50.Zdań kilka.

Szczęście nie jest dziełem przy­pad­ku, ani da­rem bogów. Szczęście to coś, co każdy z nas mu­si wyp­ra­cować dla sa­mego siebie

[Erich Fromm].

To towarzyszę posyłając ciepłe myśli.  W krzątaninie robienia się na bóstwo i funkcjonowania na wysokim C mam nadzieję, że zajrzysz do Listów i (innych) brewerii.

***

To czas nie tylko szampańskiej zabawy, sztucznych ogni, huku, szału, krzyku, feerii barw, orgii marzeń i nadziei, chociaż również, ale i składania życzeń. Tako i ja składam w kancik. Wyprasowane i przemyślane. Mam taką nadzieję.

Nie życzę Ci spełnienia każdego marzenia, nie życzę Ci spokoju, nie życzę… wszystkiego najlepszego. A zatem, co pozostaje?

Życzę Ci…

Zdrowia, bo to bezcenne. Życzę Ci abyś mogła i potrafił(a) o nie dbać. Miał(a) ku temu możliwości. Życzę Ci takiej Tęsknoty, którą przemienisz w Pragnienie za którym będziesz potrafił(a), chciał(a) i mogł(a) pójść by spełniać się w Życiu. Życzę Ci takiej odwagi, która odważy, zmierzy i nada ludziom, rzeczom i trudnościom- czyli kwestiom do rozwiązania— właściwe proporcje. Życzę Ci obecności Bliskich Ludzi, którzy odrobinę szaleni inspirują, wpierają,rozśmieszają i ocierają łzy (także wzruszenia i szczęścia). Życzę Ci świadomości, że w chwile trudne (a i takie się zdarzą)  przeminą i oby te doświadczenia czemuś ważnemu służyły. Życzę Ci byś nie szukał(a) sensu w życiu, ale byś nadał(a) życiu sens.  Poza tym, cóż, humoru, radości i by piękno i wdzięczność nie opuszczały kącika  oka i serca. Życzę Ci spokoju ducha i świadomości, że zawsze można zacząć od nowa. Nie tylko z Nowym Rokiem. Droga nie jest ani bardziej, ani mniej lecz jest równie ważna co osiągnięcie Celu. Życzę Ci Spokoju. W sam raz. Doceniaj i sprawiaj sobie przyjemność w postaci spędzania czasu z ludźmi, spróbuj codziennie czegoś nowego, nawet gdyby to miała to by być filiżanka kawy (herbaty), której nigdy nie próbowałaś (próbowałeś). Czytaj, rozmawiaj, słuchaj, nie omijaj kałuż, bo to do nich wpada niebo. Stąpając po chodnikach i ścieżkach górskich spoglądaj w chmury… 🙂

***

I zostawiam  Cię z piosenką Anny Marii Jopek:

Zrób co możesz, Anna Maria Jopek, album ID, Universal Music, 2007 rok.

49. O Pewności.

Pewność, Marek Grechuta

***

Jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie,że my, ludzie uparcie nadgryzający początek XXI wieku uzależnieni jesteśmy od hormonu pewności. I oto ja popadam po klawiaturę, ba! Razem z nią bo i po łeb i szyję w… Uogólnienie. Ono kocha się w sobie,zawłaszcza przestrzeń. Rzuca nie raz, nie dwa,i nie pięć (tysięcy) razy, złudne światło. Nie pozostawiając miejsca na cień. Na oddech, na wahanie, na błąd, wielbłąd. Na wytchnienie. Spogląda w lustro. Niczym Narcyz.
Pewność ona ma siłę nawet nie wiesz jak wielką. Ona ma moc, także taką, o której nie chcemy wiedzieć,  wykluczającą, obosieczną. Taką co Skreśla, a nie kreśli grubą kreską, nie tylko wahania, wątpliwości, ale także możność wzruszenia się. Wykruszenie. Wzruszenie, nie tylko etymologicznie podobne jest poruszeniu, ale i użytkowe. Jeśli pewność umacnia, utwierdza,  to także unieruchamia, także uśmierca, albo precyzyjniej było by napisać dąży ku śmierci. Nieodwracalnie, bo konsekwentnie. To wzruszenie umożliwia ruch, dążenie, zaprowadzenie porządku. Być może nowego. Całkowicie prywatnego. Nie jest ono przy tym pretensjonalnym porzuceniem, albo też zanegowaniem pewności.
Dzięki wzruszeniu, wyruszeniu, nadaniu pędu,  bycia w ruchu (ruchem) możemy także wyznaczyć szerszą perspektywę, Porządku kulturowego* Gdy uwolnimy się z pragnienia pewności, to tworzymy przestrzeń z a d a w a n i a    p y t a ń. Stąpanie i postępowanie. Ruch, znów się nam objawia. A może obawia? Może jest nośnikiem nieznanego. Dotychczas nie dostępnego poznaniu.
Prosty przykład. Franz Kafka i Jego Proces. Dzisiaj odczytywany jednoznacznie, bez przestrzeni marginesu (jeśli chodzi o soczewkę edukacji formalnej), a przecież gdy czytał był pierwowzór swoim przyjaciołom, ci podobnież dławili się śmiechem, nie przymuszonym, własnym. I nie był to mechanizm obronny. Lecz śmiech bachiczny, nie paniczny A gdyby tak odnaleźć odwagę w kwestionowaniu? A nie jak najlepszym, wypełnianiu kwestionariuszy.

Odwaga. Czyli balans,

bo przecież od_ważyć. (Po)znać miarę. Uczynić coś, choćby gestem. To nie brawura. To śmiałość.  To filozofia życia. Umiłowanie jego mądrości.
Pewność czasami zachowuje się niczym Bankier z Małego Księcia, liczy gwiazdy, ale nie wiadomo po co to robi można oczywiście bez większej gimnastyki przypisywać i oceniać, ale po co? Może to czynność  zastępcza?

Przeciwstawność i zaprzeczenie to z kolei na przykład figura Hioba. Ale przecież nie tylko Paul Celan pisał: Nieczytelność tego świata wszystko dwoiste*

Errare humanum est.

To nie zaroszenie do bezczelnego strachu, aberracji rzeczywistości. Do głupoty. Nieokiełznanego niebezpieczeństwa. To raczej pytanie o palimpsesty, pytanie niecierpliwe i palące.
A może Pewność, jest takim właśnie pytajnikiem, ba, zaproszeniem, propozycją, przed pytaniem (skoro jest odpytaniem, zapytanie, może być przed pytanie) o wartości, o sposób, w jaki ową wiarę, zdobyć. Pisał już o tym Leszek Kołakowski kreśląc sylwetkę Pascala. Wiara bowiem nie jest sztywnym zestawem twierdzeń. Jedyne co robi to stawia na bezczelną baczność pytanie w jaki spsób ją zdobyć? Ba, kształtować. I w jaki sposób kierować tym procesem. Trawestując chyba najbardziej znaną sentencję Kanta można powiedzieć, z zważywszy na dostępne dekoracje— napisać: wątpię więc jestem. Powiedzieć i przy tym nie zniknąć.
Wątp li w ość.  sprzeniewierzenie się chwil i środków, ludzi i zamierzeń. Soren Kierkegaard zaznaczał, że woli rozmawiać z dziećmi niż z dorosłymi ponieważ to one mogą wyrosnąć na istoty rozumne, w nich jeszcze tli się nadzieja. Ale czy aby na pewno za tą chęcią stoi ta intencja? Jeśli tak, to sygnał dla nas obrośniętych w tłuszcz schematów, że pora się pogimnastykować. Nie tylko po świętach. Bo przecież myślenie boli,wbrew przysłowiom i zaklęciom tak właśnie jest. I ważne pytania wcale nie są ani łatwe, ani przyjemne, chociaż mogą brzmieć prosto. Ale to złudne, chociaż może wydawać się bezpieczne. To niemniej złudne. Ale w pewien sposób może być zachęcające.

  Antonio Vivaldi, tak ten od Czterech Pór roku człowiek, który ukazał piękno koncertu solowego nie tylko dlatego pozostał w naszej pamięci, ani nawet dlatego, że posiadał skrzypce i nie zawahał się ich użyć, ale dlatego, że wychodził poza dźwięk, a ściślej rzecz ujmując, poza ten znany. Czego dowodzi nie tyle porażająca liczba koncertów jakie po sobie pozostawił ile fakt, że odważył się je pisać  na niemal wszystkie dostępne instrumenty. Stąd obecność szałamaji lutni  czy teorba. Nie obchodził go status społeczny instrumentu, albo (i) jego popularność. (To przecież w dużym stopniu sprzedaż wiązana). Nawet jeśli sięgał po smyki, flety poprzeczne, czy fagoty, to robił to w sposób nietuzinkowy. I tak stał się pierwszym sonorystą. Takie postrzeganie twórczości wielkiego skrzypka może nam powiedzieć, że nie ma nic pewnego. Nawet gdy nie tylko w szkole, ale przy różnych innych okazjach przesłuchaliśmy Cztery Pory Roku, tak, że jesteśmy pewni, że już znamy każdy z akordów.

Dostojewski pisał, że najlepszą definicją człowieka jest stwierdzenie, że jest to: istota, która do wszystkiego się przyzwyczaja. To, oczywiście ma swoje dobre i złe strony. Przyzwyczajenie podstęp i narzędzie pewności


*(tu też ego, czyli płaszczyzny się przecinają);

*.(tłumaczenie wiersza Paula Celana Ryszard Krynicki);

***Sonoryzm to kierunek w sztuce, którego uwaga skupia się na brzmieniu, wydobywanym także nie tradycyjnymi metodami takimi jak np skrobanie. Jeśli chodzi o polskie podwórku ślad takiej twórczości możemy zauważyć u Henryka Mikołaja  Góreckiego albo u Krzysztofa Pendereckiego.Można też zauważyć takowe próby w muzyce popularnej.

48.Krótka pochwała wątp(!)liwości (I).

Zastanawia mnie jedno. I drugie, i trzecie, i pięćdziesiąte, i niekoniecznie w tej, bardziej w tamtej kolejności.  Gdzie kończy się, a gdzie zaczyna Muzyka. Jak ją uchwycić, i czy jest to możliwe?Czy(m) jest? Sposobem komunikacji? Jeśli tak, to co chce przekazać i komu? I dlaczego? Czy możemy w swojej skończoności pojmowania, nazywania i stwarzania świata odebrać ten (właściwy) komunikat. Bo ile gładkich zdań o pięknie, ile naszpikowanych (nie)wiedzą zdań byśmy nie połknęli to i tak filtrujemy to co przeczytamy, usłyszymy, zobaczymy i dotkniemy.

Wiolonczelistka Maria Beiser z płyty Word to Come, 2003, Koch.

Świat, który przychodzi jest równocześnie tym, który odchodzi, wraz z Ludźmi ich prawdami i rytuałami. Czy możemy ich ocalić od zapomnienia, i ukołysać naszą samotność spoglądając na kubek kawy, z którego pili, przeglądając się w ich ukochanych zdaniach, wytartych grzbietach książek, muzyka_ch. Co możemy zrobić dla tych co zostali, gdy my poszliśmy już Dalej?

Co powiedziałby mi Jan Sebastian, który w nazwisko ma wpisany zachwyt i nieuchronność upadku— Bach, jeśli by mówił. A przecież przemawia! Po śmierci pierwszej żony, napisał Fantazię g- mol (BWV 542). Czy rzeczywiście w młodości prowadził tak hulaszcze życie i czy rzeczywiście chociaż w połowie był tak dobry w walce na noże jak o tym wspominają? No dobra, nie wiem jak z hulaszczym życiem, ale jedno jest pewne: poróżnił się z członkami rady miejskiej w sprawach stricte artystycznych, i dlatego trafił ponoć do więzienia gdzie miał napisać bardzo radosne kompozycje.

O czym milczała by Maria Skłodowska? Czy rzeczywiście,była skłonna rozstać się z życiem, gdy wybranek jej serca porzucił ją słuchając nakazów rodzicieli, a nie własnego serca. Biedna guwernantka to nie partia dla przyszłego profesora. Co poleciła by przeczytać, co zobaczyć, a co przemilczeć i w jakim towarzystwie?

Jakimi ścieżkami spacerowałabym z Szekspirem? Jeśli w ogóle dałby się na taki wyciągnąć. I czy rzeczywiście nielegalnie handlował zbożem? Skąd czerpał nauki medyczne, których wskazania przemycał w swoich dziełach? Co się stało gdy polifonia przeniknęła do życia świeckiego, i co takiego się stało,że Adam de la Halle  (Adam Garbus) przekroczył niepisaną granicę władając dźwiękiem w sposób zgoła odmienny niż wielcy przed nim. Około 1280 roku powrócił do kraju,by następnie w tempie ekspresowym z niego wyjechać po tym jak został dworzaninem. Co ten jeden z najwybitniejszych truwerów XIII wieku,  przywiózł z podróży czy tylko Inspiracje? Człowiek ten nie posiada nawet pewnych dat urodzenia i śmierci, a przecież poszukuje się do tej pory stworzonych przez niego wrażliwości uchwyconych w notacjach.   I co z wyłuskanych przez badaczki i badaczy faktów jest ważne? Co miało wpływ, i jaki? A co było go pozbawione, a a my opacznie sądzimy, że Znak, że przesłanka, że przypis… Nie wiem. I pewnie pielęgnować mi przyjdzie niewiedzę tak jak temperować wielkie słowa. Błogosławiona ta wątpliwość, która pozwala się otworzyć na wiedzę. Błogosławiona ta radość, która pozwala się dziwić. Błogosławiona ta ciekawość, która pozwala tworzyć.

Pisanie o Muzyce jest w pewien sposób skazane na porażkę, bo słowa i dźwięk to jak mapa i terytorium. To nie jest pieszczota obrazu przelanego na płótno i namacalnego, to nie są sztuki wizualne, a jednak Muzyka ma w sobie tę siłę, moc wypływającą również, choć przecież nie tylko, ze słabości.

Wątp!_li_w_ość.

Nie chodzi o to, że masz wątpić w ości, rozumiem święta… Ryby te sprawy—albo, że masz wątpliwości, one raczej mają Ciebie. Z tym stwierdzeniem koresponduje myśl  Sławomira Mrożka napisał kiedyś w Myślach urodzinowych:

Dwie oso­by poj­mują tę samą sy­tuację tak różnie, aż na­suwa się wątpli­wość, czy to is­totnie ta sa­ma sy­tuac­ja. Mnie, jed­nej i tej sa­mej oso­bie, zdarza się poj­mo­wać jedną i tę samą sy­tuację tak różnie, aż na­suwa się py­tanie, czy chodzi o tę samą osobę.

[Dialog nr 3,1981].

Ale czy jesteśmy tą samą osobą w chwili obecnej i dziesięć lat temu? Ba, nie musimy brać tak wielkiego interwału.:)Czy bycie sobą nie rozleniwia? Nie usprawiedliwia? Wątpliwość się nie nasuwa, wątpliwość po prostu j e s t. Można by było zmierzając ku początkowi, przywołać Piotra Czajkowskiego, który pracując nad  VI Symfonią mówił jak to powstaje ona w znoju, pocie, bólu, łzach i zapamiętaniu. Bez wytchnienia nie mogąc przestać komponować i jednocześnie chcąc dobrnąć już do końca. Myślał, że inaczej eksploduje. Wspominał, że kiedyś ukończył symfonię, tylko po to by ją podrzeć. Symfonii Patetycznej  na szczęście nie zamienił w kawałki podartego papieru. A do podarcia czego przyczyniły się nasze, piękne, wiecznie obecne wątpliwości?   Nie zawsze zauważone, nazwane bo  i nie zawsze wygodne, ba mało kiedy, ale jeśli spojrzymy to wnoszące.  P o d o b n oA może pomimo? Może pomoże… I nie chodzi o błędy ortograficzne w nazwie geograficznej…Wątpliwość, słowo, w które wpisany jest i nakaz i rodzaj pewnego uwierania, drażnienia, o ś c i. A może i istnienie niewygody warto by [pod]ważyć?

Wątp!_li_w_ość.

Żegnam, cała w wątp li w ość ach!

47.A miało być tak pięknie (I).

Dziś w nieco odmiennej stylistyce. Nie nie będę się przebierać za cho(czy inną)Inkę. Obiecuję. Wiem, wiem, doskonale wiem, trochę (dużo) wody upłynęło w kranie, wiem,wiem, że w na półkach sklepowych i w odtwarzaczach (przenośnych) pojawił się już trzeci studyjny album krakowskiego muzyka,wokalisty,aktora —słowem chłopaka z gitarą (klasyczną) co się zwie Mchał Łanuszka. Tym razem wyśpiewuje teksty w odświeżonych tłumaczeniach zaakceptowanych przez Pana Melancholię.

Entuzjaści i entuzjastki twórczości doskonale znają Michała Kuźmińskiego. (Panowie znają się jeszcze z czasów licealnych). Jednak ja chciałabym się na dłużej zatrzymać przy poprzednim krążku.

A miało być tak pięknie, ukazało się  po czteroletniej przerwie, taki bowiem czas upłynął od debiutu fonograficznego. Muzyk na tymże albumie starannie dobiera nie tylko dźwięki (nagranie w całości na analogach. Panie realizatorze ukłony), ale i teksty między innymi wspomnianego Michała Kuźmińskiego, ale  przecież nie tylko. Płyta to przyjemny letni spacerek. Od człowieka obdarzonego tak ciepłą barwą głosu, ale i  takim backgroundzie w postaci gry i umiejętności śpiewu oczekuje się  wszystkiego. Wszystkiego co najlepsze.  Kto chce zainwestować niech śmiało kupuje płytę. Gitarowe  brzmienia  z nienachalną linią basu i akompaniamentem perkusji…

To co cieszy niezmiernie i daje nadzieje na przyszłość odmalowaną przepięknym dźwiękiem, to nie tylko sprawne poruszanie się pomiędzy akordami, dobór repertuaru, czy własne kompozycje, to d b a ł o ś ć    o  d e t a l.  A co z cohenowskim albumem? Okraszonym nie tylko stałym składem, ale również grą kwartetu smyczkowego, pewnie do niego wrócę…Bo okazuje się, Cohen nie tylko Zębatym stoi, (śpiewa recytuje). Pewnie dam znać. Tym i tamtym czasem. Słowo daję. Radzę zmrużyć uszy, może to rada tylko od para_dy:

Koncert na oboje, Michał Łanuszka z albumu A miało być tak pięknie, MyMusic,2013 rok.

Tak, tak wiem, jeszcze niejednokrotnie usłyszymy o Michale Łanuszce, ” człowieku z duszą na wynos” jak sam siebie lubi nazywać.  To płyta lekka, łatwa i przyjemna. Doskonała na czas relaksu i wytchnienia. Cóż muzyka popularna nie ma się u nas tak źle jak sądzą co po niektórzy (co po niektóre), a ta popita dużą ilością zgrabnie napisanego tekstu to już  w ogóle nie zakrztusi się czcionką.

W zamieszaniu udział wzięli:

  • Michał Łanuszka: kompozycje, głos, gitara, aranżacje
  • Szymon Madej: perkusja, instrumenty perkusyjne, aranżacje
  • Paweł Wszołek: gitara basowa, aranżacje
  • Błażej Domański: realizacja, miks, mastering, produkcja, aranżacje
  • Kamil Łanuszka: pogwizdywania
  • Adam Golec: zdjęcia

—-

45.”jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte”.

Gdy wszystko się zdarzy co stać się nie może
( i wszystko się świetniej niż w książkach ułoży )
najgłupszy bakałarz w tym ujrzy znak
( a my w wir w krąg wokoło o tak )
że można z niczego coś stworzyć
to coś jest jednością bez celów i przyczyn
( kwiat powie to lepiej niż książka przemilczy )
jednością tak dawną że nową już
( a my wszerz w dal wokoło i wzdłuż )
jest wszystkim czymkolwiek i niczym
więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
a w głębi tych wyżyn co chylą się w nas
ktoś znaczy nas pięknem jak piętnem
coś w nas świeci jaśniej niż słońca i zorze
coś w nas znaczy więcej niż książka rzec może
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
( a my w krzyk w skok żyjemy o tak )
w nas jedność przez jedność się mnoży
więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
a w głębi tych wyżyn co chylą się w nas
( a my w śpiew w tan wokoło przez czas )
ktoś znaczy nas pięknem jak piętnem
więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
( a nigdy jest zawsze nigdy jest zawsze
a nigdy jest zawsze od teraz )

Gdy wszystko się zdarzy,słowa E. E. Cummings  tłumaczenie Stanisław Barańczak;Tekst zaśpiewał Grzegorz Turnau, materiał umieszczony na płycie To tu, to tam, Pomaton EMI 1995.

Wisława Szymborska pisała, że śmierć zawsze przybywa spóźniona. Jeśli tak rzeczywiście jest, to wyjątek potwierdza regułę, i dziś pomimo korków i śniegu (zima znów zaskoczy drogowców) przybywa ekspresem, bynajmniej nie Orient Ekspresem… I to nie fikcja literacka. Słowa więdną i smutnieją. Zmarł bowiem Stanisław Barańczak. Nie napiszę, że zmarł po długiej i ciężkiej chorobie, nie napiszę, że jego słowa, czy to w tłumaczeniach, tekstach krytycznoliterackich, książkach stricie naukowych czy to w jego własnych wierszach pozostaną z nami na zawsze.  Zemsta ręki śmiertelnej? Czy jednak próba przekroczenia Siebie? Zamiast tego może warto zwyczajnie pomilczeć. Wstać od świątecznych lub codziennych dekoracji. Przejść się ścieżką mniej znaną. Może z tomikiem w ręku, może z jednym wierszem… choć jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte…

[44]. Jedna sztuka, dwie sztuki.

Sztuka, sztuka raz, raz, dwa, trzy. I skłon. Wyprost. Skłon, raz, dwa, trzy, cztery. Masztardują oficery, raz, dwa, trzy. I skłon,Wyprost. Skłon, raz, dwa,trzy, cztery…

Sztuka składania życzeń.

Wiadomo jak życzenia powinny być złożone. Życzenia powinny być złożone równo. Równiusieńko. Chociaż czy duży, czy mały nikt już nie krochmali. Chociaż wiele osób tak sztywno się trzyma się schematu, i tu i tu i tam, że czcionka więźnie w gardle. I włącza się automatyczna nagrywarka, znaczy,  płyta zdarta. Ni to oświadcza, może raczej Pyta? Że zdrowia, zdrowia i jeszcze raz i jeszcze jeden i jeszcze raz, zraz. Zaraz (taka duża bakteria). Nie, nie, nie chodzi o to, że dostaniemy niestrawn_ości. To dopiero potem. Znaczy, nie, że śmierdzi, że ktoś zepsuł atmosferę. O linię trzeba dbać. Linia powinna być gruba i wyrazista. Tyle, że życzenia. Zwykle to taka tura sto (pod)odpowiedzi do… I rady, rady, rady. Że trzeba za mąż, albo gdzieś awaryjnie wyjść, albo jeszcze szybciej wrócić, że pokochać lub porzucić, kilka(naście) kilogramów zrzucić, bo najważniejsze jest być po najwłaściwszej stronie mocy http://www.zdrowie.jest.najważniejsze. l zasila_nie a wszystko inne samo przyjdzie. Przybiegnie. Przejdzie. Na sąsiada. Siada, albo nie siada. Jego sprawa. Jego zmęcze_nie. Zmęczę, albo i nie.Chociaż lepiej niewygodnie siedzieć, niż wygodnie stać. W myśl przeboju „ja mam dwadzieścia lat, ty masz dwadzieścia lat…” Stać, mnie, a co! Nie ważne, ale zważone, zauważone. Byle sobie piwa nie zauważyć, zbyt próżno, późno.Lepiej mieć, niż nie mieć, bo najgorzej jak człek się odwodni. Przy takim składaniu życzeń, warto nie stracić też uwagi, każdy chce Twojego dobra, nie daj go sobie odebrać. Bo jest w zasięgu. Roaming, recykling taki tani. Słowem, wszystko wraca, taka karma…(Zapraszam wszystkich gości, bo wkrótce mija termin ważności).

Z przyprószeniem przymrożeniem oka, albo raczej dwóch. Ciemność widzę, widzę ciemność.

***

A tak już całkowicie po (i przed)ważnie. Składanie życzeń, niezależnie z jakiej okazji, to doskonały czas zadumy. Zastanowienia zarówno nad relacją jak i jej jakością, czasem zainwestowanym we wzajemny rozwój. Oczywiście można pójść przetartym szlakiem, tyle, że dostaniemy tyle samo. I nie chodzi wcale o to, co dostaniemy (lub nie), czego doświadczymy (lub nie) wraz z drugą osobą. Informację zwrotną dostajemy od razu. To nagroda nie do przecenienia. Spójrzmy na składanie życzeń z innej perspektywy.  Z jednej strony możemy zobaczyć szklankę do połowy pełną, i od połowy pus. To czego mamy pod dostatkiem, więc możemy za to podziękować,  to czego nam brakuje, ku czemu możemy dążyć, co brać pod uwagę wyznaczając i cel i namierzając wartości jakie są dla nas cenne, wręcz niezbywalne. Jak i w szerszym kontekście Ludzi, którzy są ważni, dlaczego są dla nas ważni, bliscy i j a k    dobrze, j a k     b a r d z o    d o b r z e,    ż e   są.

Czas to jedyne co mamy. Teraz. Nie zaoszczędzimy go na potem.

***

Nie ważne gdzie teraz jesteś.  Wiedz, że dobrze, bardzo dobrze, że jesteś.

Gdziekolwiek, Marek Grechuta

43.Dźwięki obiecane, czyli: „weź ze sobą tę melodię u mnie będzie Ci wygodnie”.

To nie jest prawda, że muzyka popularna ma się do szpiku partytury źle. Oczywiście, żal leży i można go podnieść ubrać i tak sobie chadzać to tu, to tam. szczerze pisząc jednak zależy gdzie ucho przyłożyć. Ale w ostatecznym rozrachunku spraw nie jest tak źle. W pewniej mierze  wczorajszy wpis należy wspomnieć, że

Krzysztof Napiórkowski wydał ósmego kwietnia  trzecią płytę na której uchwycić można mariaż elektroniki z fantastycznymi solówkami gitarowymi Napiórkowskiego (tym razem Marka), charakterystycznie cudny głos Doroty Miśkiewicz, Olgi Boczar fantastyczna sekcja smyczków (Fusion Strings). Z jeden strony dostajemy znajomą stylistykę, z drugiej słychać progres. Artysta nigdy nie bał się współpracować z młodymi muzykami, także na tej płycie ich nie brak (Kacper Stolarczyk – gitary, Maciej Magnuski – bas, Daniel Kapustka – perkusja). Charakterystyczny  saksofon Szymona Kamykowskiego. Tak, tak spotykamy znajomych i nieobce brzmienia. Dźwięki obiecane…

Album otwiera utwór w zmiennym metrum 4/4 i 5/8.  autorskie (muzyka i słowa) Tango nonsensu wyznaczone na to, które ma promować płytę. Bardzo napiórkowskie. Podoba mi się dlatego, że jest już znajome na jeden z dwóch nagrań wybrałabym chociażby balladowe Centrum łóżka, albo Samotność. Pierwsze trzy nagrania brzmieniowo bardzo nawiązują do poprzedniej płyty Krzysztofa, która ukazała się dwa lata temu.

W warstwie tekstowej prócz kompozytora można zapoznać się z tekstami: Bolesława Leśmiana (Lubię szeptać Ci słowa, które nic nie znaczą i Samotność), Krzysztofa Karaska, Wojciecha Kassa. Niewątpliwie można powiedzieć, ba napisać, że Krzysztof Napiórkowski na rodzimym rynku muzycznym wypełnia swoją twórczością niszę. Jedenaście nagrań, zaledwie czterdzieści minut dobrze zaaranżowanej, zaśpiewanej i zagranej muzyki. Nie jest prosto stworzyć brzmienie łatwe, proste, przyjemne, które zapadną w ucho (i tam pozostaną). Ciekawa jestem kolejnego wydawnictwa, które zaproponuje Krzysztof Napiórkowski. I czy(m) mnie zaskoczy?

Na wspomnienie dni wiosennych duet z Dorotą Miśkiewicz.

Przychodź do mnie częściej,  Dorota Miśkiewicz, Krzysztof Napiórkowski, Warner Music Poland, A Warner Music Group Company, 8,04.2014 rok.

W zamieszaniu udział wzięli płytę Ziemie obiecane stworzyli:

  • Krzysztof Napiórkowski, śpiew, piano, aranżacje,teksty
  • Fusion Strings pod kierownictwem Michała Jurkiewicza
  • Dorota Miśkiewicz: śpiew;
  • Olga Boczar:śpiew;
  • Daniel Kapustka: perkusja;
  • Szymon Ludwik Kamykowski: saxofon;
  • Kacper Stolarczyk:gitary;
  • Maciej Magnuski:bas

słowa napisali również:

  • Krzysztof Kraska;
  • Wojciech Kassa;
  • Bolesław Leśmian;

Album ukazał się nakładem Warner Music Poland, (Warner Music Group Company).

42. To (nie) jest dziennik.

Czytam. Nie tylko napisy na koszulkach i instrukcje obsługi. Od wydawnictw ciągłych, które mają szeroko zakrojoną kampanie marketingową stronię. To zawsze źle się kończyło do tej pory. Zwykle jakimś niestrawnym humbugiem. Jeśli już daje się nabić w butelkę to z nie często. Tak,wiem, wiem wyjątek potwierdza regułę. Dlatego stronię od wielkich kwantyfikatorów.

Od trzynastu lat  dobiegają mych uszu komunikaty bogate w treści, ale o tej samej, nudnej, przewidywalnej do szpiku czcionki konkluzji.  To warto czytać. Nie przepadam za takimi książkami, ale tą, tą to m u s i s z   przeczytać. Z biegiem dni, to przybrało kształt trendu, potem mody, a teraz konieczności. Wiadomo ta, z kolei zawiera coś co jest niestawne i co powiedzmy (zważywszy na okoliczności napiszmy) coś co staje czcionką w gardle.

  I… Oczywiście kojarzę. Ba! Nie tylko zdjęcie na okładce.Charakterystyczne. I wcale nie dlatego. Oczywiście uwielbiam opowieści piękne w treści i bogate w długie frazy, przystrojone smacznie wyrazy. Deliberacje o [nie]udanych związkach, a częściej rozwiązkach, sporcie (wiwat narodowy sport Polek i Polaków) i morzu, alkoholu. No dobra. Wprost i na skos i w każdą inną stronę ubóstwiam nie lubić, czyli po prostu nie pasjonuje mnie to, a jeśli już, to na wskroś po  szwedzku, tfu po szewsku.

Zdjęcie. Nie rentgenowskie. Za to z  nieodłącznym papierosem. I bacznym spojrzeniem.  Dziennik drugi. I po cóż te liczebniki? Dlatego by spytać z nadzieją w głosie (Nie)ostatni? Tak czynię i ja wypatrując obietnicę ciągu dalszego…

To nie „dziennika bez nazwisk i dat”, chociaż…?

Czy to już wkraczanie w czyjaś (nie)intymną samotność? Chociażby na zaproszenie? Irena Krzywicka w pierwszych zdaniach dziennika wspominała o niebezpieczeństwach pisania biografii. A tutaj niebezpieczeństwo występuje w dwójnasób. Bo nie dość, że dostajemy do rąk, przydziałowo własnych, obietnicę dziennika to jeszcze z czasów choroby. A powiedzmy to głośno, pisanie o infekcjach, chorobach, dolegliwościach nie jest mocną stroną pisarek i pisarzy polskich. Za to strony zadrukowane wynurzeniami o bolączkach szybko i wielokroć z niesmakiem się przerzuca. I wcale nie tylko dlatego, że nie w pełni sprawność, stan zdrowia, czy choroba to w polskim społeczeństwie temat tabu, pisać po prostu trzeba umieć.

 No,ale stało się. Chociaż są i tacy, którzy uparcie twierdzą,że naprawdę, nie stało się nic. Owszem. Stało się. Stało się i nie chodzi o przybieranie konkretnych póz podczas wykonywania konkretnych czynności. Bo jak wiadomo,jeśli już o to idzie, to lepiej źle siedzieć, niż dobrze stać. Ale zmierzajmy, spacerujmy ku meritum, bo stać mnie na dygresje. Stało się, jak już wspomniałam, stało się bardzo dobrze. Przeczytałam. Zapamiętałam. I po. I poległam, ba przedległam i nie chodzi o pokłony. Ale o to, że warto.

Warto czytać. W tandemie najlepiej. Najlepiej ze zrozumieniem. To co przykuło moją uwagę to nierówny status wobec choroby, to  fakt toczenia się życia przed śmiercią nawet w tak nieznośnych dekoracjach przemijania. To niezrównany warszytat pisarski i pięknie melodyjną frazą i uwagi cenne o literaturze i (nie) pisaniu. A choroba? Choroba to  nie tylko rozpad to rozdział życia. Życia.  Życia, które nie chce być porwane, czy chociażby wzięte  w nawias.  Cytaty przychodzą, nieproszone same i w towarzystwie, wyciągnięte, wyszperane z innych leków, lektur., chociażby z Piętna Goffmana.

Choroby, nie są demokratyczne, chociaż zawsze, niezmiennie nieproszone.I natarczywe i niejednokrotnie konsekwentne do bólu, nie tylko ,czcionki.

Postrzeżenia na temat, nie tylko przemijania, stanu zdrowia, ale także, (a może przede wszystkim?) kondycji (takież modne słowo)  możliwości przeżywania, ba jakiego przeżywania. Przeżywanie kojarzy się z wytrzymywaniem pomimo, a tu chodzi o używanie, ekstra eksplatowanie. Smaczne są cytaty o Literaturze/ Pisaniu, rzetelnym uprawianiu zawodu. O inwestowaniu w Siebie. Zbyt dużo w codzienności krzyku, „(c)hałasu” chaosu i błędów ortograficznych, ale (wiel)błądzić (wiele błądzić) rzeczą ludzką…
A Pilch? Cóż wiadomo. Firma. Dobrze prosperująca. Fantastycznie skrojona. Że o polityce, i innej tyce też?Że o związkach i rozwiązkach? Że o alkoholu? Że o piłce nożnej? Że to spowite dymem papierosowym? Cóż, ale jak piękniście! Przecież (nie)pisałam, że to wielbiam, uwielbiam…

Na szczęście i w nieszczęściu (własnym) Jerzy Pilch z uporczywością, stawia litery. Niechaj czcionka prostą mu będzie! Nie napiszę, że warto nie tylko zaopatrzeć się, ale i wracać i czytać Drugi dziennik…

Drugi dziennik. 21 czerwca 3012— 20 czerwca 2013.Jerzy Pilch, Wydawnictwo Literackie,2013 r.

41.Ale jazdy.

Wyj. Albo nie wyj. Oto jest zadanie. Wyj, albo nie wyj. Twój wybór. Ale: Wyjaśnijmy sobie jedno. Rozczarowanie to nie jest to co czuje wiedźma  na urlopie. Jak chętnie upychamy je po kątach nie prostych, zamiatamy pod dywan, ugniatamy w kieszeniach. Byle tylko widać nie było. I poznać nie sposób narzędzia nie zbrodni. No cóż. Stroniąc od komunizmów. Można napisać wiele, a przemilczeć jeszcze więcej. I to nie uczyni nas bogatymi, bogatszymi, nie tylko wewnętrz_nie.

Nie potrzebnie. Rozczarowania bowiem są jak objazdy, Dzięki nim poznaje się kraj_obraz. I pozwala wrócić na tor. Właściwy.

Co zatem zrobić z rozczarowaniem? Dokładnie przyjrzeć, wziąć pod lupę naszych warto_ości, zbadać, osłuchać… Na początek, dobry początek. Wystarczy. 

40. Te i tamte, czyli białe mrówki.

Ten i tamten mit. Termit jakim jest każda osoba widzi. Nie nie chodzi o fatamorganę ani o inną telenowelę. Widzi  się, widzi. Jeśli sięgnie tam, nie, nie tam… Tam gdzie wzrok nie sięgnie. Nie, nie mówmy o wadach wzroku i postawy, podstawy i…

Widzi się, widzi. Widzi mi się. Albo nie… No, chyba, że mieszka, (prze)bywa tam gdzie akurat mieszkają białe mrówki.Te, te Telimena coś powinna  o tym wiedzieć. Taka to świątynia dumania.  Nie, nie chodzi o to, żeby widzieć… Mroczki przed telewizorem przed oczami, wróć, szybko, albo spaceruj bo nie chodzi o operę mydlaną b jak blog, albo gorzej: b jak breweria… Awantury  i inne tury będą potem… Znaczy, nie o to chodzi, że śmierdzi… To może od początku…

Na początku był cha_os. Ale o rojach dziś nie będzie. Przynajmniej ja nic o tym nie wiem.  Albo słowo. Tylko nie wiadomo, które… Dobrze, żarty na dowolnie wybrany bok.

Termity były nazywane białymi mrówkami. Ze względu na swoją społeczną naturę stworzone niejako na obraz i podobieństwo do swoich kuzynów. Życie i jednej i drugiej społeczności jest zajmujące. Tworzą kolonie  i dzielą się na kasty. Lecz można poszukać różnic na przykład w wyglądzie (czułek chociażby, czy brak talii u białych owadów).

Kolonię mą widzę ogromną. Tak mówił klasyk. No cóż wiadomo. Nie od dziś, jedna może liczyć ponad milion. Dziewięćdziesiąt pięć procent stanowią robotnicy. To te bezskrzydłe i ślepe. Ale nie są tak bezbronne jakby się mogło wydawać. Orientują się w świecie za pomocą zmysłów: węchu,smaku i dotyku. Goście o dużych szczękach i głowach, żołnierze. To oni budują i utrzymują kopiec jakby tego było mało to jeszcze zdobywają pożywienie dla całej kolonii. Ba, w razie zagrożenia to właśnie owady z tej kasty mogą obezwładniać przeciwników. Stosują broń chemiczną. Takie to obezwładnianie przeciwnika. Skuteczne. Co więcej, jeśli są ubytki w konstrukcji kopca, to zatykają je własną głową, skazując się tym samym na śmierć. Pozostają bowiem poza kolonią.

Druga kastą są te owady, które są zdolne do rozrodu. Najważniejszymi lokatorami z kartami VIP jest para królewska. To para z  d u ż y m i     p i ę k n y m i     o c z   a m i, oczami, które  wiadomo nie mogą kłamać,  co więcej,  od czasu  założenia kolonii do niczego więcej nie będą im potrzebne.

Kopiec, jak wygląda, każdy widzi, tylko nie termit. No, ale cóż, może dlatego, one są są takie ogromne. Do tego z klimatyzacją. Z korytarzami powietrznymi. A nad tym wszystkim piecze sprawuje największa, najważniejsza…Królowa. Królowa termitów. Zamieszkuje głęboko, głęboko na dole kopca, i wcale nie dlatego, że żyje najdłużej. Królowa może przeżyć w zdrowiu cztery dekady.

Wszystkie z rodzących się termitów w kolonii są zdolne do rozrodu. Nie ma wśród nich robotników. Po krótkim locie orientacyjnym królowa zrzeka się skrzydeł. Potem czas na taniec godowy, (bo nie tylko do tanga trzeba dwojga) dobra, dobra trzeba jeszcze substancji chemicznej. Potem oboje wyszukują miejsce na gniazdo. Ale to samica wiedzie prym i prowadzi, prowadzi partnera… Utrzymują kontakt za pomocą czułek. A gdy znajdą odpowiednie lokum to…

To dochodzi do podwyższenia wskaźnika demograficznego. Z jaj, które składa samica, rodzą się larwy miniaturki dorosłych osobników. Na początku są karmione przez parę królewską. Wiadomo, że dobro wraca. Tak więc gdy małe podrosną, utyją to one będą zaspokajać potrzeby protoplastów kolonii. Jedynym obowiązkiem króla jest co jakiś czas zapładnianie królowej. By kolonia rosła w siłę. I była ogromna. Królowa, zaś wiadomo, składa jaja. Dziennie może nawet złożyć ich do trzydziestu tysięcy. Ale ale pozostaje jedno, zasadnicze pytanie…

Być, albo nie być —> czyli jak termity trawią drewno. 

Wiadomo czym się żywią te i tamte (te_r) mity. Jest drętwo. I to nie tylko dlatego, że SANEPID nie zdążył… Drewno. Aby je stawić potrzebny jest pierwotniak, znaczy, nie jeden… Wiele, wiele pierwotniaków… Ale nic nie jest niemożliwe ,zwłaszcza gdy społeczność się dzieli pożywieniem. Nic tylko zaśpiewać Przeżuj to sam. Może i czarną robotę trzeba odwalić samemu (samej), ale pożywienie (jak u pszczół) wspólne.  Dobra, dobra, wiele gatunków tropikalnych obywa się (i to doskonale) bez trawiących celulozę pierwotniaków. Niektóre hołdują w  swych gniazdach grzybom. Znaczy, że uprawiają grzyby. Inne żywią się trawą. Taaaką zieloną.

Ustalmy jedno. Termity nie są szkodnikami. Szkodniczkami też nie. Przyspieszają rozkład drewna. Recykling rulezz. Takie to substancje mogą strawić inni… Ale to zupełnie inna histeria, historia…

***

I pytanie za sto, co Państwu będę żałować… Tysiąc punktów. Czy Wam brakuje profilu facebookowego bloga nieniejszego?

39.[trans]Fuzje.

To doskonale skrojony album na grudniowe dni, gdy się marzy i ckni. Fabryka nostalgii zawsze otwarta, a przynajmniej drzwi uchylone.Płyta radiowa. Nie chodzi tylko o czas poszczególnych utworów, ale przede wszystkim o klimat. Fuzje stylów smooth jazzu (z czego znany jest gitarzysta (Thosten Goods) i bluesa (Pete York). To transfuzja młodości i doświadczenia. Co mnie urzeka w jazzie? Wiele kwestii na przykład to, że niezależnie od karier solowych muzycy grają w różnych składach, próbują, radują, i choć czasami jak to w życiu zgrzyta, jak pomiędzy muzykami kwartetu  Dave’a Brubecka. (Jedni wychodzą na papierosa, gdy drudzy grają swoje solówki, ale potrafią się też godzić. Podobno umowa była taka, że Dave jest frontmanem zespołu, ale nie może wyrzucić. Paula ze składu, chociażby nie wiem jak źle się sprawował. Było— nie było nagrali razem 50 płyt.

Osoby, które zajmują się Muzyką mówią niejednokrotnie ze składami spędzają więcej czasu niż z Bliskimi, tu także zachodzi proces grupowy, a jakże.

Dygresje, dygresjami, ale pora zagrać temat. Torsten Goods jest często porównywany do Michaela Bublé Harry Connica Jr tutaj na szczęście jeśli (w ogóle) słychać to, to tylko przez krótkie momenty. Może dlatego, że nie często śpiewa? ;p Świadomie inwestuje w swoją edukacje muzyczną, świadczy o tym nie tylko stypendium w Nowym Jorku czy studia na  New School University NYC, ale przede wszystkim osoby z którymi gra(ł) i grywał. W 2006 roku rozpoczął współpracę z ACT, także ta płyta pochodzi z tejże stajni.

Pete York władca perkusji, dostał na swoje siedemdziesiąte urodziny podarek, to co jazzmeni, ba osoby parające się Muzyką lubią najbardziej. Sesję nagraniową z młodymi muzykami. Para nie poszła w gwizdek. Na efekty, których teraz możemy doświadczać nie trzeba było długo czekać. Jak wyszło?Naturalnie, jak z nut. Album zasila serię Good Time Jazz, bez wątpienia każdy czas jest dobry dla jazzu, choć nie w każdym czasie jazz jest doceniany. Tak się na przykład działo na początku lat dwudziestych w Polsce. Ale wróćmy do czasów nam współczesnych ten album skrzętnie okraszony bluesem i rock and rollem świetnie się sprawdzi podczas przedświątecznej krzątaniny, kiedy mamy bałagan (nie tylko  w oczach), ale i kieszeniach i człowiek wie jeszcze gdzie. Dobór utworów i ich aranż nie powinien dziwić— wszak z takich przecież klimatów znamy Pete, którego obok Torstena wspomaga węgierski saksofonista Gabor Bolla, a organami Hammonda włada Andi Kissenbeck. Młodość kroczy proszę Państwa! Chociaż grają standardy tak dobrze nam znane, to przy płycie nie sposób się nudzić.  Niestety nie zamieszczę nagrania otwierającego album, chociaż doskonale się nadaję (wszak i dedykacja piękna, ukłon muzyków w stronę Basie’go). Niech zatem nie będzie energicznie, tylko nostalgicznie…

Pete YORK & Young Friends: Basiecally Speaking , ACT 2013;

W zamieszaniu udział wzięli:

  • Pete York – perkusja, wokal;
  • Torsten Goods – gitara, wokal;
    Gabor Bolla – saksofon;
    Andi Kissenbeck – organy Hammonda;
    Wolfgang Schmid – kontrabas;