32. Czterdzieści dziewięć minut.

Mniej znaczy więcej.

Wbiło mnie w fotel. Mniej więcej. Zadziwiam się,że mogę oderwać palce od klawiatury. Komputera. Bo uszu nie sposób wynurzyć. Noc. Gdy wszystko zasypia, oddycha miarowo i nachalnie mniej lepiej się skupić na dźwiękach. Chociaż uwaga sama podąża we właściwym kierunku. Jak po sznurku pięciolinii. Oto młody Szwed zasiada za parapetem pochyla glowę, prawie niezauważalnie poprawia długie palce muska to białe, to czarne klawisze. Formuje rzeczywistość, lekko nadaje formę. Odgarnia powietrze. Przelewa dźwięki, ujmuje je delikatnie niby przypadkiem i prowadzi. Z ostrożną pewnością i radosnym smutkiem, smacznie. Niesamowicie. Czule.

Filmowo. Międzynarodowy skład nie gwarantuje międzynarodowej sławy, a jednak, kunszt, świadomość dźwięku, nie tyle nawiązywanie do najlepszych tradycji gatunku, co wytyczanie własnej drogi (co w tak młodym wieku jest rzadkością jak zawojowanie i Sankt Pauli, rynku amerykańskiego i japońskiego) rozgłos zagwarantowały. I to szafowanie nastrojami,tempem, ekspresją, bez emfazy, za to z gracją, pięknem, radością i świadomością tego co już potrafi. To się nazywa holistyczne podejście do Muzyki. To tak jakby iść w głąb labiryntu, coraz to dalej i dalej i dalej, i starzeć się pięknie, obrastać w zmarszczki, smutek, radość, piękno i iść, ciągle iść tak, tak—we właściwym kierunku, z pewnością podążania właściwą ścieżką. Dla mnie to nie tyle odpowiednik EST, do którego twórczość Martina jest ciągle porównywana, to nie tylko szwedzki sznyt, minimalizm i liryzm, to godzenie przeciwieństw. Gdybym miała szukać paraleli pierwsze skojarzenia to zmysł Lisy Gerrard (w tym roku całkiem niespodziewanie wydała płytę) i Keitha Jarretta sławetny i niezapomniany The Köln Concert  (dla niewtajemniczonych jest to najlepiej sprzedająca płyta jazzowa w historii muzyki, która zdumiewa po dziś). Na szczęście Martin sam wygrywa swoją historie. I to jak!

Zaczyna się od trzęsienia ziemi i problemów z grawitacją, a tytułowo rzecz ujmując od spadających gwiazd. A potem jest tylko najlepiej. Całość, która otwiera się i rozkwita w dźwięku. Napisać, że to Mistrz suspensu, to nic nie napisać.

Materiał na tej płycie przeczy Herbertowskiemu myśleniu o Czułości, okazuje się,że budzić ją trzeba umiejętnie Trio Tingballa nie tylko to potrafi, i znacznie, znacznie więcej, a płyta solowa En my dag, o której tu piszę,  kompozytora, pianisty i frontmana w jednej osobie jest po prostu…

Wyśmienicie, że jest, i dobrze by było gdyby zagościła na półce każdej osoby, dla której nie tylko kunszt i wrażliwość muzyczna  jest ważna, ale przede wszystkim Piękno i Prawda uchwycona na wrzącym uczynku. Tak to wielkie słowa, duże kwantyfikatory…

Świadomie nie wklejam sznurka, albowiem płyty należy słuchać od początku, potem już sama prowadzi Człowieka. Przy drugim przesłuchaniu można żonglować, przekładać, zmieniać… Tylko po co?

6 myśli na temat “32. Czterdzieści dziewięć minut.

  1. No proszę 🙂 tak zwany rykoszet 🙂 wpis za wpisem, dobrze, że odświeżyłem 🙂
    I jak zwykle lekkim piórem. Skoro uświadomiłaś mi już moje ignoranctwo to pozwolisz że najpierw sprawdzę The Köln Concert 🙂

    1. No o Coln Concert będzie osobny wpis. Bo to a) fascynujący artysta, b) płyta genialna. Moim zdaniem. Ignoranctwo ? Nie jesteś dla siebie zbyt surowy? A co do wpisów, niedługo częstotliwość się zmieni…

Zapraszam do dyskusji :):

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s