty widok, ani odsłuch. (Co prawda Martha Argerich najlepiej czuła się nagrywając płyty w nocy, i te odniosły najszybciej komercyjny sukces). Najpierw znów musiano zainstalować sprzęty akustyczne. Przecież wcześniej odbywało się tu przedstawienie i na nic próby. Zmiana dekoracji. Wszystko trzeba było zaczynać od początku. Ustawianie. Mierzenie. Nastawianie. No, cóż (od)biegające (sprintem), od najbardziej skromnych standardów. Mizerny magnetofon,dwa głośniczki,  dwa mikrofony (just in case —wyodrębnienie dźwięków).  I przenośny rejestrator, maciupeńki, sześciokanałowy mikser. O, których szczegółach Viera nie wiedziała tak jak o tym, że  koncert ma być nagrywany. Przecież Keith dopiero co podpisał kontrakt z wytwórnią Impuls odkąd postanowił kontynuować solowy rozdział swojej kariery, kontynuować bo przecież za czasów współpracy z Davisem, a wcześniej z Lloydem nagrywał solowe albumy. —Ale przecież, co szkodzi nagrać? Zwłaszcza, że Columbia odrzuciła propozycje współpracy, a skoro ten nieopierzony właściciel małej wytwórni chce, proszę bardzo. Zwłaszcza jeśli pofatygował się z Niemiec, aż tutaj. Szkoda by było go odprawić z kwitkiem, a raczej z krótką improwizacją, i tak i tak przeminie.

Podejrzane, że się zgodził. To przecież Keith. To on nie toleruje nawet kichnięcia na widowni, wtedy przerywa koncert. Do tego jak przyjdzie mu podróżować, ba przejeżdżać na koncerty, to tylko dwie godziny od miejsca zamieszkania, dlatego nie będzie gościł w europejskich salach, no ten jeden, jedyny raz. Przecież to Stany Zjednoczone i oczywiście Japonia  ale nie dość, że będzie sypiał w tym samym hotelu od lat, to jeszcze w tym samym pokoju i tym samym łóżku. Do tego przecież jest tam wybranka jego serca. Ale nie uprzedzajmy faktów. Te dopiero będą się dziać od 1976 roku.

Wróćmy do piątkowego, deszczowego wieczoru, a raczej nocy.

Ludzie zajmują miejsca. Wchodzą powoli. Zasiadają, poprawiają, moszczą się, szukają swoich miejsc, powietrze niesie gwar rozmów. Słowa. Słowa. Słowa. Najpierw na scenę,po której stoi mały czarny słoń. Wchodzi Manfred okrąża, muska klawisze. To czarne, to białe. Roztrojony.

Na scenę wkracza Keith. okrąża małego czarnego słonia, muska klawisze. To czarne to białe. Roztrojony. Nie będę na nim grał. Wybiega. Najpierw z sali, potem cóż, po schodach, przeskakuje stopnie. Nim Viera się spostrzeże jest już w aucie. Dobiega do niego. Otwiera drzwi.

—Wiem, wiem, mówi połykając słowa bez popijania. Jest źle.

—-Jest gorzej niż źle. Przerywa jej. — Jest gorzej niż źle. Piano jest małe,roztrojone tak, że nie można na nim grać. No, można w środkowych rejestrach. A wiesz jak trzeba walić w klawisze by to się nagrało? Wiesz, ile to wymaga siły. A przecież na tym nie polega muzyka.  Ja nie spałem dwie noce, jestem rozedrgany. Nastrój jest tak jak ten wieloryb, a raczej jedenryb, a w zasadzie mala rybka na środku sceny. Ryby głosu nie mają, a ja nie wyduszę z tego czarnego grata nic. Bezbronna , która tylko skrzeczy. Wszystko szlag trafi. Do tego ta pora. Pora bym się stąd zabierał czym prędzej. Proszę odwieź mnie do hotelu.

— Nie mam prawa jazdy. Keith,   p r o s z ę    zagraj.

— Dobrze, zrobię to tylko dla Ciebie.

Pierwsza część koncertu The Coln Concert, Keith Jarret, ECM 1975;

Zaczynał jako trzylatek. Na lekcje pianina przyprowadziła go rodzicielka. Swój pierwszy koncert zagrał pięć lat później. Repertuar klasyczny, także utwór polskiego kompozytora, Wrocławianina, Maurycego Moszkowskiego plus dwie własne kompozycje. Zawodowym muzykiem zostanie nazwany w wieku lat jedenastu. Osiem lat później wejdzie w skład nowojorskiego zespołu Arta Blakeya,z Charlesem Lloydem zwiedzi świat, zacznie grywać z wielkimi świata jazzu, choć w początkach swojej kariery towarzyszy amerykańskim piosenkarkom, których namiętnie słucha ojciec.   Nawet podczas dwudziestu czterech miesięcy współpracy z Davisem nie zaprzestaje nagrywania z innymi. Powróci do fortepianu akustycznego i to z nim, nie z organami piszczałkowymi, nie z saksofonem, nie z parapetem będzie kojarzony. A o kolońskim koncercie powie, że najlepiej spaliłby wszystkie egzemplarze tej płyty.  Nie jest bowiem ona uznawana za najlepszą, choć bez wątpienia najlepiej znaną i kojarzoną. Tak jak jego sposób gry.

Oligarcha wśród instrumentów. Fortepian, pasja wygrywania i łączenia stylów uratuje mu zdrowie, wtedy gdy nie będzie mógł ani rozmawiać, ani podnieść klapy fortepianu, w wyniku bólów mięśni, i zespołu chronicznego zmęczenia. Lubił grać, wygrywać od  kiedy to zasypiał na klawiaturze jako chłopczyk.

Pewnego roku gdy zaprzestał w wyniku choroby koncertowania, i nie mógł nic zrobić spacerował do swojego przydomowego studia i nagrywał króciutkie utwory, które złożył pod choinką jako prezent dla (ówczesnej) żony. The melody at night with you. Nie wiadomo, czy wtedy narodził się pomysł uwieczniania najważniejszych wydarzeń z życia na płytach jak później stanie się z rozwodem. Wiadomo,  płyta z czasów choroby zostanie wydana, a  Facing You będzie pierwszym albumem dla tej małej wtórni. I tego gościa, z którym podróżował do Kolonii. Tak, to współpraca na lata. Keith Jarret bo o nim mowa, mógłby być nazwany Panem Improwizacją, ale także jako ten, który łączy klasykę, jazz i muzykę etno. Gra nie tylko na wielorybie, także na perkusjonaliach, a zdarzyła się także płyta na której akompaniował sobie na gitarze, fletach… Pomyśleć, że na urodziny chciał dostać słonia… Co by było gdyby nie usłyszał Portfolio ad Ahmad Jamal i nie odkrył jazzu? Nie wiadomo. Pan Ekspresja ujarzmia muzykę używając nie tylko palców i dłoni, ale także rąk. Dla porównania proponuję posłuchać Hirmomi Uehara,która również nie potrafi usiedzieć przy fortepianie. Równie fascynujący widok.

Wiadomo Jarret jest tylko jeden. I Koln Concert jest tylko jeden, nie wiadomo, czy z racji muzycznych cytatów pianisty? Ma przecież w swoim portfolio olbrzymim album dedykowany filozofowi wschodu. Dlaczego koncert koloński jest tak ważny.  Czy z racji zamysłu. Keith wymyślił sobie, że wygra całkowicie improwizowany koncert. Bez nut.  Bez sprawnego fortepianu. Bez wygodnego łóżka, a raczej, wygodnego snu. Bez przygotowania? Zapewne nie, przecież wiadomo, że najlepsze improwizacje, te Wielkie, są najbardziej przygotowany, najbardziej wypracowane. A może w tym przypadku się mylę. Przecież wyjątek potwierdza regułę.

Jedno pozostaje bez zmian. Muzyk nie posiada swojej strony internetowej, nie mówiąc o fanpagu. Do tej pory wieści przekazywane są wśród fanów i fanek. Niezależnie czy gra solo. czy w składzie z orkiestrą. Jedno czego nie potrafi, a co robi, i co słychać także w Kolonii to podśpiewywanie sobie, o jego nieumiejętnościach wokalnych wspomina się tam i ówdzie.

Dlaczego publiczność zareagowała tak żywiołowo na pierwsze dźwięki skoro repertuar był improwizowany?

Ano, dlatego, ze to odwołanie do sygnału kolońskiej opery, zawiadamiający, że właśnie skończył się antrakt… A to dopiero początek… I doskonały album by zaprzyjaźnić się z jazzem.  I wcale nie dlatego, że konkuruje on z Kind of Blue jako najlepiej sprzedającym się albumem jazzowym, albo jest najlepszym jeśli chodzi o pianistyczny jazz solo, czy jazz instrumentalny sensu largo. Dlatego, że jest w nim wszystko. Wirtuozeria, koncentracja, muzyczne obycie, ale przede wszystkim emocja, rozmach, odwaga.

Nie bez kozery w środowisku jazzowym krąży od lat taki oto dowcip:

Trzej wielcy pianiści jazowi: Herbie  Hancock, Chick Corea i Keith Jarret spotykają się w niebie. Herbie mówi: Podobno Pan Bóg powiedział, że jestem najlepszym, najdoskonalszym, najbardziej popularnym pianistą na całym świecie.  Nie, nie, nie — komentuje Chick, to o mnie tak powiedział. Na to odzywa się Keith, panowie, uspokójcie się, nic o was takiego nie mówiłem…

A pomyśleć, że Keith chciał dostać na ósme urodziny słonia… A dostał wieloryba. Na całe szczęście! Smacznego słuchania.

Wpis pisał się z myślą o J.

32. Czterdzieści dziewięć minut.

Mniej znaczy więcej.

Wbiło mnie w fotel. Mniej więcej. Zadziwiam się,że mogę oderwać palce od klawiatury. Komputera. Bo uszu nie sposób wynurzyć. Noc. Gdy wszystko zasypia, oddycha miarowo i nachalnie mniej lepiej się skupić na dźwiękach. Chociaż uwaga sama podąża we właściwym kierunku. Jak po sznurku pięciolinii. Oto młody Szwed zasiada za parapetem pochyla glowę, prawie niezauważalnie poprawia długie palce muska to białe, to czarne klawisze. Formuje rzeczywistość, lekko nadaje formę. Odgarnia powietrze. Przelewa dźwięki, ujmuje je delikatnie niby przypadkiem i prowadzi. Z ostrożną pewnością i radosnym smutkiem, smacznie. Niesamowicie. Czule.

Filmowo. Międzynarodowy skład nie gwarantuje międzynarodowej sławy, a jednak, kunszt, świadomość dźwięku, nie tyle nawiązywanie do najlepszych tradycji gatunku, co wytyczanie własnej drogi (co w tak młodym wieku jest rzadkością jak zawojowanie i Sankt Pauli, rynku amerykańskiego i japońskiego) rozgłos zagwarantowały. I to szafowanie nastrojami,tempem, ekspresją, bez emfazy, za to z gracją, pięknem, radością i świadomością tego co już potrafi. To się nazywa holistyczne podejście do Muzyki. To tak jakby iść w głąb labiryntu, coraz to dalej i dalej i dalej, i starzeć się pięknie, obrastać w zmarszczki, smutek, radość, piękno i iść, ciągle iść tak, tak—we właściwym kierunku, z pewnością podążania właściwą ścieżką. Dla mnie to nie tyle odpowiednik EST, do którego twórczość Martina jest ciągle porównywana, to nie tylko szwedzki sznyt, minimalizm i liryzm, to godzenie przeciwieństw. Gdybym miała szukać paraleli pierwsze skojarzenia to zmysł Lisy Gerrard (w tym roku całkiem niespodziewanie wydała płytę) i Keitha Jarretta sławetny i niezapomniany The Köln Concert  (dla niewtajemniczonych jest to najlepiej sprzedająca płyta jazzowa w historii muzyki, która zdumiewa po dziś). Na szczęście Martin sam wygrywa swoją historie. I to jak!

Zaczyna się od trzęsienia ziemi i problemów z grawitacją, a tytułowo rzecz ujmując od spadających gwiazd. A potem jest tylko najlepiej. Całość, która otwiera się i rozkwita w dźwięku. Napisać, że to Mistrz suspensu, to nic nie napisać.

Materiał na tej płycie przeczy Herbertowskiemu myśleniu o Czułości, okazuje się,że budzić ją trzeba umiejętnie Trio Tingballa nie tylko to potrafi, i znacznie, znacznie więcej, a płyta solowa En my dag, o której tu piszę,  kompozytora, pianisty i frontmana w jednej osobie jest po prostu…

Wyśmienicie, że jest, i dobrze by było gdyby zagościła na półce każdej osoby, dla której nie tylko kunszt i wrażliwość muzyczna  jest ważna, ale przede wszystkim Piękno i Prawda uchwycona na wrzącym uczynku. Tak to wielkie słowa, duże kwantyfikatory…

Świadomie nie wklejam sznurka, albowiem płyty należy słuchać od początku, potem już sama prowadzi Człowieka. Przy drugim przesłuchaniu można żonglować, przekładać, zmieniać… Tylko po co?

[31]. Ale Meksyk.

Żongluje dźwiękami, przekładam płyty. Zima idzie małymi krokami, ale konsekwentnie, czuję jej oddech na karku, własnym.

Eureka, znaczy się zaczynamy by nie przeciągnąć struny, nie pora by komukolwiek zawracać gitarę. Jedną, drugą, trzecią. Jakąkolwiek,którąkolwiek, czyjąkolwiek.

Otóż, są inni, którzy robią to subtelniej, energiczniej, piękniej po prostu lepiej. Dzisiaj bez melizmatów, wykładów, dygresji. Najnowsza płyta meksykańskiego duetu, od swoich imion wzięli swoją nazwę.

Rodrigo y Gabriela

Oni wiedzą jak zawrócić w głowie. I ogrzać się w zimie. Najnowszy album 9 Dead Alive to nie tylko dziewięć technicznie dopracowanych kompozycji, ale płyta dedykowana dziewięciu ważnym dla meksykańskiej historii  postaciom. Wydali sześć płyt studyjnych i dwie koncertowe, mają na swoim koncie współpracę z Hansem Zimmerem i kubańską orkiestrą, a przecież zaczynali od grania utworów innych artystów, i przez długi czas byli łączeni właśnie z takim repertuarem. Wykonywanym technicznie perfekcyjnie z rockowym zacięciem, ale jednak to nie własne kompozycje. To sztuka nie dać się zaszufladkować. A może jednak?

Duet. Klasycznie z rockowym zacięciem. Dwie gitary i flażolet. Klasyczne. Ci, którzy raz usłyszą— nie zapomną nigdy: ani dynamiki, ani techniki, ani rytmu. Trudno uwierzyć, że przed spotkaniem i rozpoczęciem wspólnej kariery oboje grali w zespołach medalowych. chociaż jeśli przysłuchać się frazowaniu Megalopolis można usłyszeć dawne echa.  Bez popisów, jestem ciekawa jaka będzie kolejna płyta tej pary, pewnie nie prędko przyjdzie mi się o tym przekonać, bo nie rozpieszczają słuchaczy nadmiarem krążków, ten został wydany po pięciu latach (11:11) Czy odważą się zaryzykować, by pójść w zupełnie inną stronę? Porzucić to co znają, nie rezygnując z precyzji i tak dobrze opanowanej techniki? Z jednej strony 9 Ded Alive, choć nowy, jakby znajomy… Z werwą, z historią, z energią.

Rodrigo y Gabriela – Torito, 9 Dead Alive, 2014 rok

30. Nie taki chorał jednorodny, jak go słuchają.

Noc zapadła. Sączy się ciemność rozlana niczym werniks. Czas oddycha miarowo poganiając wskazówki zegara. Już wiem, że budzikom w naszym świecie charakter nie przysługuje. W niedospaniu i niezdążeniu spędzać będę niedzielę z powiek by zrobiła miejsce nowemu tygodniowi.

Szkoda czasu na sen. Tyle dobra wokół. Dźwięków, w które warto się zanurzyć. I płynąć, płynąc z prądem. Znaczy, par(t)yturą. Nie, jeszcze nie teraz o wspomnianych  album_ach! Zapewniam jednak, że (o cudach) jeszcze napiszę.  Na razie album kręci się kręci, a Kraków płytą się toczy…

Trawestując cóż jednak wiemy o Muzyce mając osiemnaście lat? (Bo przecież wzrasta nam tylko wat). Jest tyle dobrych, pięknych, frapujących, zadziwiających albumów godnych naszej uwagi. Nie mówię by wykonywać psalmy, czy hymny, jak ten, wczesnochrześcijański, do Trójcy Świętej.

Chociaż…Jak już przy tym jesteśmy…

To  dwie najstarsze formy śpiewów wczesnochrześcijańskich —wyśpiewanie psalmów, czyli tak zwane psalmowia, w warstwie tekstowej powstała na podstawie Księgi Psalmów. Można je wykonywać na dwa sposoby. Do wyboru: responsorialny, albo antyfonialny to sposób śpiewu przeciwstawnego dwóch chórów. Responsorium, łac. głos odpowiadający, to naprzemienny śpiew solisty/ solistki i chóru.

Hymnodia, to nic innego jak wyśpiewywanie hymnów, opierało się na tych  tworzonych przez Ojców Kościoła. Czyli pro_za życia i tworzenia, gdzie wpleciony był tekst Nowego Testamentu, można przywołać hymny autorstwa biskupa Mediolanu św. Ambrożego. Legenda mówi, że odizolowany przez gwardie cesarską w bazylice wraz z wiernymi Ambroży organizuje w taki sposób wiernych by śpiewali naprzemiennie to nic innego jak psalmodie responsoriale. Wiadomo, że rozpowszechnił śpiew antyfonalny znany w Antiochii.

św. Hilary obaj wzorowali się na  twórczości św. Efrema (zwanego Cytrą Ducha Świętego). Tego samego, który kobietom w kościele rozwiązał usta, czyli  wprowadził/ zezwolił w Kościele śpiew kobiecy.

Na początku Kościół przejął wcześniejsze tradycje śpiewania, ale przecież chciano stworzyć własny sposób wyrażenia, oprawy mszy. Nie jest zatem tak, że tylko w muzyce świata, istnieją wpływy innych kultur. Możemy ich oczywiście nie rozpoznawać, nie kojarzyć, ba nie być świadome, świadomi ich istnienia, bo z czasem zostały zamalowane, zakurzone, czy po prostu wyparte przez inne formy. Tak jak to było z chorałami i jednogłosowym śpiewem liturgicznym, inaczej śpiewem rzymskim,który dopiero w IX wieku nazwano  chorałem gregoriańskim (oczywiście chcąc upamiętnić postać Grzegorza Wielkiego, i tego co zrobił dla Kościoła, ale nie dlatego, że ten sposób śpiewania był jego dziełem, chociaż bardzo długo tak myślano). Johannes Diaconus to on przypisał stworzenie chorału właśnie temu papieżowi. O czym pisze w Żywocie Grzegorza. Wcześniej  i za życia tego papieża wykonywano śpiew burdonowy. Co więcej,  by doskonalić czyli chorał rzymski rytu bizantyjskiego ów papież powołał  Scholę Cantorum, czyli zespół kształconych w sztuce siedmiu śpiewaków, którzy dbali o to by tradycja nie tyle nie zanikła, ale by śpiew był zgodny z pryncypiami.

Chorał gregoriański nie jedno ma imię brzmienie, i  przez wieki niósł się zupełnie inaczej niźli by sądzić…Śpiew dwugłosowy bogaty w melizmaty mikrointerwały. Wykonywany tak po łacinie jak i … Po grecku. Taki sposób śpiewania można było usłyszeć aż do XIII wieku, wyparty został przez chorał gregoriański zazwyczaj jednogłosowy, diatoniczny rodzaj śpiewu, opatrzony łacińskim tekstem, wykonywany a cappella Wszystko pięknie, wszystko ładnie, ale  przecież można wskazać chorały dwugłosowe. O czym teraz się zapomina. Niemniej, i tak zazwyczaj chorał kojarzony jest z postacią Grzegorza Wielkiego.

albo

Marcina Lutra. Jednogłosowe śpiewy niejako  rozszerzacza. Cóż nowe znaczenie powiedzenia dzielić włos głos na czworo. Nowoczesność idzie! Kto by myślał, że to już tak zastane, i stare, by tylko kurz opadł, i pokrył, i zapomnienie ludzkie, ten w błędzie. To co teraz uważane jest za zastane, kiedyś było nowe. Śpiew protestancki jest czterogłosowy, chociaż wyjątek potwierdza regułę,  na początku był to również śpiew jednogłosowy. Można w łatwy sposób rozróżnić obie szkoły, albowiem tekst napisany, jak na regułę Lutra przystało, po niemiecku i ta rytmika, Melodia podawana przez głos sopranowy. Tutaj każdy dźwięk lub akord przypada  na jedną sylabę. Czytelnie i pięknie, co ważne gdy tylko garść uczonych (kobiet i mężczyzn) potrafiła czytać i pisać.

Nie dziwi pojawienie się w tym kontekście Bacha. Jemu przecież została powierzona funkcja  kantora, którą pełnił w kościele pod wezwaniem św. Tomasza w Lipsku. Kantor to ktoś, kto sprawuje pieczę nad oprawą i wykonywaniem muzyki we wspólnocie religijnej (tak w zborze, jak i w kościele rzymskokatolickim). Organista, kompozytor utworów z okazji  świąt, ale także nauczyciel śpiewu, czy  dyrygent. By nie napisać człowiek orkiestra.Jan Sebastian i rzesze jemu podobnych czerpali ze wspomnianej tradycji luterańskiej. (Nie sposób pominąć milczeniem sztandarowego Ein’ feste Burg ist unser Gott).

***

Vesperae in honorem Sancti Dominici , Dominikanischer Choral & Orgelimprovisation,Ludger Boeckenhoff Audite Musikproduktion 07/12/2012

Nigdy nie istniał jeden model chorału, chociaż hierarchowie kościelni próbowali taki model wypracować, aby niejako odpowiadał filozofii, Kościoła jako całości. Temu przyświecała także idea stworzenia własnego sposobu śpiewu, czyli bez odwoływania się do tradycji innych kultur (Pożegnanie z niespotykanymi dziś w muzyce europejskiej mikorointerwałami, pożegnanie z burdonem). Wraz z rozwojem arcybiskupstw i klasztorów,mieszkańcy każdego takiego przybytku mieli swój sposób śpiewania, dlatego też można wymienić kilka(naście) wersji chorału. Gdy czas i poczynania powzięte w celu zjednoczeniu Kościoła zatarły różnice za oficjalny sposób śpiewu uznano sposób karoliński.  Rozpowszechnienie tegoż przyszło, dopiero później, wraz z panowaniem rodu Karolingów. W roku 802 zatwierdzono wprowadzenie śpiewu rzymskiego w liturgii mszalnej i liturgii godzin… Śpiew chorałowy w Polsce pojawił się wraz z przyjęciem chrześcijaństwa.

Jedno Cesarstwo, jeden Kościół, jeden chorał…

Mówi się o dwóch tradycjach śpiewu chorałowego. I o ruchach to za zachowaniem jedności, to za unowocześnianiem tegoż. Nie taki chorał jednorodny jak go słuchają (chociaż, różnice obecnie są minimalne).  Muzyka jest po prostu fascynująca, jest czymś wykraczającym poza Słowo, można próbować jej fenomen próbować uchwycić, można próbować powracać w nowych anturażach…

Z tych tradycji czerpano pełnymi partyturami. Czerpano i czerpie się do dziś. Tak przez twórców muzyki poważnej, tak i popularnej. No cóż… Kto nie pamięta tegoż boomu, na łączenie, mniej lub bardziej udane, śpiewów wieków średnich we współczesnym anturażu, albo lepiej by było napisać, inspirowanie się nią. Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że muzyka wieków średnich, muzyka dawna zostaje na nowo odkryta również dzisiaj i wcale nie chodzi odwoływanie się, czy włączanie do nurtu popularnego, ale o rozkwit Scholi Cantorum, czyli szkół, albo właśnie zespołów muzyki dawnej.  Być może zauroczenie takim rodzajem muzyki jest jeszcze przed nami, tak jak kiedyś na nowo odkryto dla świata muzykę Jana Sebastiana Bacha… Aż trudno sobie wyobrazić, że kompozytor takiego formatu (i partytury) kiedyś był zapomniany… A Twoje ulubione dzieło odwołujące się do tradycji chorału?