33. Zrobię to tylko dla Ciebie.

Ma sto, ba ma nawet więcej mieszkańców. M(i)a_sto, nie milknie. Pulsuje.Tętni. Pluszcze. Szemrze. I sepleni. Migocze. Peszy się- rzadko. Spieszy się—zawsze. Mamrocze. Szemrze.

Przed gmachem opery kolońskiej schodzą się ludzie. Rozeszły się wieści pocztą w koturnach pantoflową, że koncert, że świetny, że premiera. A wiadomo, czas dla entuzjastek i entuzjastów jazzu, wychudły i zmizerniały. I bidnie odziany. Śpiesznie nie. Niby czuć w powietrzu  Etykieta. No cóż, poszła w odstawkę. Dżins i koszulka polo jest najnowszym wrzaskiem mody, na studencką nutę. Bardzo stycznie. Muzyka zbliża ludzi. Autentycznie. Akustycznie. Zwłaszcza.

Czarno. Ciemno. Zimno. Wietrznie. Deszczowo. Czas biegł,pędził. Spacerowała zbliżając się godzina dwudziesta trzecia. Przestęując z minuty na minutę. Tysiąc czterysta krzeseł jeszcze nie ostygło, czekało na to, aż jedni po ostatnim spektaklu opuszczą salę, drudzy- do niej wejdą. Już za chwilę. Już za momencik. Koncert z fortepianem będzie się kręcić.

zorganizowano  go za pięćset funtów, czegóż się spodziewać po siedemnastolatce, która ogarnia zamieszanie? A i owszem, wcześniej Viera Brandes  zaangażowała się  jeden, ba jedyny raz organizując występ Ralpha Townera. A i owszem, odgitarzono odtrąbiono sukces. Dlatego też dzisiaj na widowni wraz z pasjonatami jazzu przez wielkie Dż zasiądą również ludzie z mediów: prasy, radia telewizji. Bilety nie są drogie, najtańszy, w przeliczeniu kosztuje osiem złotych polskich. Akustyczny jazz nie cieszy się polarnością. O czym wie na przykład Bill Evans, który ma w swoim repertuarze takie płyty. Ale przecież można zagospodarować sobie czas w ten sposób.

Zwłaszcza, ze koncert szyty na każdą kieszeń. Także studencką. Podział zysków to 70 do 30 procent. Viera pokrywa wszelkie koszty, także transportu. Kupiła najpierw jeden bilet lotniczy dla dwudziestodziewięcioletniego pianisty, który ma wystąpić, potem musiała  jeszcze jeden gdyż dowiedziała się, że podróżuje w towarzystwie jakiegoś faceta który właśnie założył małą  wytwórnię płytową. Cóż jak mus to mus. Potem okazało się, że panowie zamienili fotel lotniczy na sfatygowany samochodowy i taszczyli się zdezelowanym Renault 4, na trasie Zurych— Kolonia. Cud, miód i… Wertepy. Przytaszczyli się.  Muzyk, nawet gdy jest to klawiszowiec Milesa, doświadczenie dwuletnie, w operze to nie jest częsty widok, ani odsłuch. (Co prawda Martha Argerich najlepiej czuła się nagrywając płyty w nocy, i te odniosły najszybciej komercyjny sukces). Najpierw znów musiano zainstalować sprzęty akustyczne. Przecież wcześniej odbywało się tu przedstawienie i na nic próby. Zmiana dekoracji. Wszystko trzeba było zaczynać od początku. Ustawianie. Mierzenie. Nastawianie. No, cóż (od)biegające (sprintem), od najbardziej skromnych standardów. Mizerny magnetofon,dwa głośniczki,  dwa mikrofony (just in case —wyodrębnienie dźwięków).  I przenośny rejestrator, maciupeńki, sześciokanałowy mikser. O, których szczegółach Viera nie wiedziała tak jak o tym, że  koncert ma być nagrywany. Przecież Keith dopiero co podpisał kontrakt z wytwórnią Impuls odkąd postanowił kontynuować solowy rozdział swojej kariery, kontynuować bo przecież za czasów współpracy z Davisem, a wcześniej z Lloydem nagrywał solowe albumy. —Ale przecież, co szkodzi nagrać? Zwłaszcza, że Columbia odrzuciła propozycje współpracy, a skoro ten nieopierzony właściciel małej wytwórni chce, proszę bardzo. Zwłaszcza jeśli pofatygował się z Niemiec, aż tutaj. Szkoda by było go odprawić z kwitkiem, a raczej z krótką improwizacją, i tak i tak przeminie.

Podejrzane, że się zgodził. To przecież Keith. To on nie toleruje nawet kichnięcia na widowni, wtedy przerywa koncert. Do tego jak przyjdzie mu podróżować, ba przejeżdżać na koncerty, to tylko dwie godziny od miejsca zamieszkania, dlatego nie będzie gościł w europejskich salach, no ten jeden, jedyny raz. Przecież to Stany Zjednoczone i oczywiście Japonia  ale nie dość, że będzie sypiał w tym samym hotelu od lat, to jeszcze w tym samym pokoju i tym samym łóżku. Do tego przecież jest tam wybranka jego serca. Ale nie uprzedzajmy faktów. Te dopiero będą się dziać od 1976 roku.

Wróćmy do piątkowego, deszczowego wieczoru, a raczej nocy.

Ludzie zajmują miejsca. Wchodzą powoli. Zasiadają, poprawiają, moszczą się, szukają swoich miejsc, powietrze niesie gwar rozmów. Słowa. Słowa. Słowa. Najpierw na scenę,po której stoi mały czarny słoń. Wchodzi Manfred okrąża, muska klawisze. To czarne, to białe. Roztrojony.

Na scenę wkracza Keith. okrąża małego czarnego słonia, muska klawisze. To czarne to białe. Roztrojony. Nie będę na nim grał. Wybiega. Najpierw z sali, potem cóż, po schodach, przeskakuje stopnie. Nim Viera się spostrzeże jest już w aucie. Dobiega do niego. Otwiera drzwi.

—Wiem, wiem, mówi połykając słowa bez popijania. Jest źle.

—-Jest gorzej niż źle. Przerywa jej. — Jest gorzej niż źle. Piano jest małe,roztrojone tak, że nie można na nim grać. No, można w środkowych rejestrach. A wiesz jak trzeba walić w klawisze by to się nagrało? Wiesz, ile to wymaga siły. A przecież na tym nie polega muzyka.  Ja nie spałem dwie noce, jestem rozedrgany. Nastrój jest tak jak ten wieloryb, a raczej jedenryb, a w zasadzie mala rybka na środku sceny. Ryby głosu nie mają, a ja nie wyduszę z tego czarnego grata nic. Bezbronna , która tylko skrzeczy. Wszystko szlag trafi. Do tego ta pora. Pora bym się stąd zabierał czym prędzej. Proszę odwieź mnie do hotelu.

— Nie mam prawa jazdy. Keith,   p r o s z ę    zagraj.

— Dobrze, zrobię to tylko dla Ciebie.

Pierwsza część koncertu The Coln Concert, Keith Jarret, ECM 1975;

Zaczynał jako trzylatek. Na lekcje pianina przyprowadziła go rodzicielka. Swój pierwszy koncert zagrał pięć lat później. Repertuar klasyczny, także utwór polskiego kompozytora, Wrocławianina, Maurycego Moszkowskiego plus dwie własne kompozycje. Zawodowym muzykiem zostanie nazwany w wieku lat jedenastu. Osiem lat później wejdzie w skład nowojorskiego zespołu Arta Blakeya,z Charlesem Lloydem zwiedzi świat, zacznie grywać z wielkimi świata jazzu, choć w początkach swojej kariery towarzyszy amerykańskim piosenkarkom, których namiętnie słucha ojciec.   Nawet podczas dwudziestu czterech miesięcy współpracy z Davisem nie zaprzestaje nagrywania z innymi. Powróci do fortepianu akustycznego i to z nim, nie z organami piszczałkowymi, nie z saksofonem, nie z parapetem będzie kojarzony. A o kolońskim koncercie powie, że najlepiej spaliłby wszystkie egzemplarze tej płyty.  Nie jest bowiem ona uznawana za najlepszą, choć bez wątpienia najlepiej znaną i kojarzoną. Tak jak jego sposób gry.

Oligarcha wśród instrumentów. Fortepian, pasja wygrywania i łączenia stylów uratuje mu zdrowie, wtedy gdy nie będzie mógł ani rozmawiać, ani podnieść klapy fortepianu, w wyniku bólów mięśni, i zespołu chronicznego zmęczenia. Lubił grać, wygrywać od  kiedy to zasypiał na klawiaturze jako chłopczyk.

Pewnego roku gdy zaprzestał w wyniku choroby koncertowania, i nie mógł nic zrobić spacerował do swojego przydomowego studia i nagrywał króciutkie utwory, które złożył pod choinką jako prezent dla (ówczesnej) żony. The melody at night with you. Nie wiadomo, czy wtedy narodził się pomysł uwieczniania najważniejszych wydarzeń z życia na płytach jak później stanie się z rozwodem. Wiadomo,  płyta z czasów choroby zostanie wydana, a  Facing You będzie pierwszym albumem dla tej małej wtórni. I tego gościa, z którym podróżował do Kolonii. Tak, to współpraca na lata. Keith Jarret bo o nim mowa, mógłby być nazwany Panem Improwizacją, ale także jako ten, który łączy klasykę, jazz i muzykę etno. Gra nie tylko na wielorybie, także na perkusjonaliach, a zdarzyła się także płyta na której akompaniował sobie na gitarze, fletach… Pomyśleć, że na urodziny chciał dostać słonia… Co by było gdyby nie usłyszał Portfolio ad Ahmad Jamal i nie odkrył jazzu? Nie wiadomo. Pan Ekspresja ujarzmia muzykę używając nie tylko palców i dłoni, ale także rąk. Dla porównania proponuję posłuchać Hirmomi Uehara,która również nie potrafi usiedzieć przy fortepianie. Równie fascynujący widok.

Wiadomo Jarret jest tylko jeden. I Koln Concert jest tylko jeden, nie wiadomo, czy z racji muzycznych cytatów pianisty? Ma przecież w swoim portfolio olbrzymim album dedykowany filozofowi wschodu. Dlaczego koncert koloński jest tak ważny.  Czy z racji zamysłu. Keith wymyślił sobie, że wygra całkowicie improwizowany koncert. Bez nut.  Bez sprawnego fortepianu. Bez wygodnego łóżka, a raczej, wygodnego snu. Bez przygotowania? Zapewne nie, przecież wiadomo, że najlepsze improwizacje, te Wielkie, są najbardziej przygotowany, najbardziej wypracowane. A może w tym przypadku się mylę. Przecież wyjątek potwierdza regułę.

Jedno pozostaje bez zmian. Muzyk nie posiada swojej strony internetowej, nie mówiąc o fanpagu. Do tej pory wieści przekazywane są wśród fanów i fanek. Niezależnie czy gra solo. czy w składzie z orkiestrą. Jedno czego nie potrafi, a co robi, i co słychać także w Kolonii to podśpiewywanie sobie, o jego nieumiejętnościach wokalnych wspomina się tam i ówdzie.

Dlaczego publiczność zareagowała tak żywiołowo na pierwsze dźwięki skoro repertuar był improwizowany?

Ano, dlatego, ze to odwołanie do sygnału kolońskiej opery, zawiadamiający, że właśnie skończył się antrakt… A to dopiero początek… I doskonały album by zaprzyjaźnić się z jazzem.  I wcale nie dlatego, że konkuruje on z Kind of Blue jako najlepiej sprzedającym się albumem jazzowym, albo jest najlepszym jeśli chodzi o pianistyczny jazz solo, czy jazz instrumentalny sensu largo. Dlatego, że jest w nim wszystko. Wirtuozeria, koncentracja, muzyczne obycie, ale przede wszystkim emocja, rozmach, odwaga.

Nie bez kozery w środowisku jazzowym krąży od lat taki oto dowcip:

Trzej wielcy pianiści jazowi: Herbie  Hancock, Chick Corea i Keith Jarret spotykają się w niebie. Herbie mówi: Podobno Pan Bóg powiedział, że jestem najlepszym, najdoskonalszym, najbardziej popularnym pianistą na całym świecie.  Nie, nie, nie — komentuje Chick, to o mnie tak powiedział. Na to odzywa się Keith, panowie, uspokójcie się, nic o was takiego nie mówiłem…

A pomyśleć, że Keith chciał dostać na ósme urodziny słonia… A dostał wieloryba. Na całe szczęście! Smacznego słuchania.

Wpis pisał się z myślą o J.

18 myśli na temat “33. Zrobię to tylko dla Ciebie.

  1. Ha! Jakie piękne miejsce, tyle tu muzyki dookoła!
    Ale jazz!
    Cieszę się, że trafiłam, że zostawiłaś u mnie strzałkę – komentarz.
    Pozdrawiam przytupując nogą w rytm:)

    1. Ha, ale cieszę się, że przywędrowałaś. 🙂 Pozdrawiam, miłej niedzieli i oczywiście zapraszam, do słuchania, czytania i komentowania. Miłej niedzieli. 🙂

          1. No nie, jakieś kółko uzależnionych musimy założyć!
            Nałogi zbliżają;-)
            Muzyka, książki, kawa i jeszcze góry, fotografia, bazgranie po kartkach i innych powierzchniach płaskich. I ludzie:)
            Rozglądaj się do woli, ależ nieoczekiwane i fajne spotkanie!

            1. Hmmmmm, nie wiem, czy mam się obawiać, bo czytasz w moich myślach. Z małym wyjątkiem zdjęcia tylko podziwiam. Z kółkiem to jest myśl!
              Nieoczekiwanie spotkania są fantastyczne. Najważniejszych chwil w życiu nie da się zaplanować. 🙂 A no rozglądam się i zostawiam komentarze. 🙂

        1. Oj tam, możesz wierzyć w przypadki. Teraz za Szymborską: „Jes­tem ja­ka jes­tem. Niepojęty przy­padek, jak każdy przypadek.” W jakieś książce dla młodzieży, nie pamiętam jakiej, pamięć mam dobrą, acz krótką- przeczytałam kiedyś, że” Człowiek to rzeczow­nik, a rzeczow­ni­kiem rządzą przypadki”. Tak więc wszystko być może…

Odpowiedz na ja i moje urwisy Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s