[29]. O kulturze (nie)słuchania.

Na języku mam nie tylko słowa, które chcą się wydostać na wolność i już należeć tylko do siebie, ale także smak zielonej herbaty.I czcionka pod palcami, którą jawnie czy tu, czy tam czytam. Wącham i oglądam również. Ale teraz Rozmawiamy wart[k]o przeskakując z tematu na temat. Zdania doprawiamy nutą ironii,cynamonu, dystansu i rozbawienia.

Temat na jedną nutę, a może w jednej intonacji?

Słyszę, że kiedyś, czyli bardzo, bardzo dawno temu, a przynajmniej za czasów naszych Rodziców, muzyka była inna. Inna czyli… Zazwyczaj gorsza, za zwyczaj,czyli wybiegając nieco przed szereg można stwierdzić, że nie w tym, a raczej w tamtym przypadku. Kiedyś to była muzyka, przez Wielkie MUzzzz wiadomo poeci piosenki: Tuwim, Młynarski, Starsi Panowie Dwaj, Osiecka, i wielu, wielu innych, melodie, które zapadają w ucho i serce nie rujnując przy tym portfela. Piosenka przecież jest dobra na wszystko.

Otóż. Do szpiku czcionki protestuję. I nie chodzi o jakieś tam pierwsze z brzegu, drugie z końca testy, popieranie badań i takie tam. Ale o wyrażenie veta. O d w r a c a m sytuację.  Może to jest tak, że muzyka wciąż jest ta sama, ale (nie)kultura słuchania i odbierania Muzyki jest inaczej? Inna, czyli w tym przypadku gorszej jakości? Pośpiech, dążenie do hałasu (w uszach, telefonach,”empetrójkach”). chodzi o to by medytować przed każdą nutą. Jednakże dźwięki, zwłaszcza na własne życzenie stają się natarczywe. Nieobojętne zachłyśnięte światem pośpiechu. paradoksu i jednorazowości.

Kwestie zero jedynkowe zdarzają się w świecie liczb pierwszych (i ostatnich, by nie napisać ostatecznych). Nie ma zatem czarno białych sytuacji. Można przedstawiać słowa i ocierać się o komunały,wytarte słowa, ukruszone znaczenia i zbędne myśli. Wszystko idzie w parze, a para idzie w…. Klucz wiolinowy najczęściej.

Jeśli chcemy schwycić świat na gorącym uczynku, będzie nam trudno zauważyć i zatrzymać ciszę w sobie, albowiem wszystko jest dźwiękiem, uderzanie w klawiaturę, spadanie kropel na parapet, kroki, mielenie kawy w ekspresie, tykanie zegara. A przecież to wszystko tworzy muzykę. Nasz zmęczony, zdyszany, świat, który nie słucha, a patrzy, widzi, ale czy dostrzega? Pewnie, że dostrzega. Pewnie, że patrzy i pewnie, że widzi. Widzi mi się. I kłopot w tym, że nie tylko mnie. Julian Treasure grzmi, że tracimy zmysł słuchu hurtowo. Jeśli przyjrzeć (ba!,tfu!) słuchania to proces ukierunkowania uwagi. Tak jak hałasy i chaosy mamy różne, tak i sposób radzenia sobie z nimi są odmienne. Do niektórych dźwięków, np szumu radia się przyzwyczajamy, z niektórych poszumów wyławiamy to co dla nas istotne. Wyobraź sobie, że wchodzisz na przyjęcie. Duża sala ,ludzie stoją tu i ówdzie, w małych grupkach, szum rozmów, postukiwanie sztućców i nagle! Bach! Ktoś Cię widzi i woła. Gdzie spojrzysz? No właśnie, wiwat selekcja. Wszyscy jak tu (i tam) siedzimy wyposażeni jesteśmy w filtry, które pozwalają nam „skondensować”, ukierunkować uwagę i spostrzegać i tworzyć rzeczywistość. Czas orientuje nas w miejscu i czasie, widać to nie tylko u osób słabowidzących i niewidomych, ale i u nas. Skąd taka popularność kina domowego? A właśnie! Chodzi o kanały, którym płynie dźwięk. A tak przy okazji to wierutna bzdura i kilo gwoździ, że osoby niewidome mają z definicji lepszy słuch. Znaczy tak za nim zaprzeczysz. Nie jest tak, że osoba, która się rodzi i nie ma zdolności postrzegania świata za pomocą zmysłu wzroku „w promocji ” uzyskuje lepszy słuch.  Ów, to kwestia ćwiczeń, ćwiczeń, i jeszcze raz, drugi i pięćdziesiąty ćwiczeń.  To nie jest tak, że my jako osoby widzące nie posiadamy tych umiejętności, ale że ich   n i e    w y k o r z y s t u j e m y    ś w i a d o m i e.  Sytuacja zmieniła się wraz z wynalezieniem pisma, a potem zapisu wideo.  Kultura spędzania czasu na opowiadaniu, przędzeniu historii odchodzi w przeszłość, bezszelestnie, ale za to bardzo szybko. I konsekwentnie. W XIX wieku zbierano się na salonach od włodarzy domu po służbę i słuchano gdy ktoś czytał książkę, lub snuł od słowa do słowa wieść- opowieść. I nie tylko dlatego, że status książek był inny,a one same bardzo, bardzo drogie.

Obecnie jesteśmy w kokonie hałasu, na własne życzenie,  tak wizualnego (wystarczy przejść się niekoniecznie po centrum miasta) jak i w gęstwinie rozmów, dźwięków, poszumów, pośpiechów, wdechów i wydechów. Jak trudno usłyszeć w sobie coś co możemy nazwać ciszą można sprawdzić, usiąść sobie w ciszy nastawić budzik na 120 sekund i tak wytrwać, aż do dzwonka. Polecam. Nie wykręcać się natarczywością obowiązków, dziećmi, datami, które śpieszą, gonią,ponaglają.  Nigdy tak naprawdę nie uciekamy w ciszę.

Permanentne nadawanie od słowa do słowa znaczeń słów przelewanie, pośpiech zapominanie o aktywnym słuchaniu.Jak to pisała Szymborska, żyjemy krótszymi zdaniami, Czy szybciej? I bardziej intensyw_nie? I niewątpliwie napisanymi coraz to w większym rozmiarze czcionki.

***

Usiądźmy z tomikiem wierszy i nauczmy się swojego ulubionego na pamięć. Przejrzyjmy płyty do których śmiałości nie mieliśmy zajrzeć od miesięcy,albo zobaczmy co się urodziło… Zasiądźmy rozchylmy mrok na pół i pozwólmy się zasłuchać.  Gdyby święty Mikołaj chciał się poradzić co kupić to polecam serdecznie:

Wczorajsza śnieżynka, o której napiszę jeszcze (więc tu tylko polecę) drugi singiel z Siedmiu widoków w drodze do Krakowa Grzegorza Turnaua, płyta rozpisana na orkiestrę i nowe instrumentarium, chociaż spotkamy tu starych znajomych chociażby Mariusza Podziałka, króremu poświęcony jest album:

Do Leukonoe, Grzegorz Turnau i Dorota Miśkiewicz, z płyty:7 widoków w drodze do Krakowa, Grzegorz Turnau, premiera 28.11.2014 rok, Mistic Production. Może ktoś sięgnie do jedenastu pieśni Horacego?

Fast and easy z płyty pod tytułem: Moments, Jaskułke, Uniwersal Polska, 2013 rok

Sławek Jaskułke, tegoż pana również przedstawiać nie trzeba entuzjastom i entuzjastkom jazzu przez wielkie Ja, płyta skrada uwagę i serce od pierwszego przesłuchania. Album zdaje się momentem, niech liczba mnoga w tytule nie zmyli zmysłów i zamysłów.

Coś na czasie. Jeśli ktoś lubi nienatarczywą muzykę z domieszką elektroniki i linią gitar, to kłania się ścieżka do filmu Bogowie Bartka Chajdeckiego wydaną pod patronatem Polskiego Radia:

Retrospekcja, płyta z muzyką z filmową. Bogowie, Polskie Radio, 2014

Wsłuchujemy się nie tylko w bicie serca, ale odgłosy sali operacyjnej, wychwytujemy nuty w których pobrzmiewa skojarzenie z muzyką z  lat osiemdziesiątych, ba zestaw perkusyjny na którym pracuje Rasz ma trzy dekady.

Impresje i komenty są ważne, zwłaszcza te pierwsze gdyż, cóż z nich składa się życie. Twoje, własne:

Szymona Zychowicza warto ocalić od zapomnienia i nie pamiętać tylko jako pana występującego w Piwnicy Pod Baranami, tego od Pozytywki. I mogłabym tak wymieniać … Ale i tak sporo grzybów w barszcz wsadziłam, a przesyt wiadomo, niezdrowy na uszy jest, zresztą nie tylko. Że lirycznie (nie) praktycznie, że za cicho i nie modnie, niech wybiera komu z czym po drodze, komu jak wygodnie. Jeśli chodzi o muzykę, także można nauczyć się słuchać i szukać. Można oczywiście może zajrzeć tutaj. I posłuchać co było grane.

Reklamy

[16+1]. Baronowa Helena z dalekiego kraju. W sześciu tysiącach przedstawień.

W noc trzeba uwierzyć. Dać świtu pretekst. Zatrzasnąć drzwi na oścież, i powędrować nie rozbijając w ciemnej dolinie obozu, nie mościć się w myśli długich cieniach, nie karmić słów strachu nie rozpamiętywać,  nie żonglować znaczeniami i nie ostrzyć czcionki. Przegryźć się przez gramatykę znaczenia i zużyć się do końca. Przed końcem terminu zdatności do spożycia.

Nieobecni zaś sami się o siebie troszczyć będą. Oni czuwa, przypomina i napomina w echu zdań, gestach sensu, snach mniej lub bardziej wygodnych, rzeczywistościach. Zdania niepowiedziane w porę, nie zrozumiane, niedoścignione wymieść z kotów ostrych. Popijam herbatę gdzie indziej mocną, czarną [z]jawą przegryźć. Cierpną słowa na końcu języka decydują się pozostać w mniej wysmakowanych pozach. Wziąć oddech głęboki, wziąć w posiadanie i nie oddać już nigdy.

***

Była sobie raz wdowa po bogatym rajcy miejskim i  kupcu, miała ona dziewczynkę. Mówiono tedy, że  że była dzieckiem z nieprawego łoża,  Ludzkie języki bowiem potrafią wyrządzić niejedną szkodę, a życie tak uprzykrzyć, że staje się ono ciężarem takim jakby nasze nogi były obute w ołowiane trzewiki. Ludzkie słabości nie zmieniają się od wieków przeglądać można je w pięknych legendach,podaniach i mitach. Szeptano, że mała  Jadwiga jest córką księcia wojewody wołyńskiego, który nie zdążył nacieszyć się córką gdyż zmarł zanim ta ukończyła czwarty rok życia. Po jego śmierci matka znalazła wsparcie w Przyjacielu rodziny, który rozpostarł był pieczę nad kupcową, chociaż to ona trzymała dom żelazną ręką, dom w którym wzrastała córka  i troje przybranych synów. Nie było to sielskiego dzieciństwa, miasto w którym mieszkali strawiła ogromna pożoga, kupcowa straciła dwie kamienice, a miasto wielu, wielu swoich mieszkańców i mieszkanek.

Ale świat niewzruszenie patrzy na takowe tragedie. Nieodmiennie wznosi się i chowa słońce. Kwitną kwiaty i spadają liście i kartki z kalendarza. Dni mijają, cienie dzieci wydłużają się, chłopcom mężnieją serca i głosy, a osobom starszym przybywa zmarszczek nogi i ręce dają znać o swoich humorach do tego robią się coraz cięższe, a drogi coraz bardziej wyboiste…

Młodzi mężczyźni się usamodzielnili, zapragnęli nieść ludziom radość i zdziwienie i dobrotliwy smutek występując na dębowych scenach dwóch z nich obrało drogę aktorską, jeden- karierę muzyczną, albowiem w domu oprócz czerstwych słów mościły się te, które snuły się w opowieść o sztukach pięknych, cnotliwych, dobrych, które niosą ludziom pociechę i radość, a także wiedzę o nowych lądach, postaciach, naukach, sądach. Taką drogą zapragnęła iść i Jadwiga…. Dobra, psyt iskierka zgasła. W domu zabrakło kawy, fajek i masła. Koniec bajbajek tutaj

znaczna się historia.

Chociaż tak naprawdę, jak to zwykle bywa początki są znacznie wcześniejsze i znacznie cierpliwsze, dlatego  też nie od razu można do nich dotrzeć. A i daty są ledwie maleńkimi ich znakami. Zmarszczkami na twarzy czasu.

Gdy Jadwiga Helena Misel przyszła na świat w Krakowie miała już dwadzieścia lat była pewna, że chce tak jak jej starsi bracia zostać aktorką. Wcześniej podjęła kształcenie na pensji, a potem u sióstr prezentek. Najpierw wystąpiła w na wrząco wystawianym w Bochni przedstawieniu charytatywnym na rzecz poszkodowanych w kopalni. Ten motyw będzie jej towarzyszył przez całe życie. Wplecie go w swój repertuar.

Postać, o której niewiele wiadomo, dwa razy starszy od niej  Gustaw Zimajer urzędnik przyjaciel domu zapragnął poślubić Jadwigę.   Jadwiga opuszcza Kraków będąc już w ciąży z Gustawem, a  w 1860 roku na świat przychodzi Rudolf,który chciał być pianistą i miał po temu  mnogość talentów, ale matka wybrała mu zawód został konstruktorem mostów (zresztą na tym nie poprzestała,wyreżyserowała mu także życie, wybierając mu prócz szkoły i zawodu, także żonę, i jej kształcenie), ale zanim okoliczności przyrody tak się ułożą na świat przychodzi, córka Maria.

Zauważył zamiłowanie Jadwigi do sztuki mąż w 1861 roku organizuje w Bochni amatorski zespół teatralny, w którym przyjdzie zadebiutować już nie Jadwidze, a  Helenie i tak zaczyna się ich podróż, przez  Nowy Sącz, Rzeszów, Przemyśl, Sambor, Stanisławów, Brzeżany, Brody, Lwów i Czerniowce…. Ona już przeczuwa zmianę. Chociaż pewnie nie taką jakiej się spodziewa, albowiem ta, potrafi przyjść, ba przybiec, ze stron,  z dróg, których nie znamy.  Umiera jej czteroletnia córka. Helena postanawia odejść od Zimajera i wrócić do Krakowa, gdzie zostaje zatrudniona w teatrze, któremu dyrektoruje twórca „szkoły krakowskiej” Stanisław Koźmian.

Ona z roli na rolę doskonali swój warsztat, a ma po temu warunki ponieważ sztuki to znakomite. Od komediowych do dramatów. A i kompania znakomita (występuje u boku Wincentego Rapackiego i Antoniny Hoffman, z którą rywalizować będzie o miano najznakomitszej aktorki sceny polskiej przez cztery lata). Oto na deskach pojawia się Jadwiga, czyli Helena, czyli roli Sara w Salomonie Wacława Szymanowskiego. Tu pobiera tak przydatne nauki.  Można by było napisać, że to piękna opowieść, cóż, dziewczyna z jeszcze prowincjonalnego Krakowa,która jest kowalką swojego losu, po trudach osiąga sukces i żyję długo i szczęśliwe znalazłszy oczywiście wcześniej, jak to w legendach bywa,  swojego księcia z właściwej bajki. No, ale oczywiście to życie, które pulsuje od znaczeń i do tego posiada własne didaskalia. Gustaw, który miał być owym nie wywiązał się z roli, ale potrafił zakraść się do garderoby aktorki, by wykraść syna. Batalia o niego była znojna i kosztowna. I zwycięska dla Heleny. Dopiero pewnego październikowego wieczoru przyjdzie jej pojawić się   w Teatrze Wielkim  i olśnić publiczność w roli Adrianny Lecouvreur. Jak to bywa w życiu zjawił się i pomocnik, wykształcony za granicą, człowiek „z kontaktami” Karol Chłapowski, który nie tylko pokochał, ale i poślubił piękną Helenę. Jego rodzina dopiero z czasem zaakceptowała ją w swoim gronie, albowiem mezalianse nigdy nie weszły do kanonu postępowania,  a dziewczyna owszem,owszem urodziwa, ale nie dość, że niżej urodzona to i jeszcze do tego,wiadomo,   a k t o r k a. No, ale czas mija i nie tylko zabliźnia rany, ale i buduje mosty. Zwłaszcza jeśli jest się daleko, daleko. Od teściów. Ona  wyjechała za jego pieniądze, na początku z Krakowa, a potem z kraju. Przeniosą się do Warszawy, gdzie nie tylko aktora znajdzie zatrudnienie na siedem sezonów, ale zyska uznanie nie tylko widzów i widzek, ale także krytyków i krytyczek.Nie tylko jako Maria Stuart.

Helena wrasta w środowisko, bywają u niej: Wiadomo: Władysław Żeleński, Stanisław Witkiewicz, Henryk Sienkiewicz ale i  Adam Chmielowski, Józef Chełmoński,  Julian Sypniewski, Łucjan Paprocki.

A kraj, którego nie ma na mapie robi się coraz to bardziej duszny, ciasny, i… Niewidoczny. Jest jedno wyjście: akcja—emigracja. Już raz zakosztowała wiedeńskiego życia z Gustawem, zakosztowała, i wypluła, no bo za cierpkie, za gorzkie, zbyt trudne, dla dziewczyny znikąd, bez dobytku i znajomości prawideł, nawet gramatycznych los okazuje się niełaskawy, by nie napisać, dramatyczny. Do tego dopisała potem komentarz styczniowy Historia, która lubi wszędzie i zawsze podrzucić swoje trzy zdania.  Ale od czegóż są mury, jak nie od tego by znaleźć poluzowaną cegłę i ją wyciągnąć, od czegóż są granice, jak nie od tego by je przekraczać? Wybór jest zatem prosty, albo Paryż, albo Anglia. Ale cóż tym pierwszym trzęsie ruda, chuda kobieta w trumnie, a wiadomo, królowa może być tylko jedna…Może już Helena przeczuwa, że przyjdzie im grać w różnych językach, repertuarach i rzeczywistościach, ale jeszcze wiedzieć nie może, że wzajemnie będą komentować swoje poczynania, nawet bardzo cierpko. Wystarczy wspomnieć, że gdy Sarah wzięła udział w doświadczeniu, który nazywał się lot balonem. powstała o tym książka, Helena skomentowała ją gorzko. Jeśli aktorce tak spieszno rozstać się z życiem i nie pasują jej dekoracje tego świata, to warto zrobić to czym prędzej, wszak nie tylko jedną nogą, ale całym ciałem leży w trumnie… Niemniej jako osoby wykonywające tę samą profesie  bardzo się poważały. Nie sposób ich porównać. Są jak ogień i woda (święcona, albowiem Helena obiecała rodzinie swego męża, że będzie wcielała się w role kobiet moralnych, które żyją w zgodzie z przykazaniami Bożymi).

Powróćmy zatem do opowieści. Zamiast ruszyć prosto do Londynu (ach Szekspir!) , warto okrężnymi drogami by poznać krajobraz, a w tym przypadku przede wszystkim wgryźć się w  język i realia funkcjonowania. Tak więc postanowione! Dlatego w stolicy bierze urlop w celu poratowania zdrowia (przebyła tyfus, kto by nie chciał odrobiny wytchnienia, w takiej sytuacji?)Wyrusza, wyrusza, do dalekiego kraju. Wiwat Ameryka! Długi urlop od ojczystego kraju? Tak jak Polsce potrzebna była Helena, tak i Helenie niezbywalna była uciemiężona Polska, która pragnie wyzwolenia, która tęskni, pragnie i walczy.

Jak już zdobywać świat to w dobrym towarzystwie. Z pozoru z rodziną najlepiej wygląda się na zdjęciu (przyjmując pozę na brzegu by się odciąć) nie, nie to nie sposób dla Heleny. Pakuje życie swoje i swoich bliskich do waliz i tobołków i wraz z kompanami (bliskimi i znajomymi, którzy chcą zażyć przygody Julianem Sypniewskim, Łucjanem Paprockim oraz Henrykiem Sienkiewiczem) wyrusza na podbój świata i by nie tylko odgrywać ale i  uprawiać rolę (Winogrona to jest to!). No, dobra to ostanie nie za bardzo, by nie napisać wcale im nie wychodzi .Żyją zatem w komunie, a farma Anaheim w Kalifornii okazuje się  wielką klapą. Cóż, bywa, życie to nie bajka…

Ale San Francisco! Ale tutaj jest dziesięć teatrów, dziesięć teatrów. I wędrowne trupy, aktorów oczywiście. Czyż można wymarzyć sobie miejsce lepsze, w sytuacji gdy buduje się dopiero Nowy Jork.

Helena zakasuje rękawy i… Zaczyna intensywnie uczyć się angielskiego i ćwiczyć swe ciało, od mięśni tułowia poczynając kończąc na barwie i skali głosu. A także zmienia swój pseudonim, tak by autochtoni potrafili go wymówić. Przyjmuje wszystkie angaże byle tylko się uczyć. Uczyć się by grać Szekspira w oryginale! Ba, by czarować i uwodzić, by zdobywać i… Utrzymać farmę oraz bliższą, dalszą i najdalszą rodzinę.  Problem nie był debiut, ale znalezienie terminów nań. Nie jest prawdą, tylko plotką (kolejna), która wyszła spod pióra Henryka, że Helena Modrzejewska podczas debiutu bisowała jedenaście razy, a sala była pełna ludzi… Przyszły, a raczej przybiegły też takie czasy, ale nie od razu. Nie dokazuj miły nie dokazuj, Henryku…

50.000 dolarów i

oczywiście datki na  wydatki (podróże i to nie w pociągu byle jakim) , to o wiele  za mało by  zainteresowała się tą propozycją. W tournée (pierwsze z dwudziestu trzech) po swoim nowym kraju wyrusza własnym pojazdem, pociąg ma różne nazwy, czasami nosi jej nazwisko, czasami nazwę kraju, którego nie znajdziesz na żadnej z map świata, a który dla niej brzmi wojsko, choć w języku, który dopiero co opanowała: Poland. Dba o swój anturaż: kostiumy (na które wydaje fortunę), repertuar,   obsadę, otoczenie (obowiązek bywań u najznakomitszych, cóż, życie gwiazdy, która musi lśnić, i to długo). Jeśli przyjdzie jej się przeprowadzić do hoteli, czego na razie nie czyni, by nie tracić czasu, który może spożytkować na występ, to będzie nocowała tylko w najdroższych. Wszystko ma pod kontrolą. Jeśli pisze listy, to na swym papierze, koniecznie z  herbem i właściwą sentencją. Jej imieniem nazywane jest wszystko od  specyfików do prania, mydło po części garderoby, szkoły, czy… Stacje kolejowe. Bezgranicznie i beznadziejnie w niej zakochany, młody dziennikarz,korespondent Gazety Polskiej, napisał, że Helena wzięła szturmem Amerykę.Widać pisanie ku pokrzepieniu serc (w tym przede wszystkim własnego) miał we krwi. Dostać kosza od Wielkiej Diwy to jest coś.  Cóż [po]zostanie?,Trening czyni mistrza, a(lbo czasami nawet noblistę). Tymczasem  piękna Helena w dniu swojego debiutu gra przy prawie pustej sali, ale dzień później wypełnia się ona do połowy, a trzeci występ to już apoteoza miód i orzeszki, oklaski. Kraj w którym mówiono wielu językami, jest po prostu głodny sukcesów. I z apetytem słucha akcentu kobiety, której nazwiska nie potrafi wymówić.   Władcza Helena znajduje panaceum na zjednanie  sobie ludzi nie waha się go użyć by  otworzyć nie jedne drzwi. Potrafi przede wszystkim doskonale manewrować swoim życiorysem, nie mówi o tym, że kiedyś ma dwoje nieślubnych dzieci, że… Ech, Madamme.  Tak, nie tylko Sarah się do niej się tak zwracała. Oto piękna Helena wiedziała jak grać w grę zwaną życiem. I to nie tylko swoim.

W 1893 roku wygłasza odczyt na kongresie kobiet w Chicago, gdzie przedstawia sytuację w jakiej znajdują się jej rodaczki doświadczające życia  pod zaborami tak pruskim jak i rosyjskim. Odzew jest natychmiastowy: wydanie ukazu  zakazującego Modrzejewskiej wjazdu na terytorium rosyjskie. To jej nie przeraża, ba, pewnie dodaje glorii chwały. A działalność charytatywną prowadzić będzie do końca dni swoich. Nie sposób wyliczyć zaangażowań i działań. Wspiera finansowo kombatantów wojny ostatniej konfederacji. Do władnych znajomych w swych listach mówi o tym, że ich rodacy i rodaczki zostali wyrzuceni z Polski. Chce o tym mówić na deskach teatru. Jak postawia, tak i robi. W każdym spektaklu Romea i Julii postanawia grać jedną scenę po polsku, jednak bez powodzenia, uznano to za dezynwolturę. Bardzo dbała o dobór publiczności, wiedziała, że jest to sine qua non sukcesu. Układa, proponuje, zaprasza i jest zapraszana na najbardziej ekskluzywne salony. Poproszona o wyrecytowanie czegoś nie polecała uwadze, przywoływanego alfabetu, czy nazwisk zawartych w książkach telefonicznych, ale recytuje utwory… Ujejskiego po polsku, gdyż jak mówiła, nie zna niczego w języku swojej nowej ojczyzny. Cóż. A na deser dla czytelniczek amerykańskiego czasopisma ilustrowanego polecała czerninę, albo polewkę podaną w celu odstraszenia zalotników…

Hrabina Bonanza występująca u boku Edwina Bootha Zagrała dwieście sześćdziesiąt  ról— w trzydzieści pięć w języku angielskim. Despotyczna matka nie sprawdziła się także w roli matki chrzestnej (co wyrzucał jej Witkacy, rozgłaszając, że nie pamiętała o nim pisząc swój testament) Za to wysyła syna do paryskiej szkoły budowniczych dróg i mostów, do której zdaje dopiero za drugim razem, a Paderewskiemu finansuje studia w Wiedniu. Dalej, wychowuje swojemu synowi także wspomnianą żonę, z którą ten ostatecznie się rozstanie dopiero po śmierci matki.

Karierę sceniczną zakończyła występem w Los Angeles, z którego dochód został przeznaczony dla ofiar trzęsienia ziemi na Sycylii. Dawała benefisy wraz ze swymi nowymi przyjaciółmi na rzecz Polaków i Polek pozostałych w kraju. Piękna klamra, jak zaczęła, tak i skończyła.  Jej prochy zostały sprowadzone z  Los Angeles,(gdzie została pochowana)  na cmentarz Rakowicki w Krakowie. Cóż, bajka?

***

 W świt nie wystarczy uwierzyć, lecz go sobie stworzyć, wypleść nie tyle z opowieści co z życia, własnego. Mniej despotycznie, bardziej praktycznie,ale niezaprzeczalnie i namacalnie.

A (nie)obecni i słowa? Czasami warto pomyśleć.Pomilczeć… I jeszcze, jeszcze…A zresztą…

***

Jeszcze, jeszcze, Michał Łanuszka (muzyka, gitara śpiew),słowa: Wanda Majer-Pietraszak,  Singiel promujący płytę A miało być tak pięknie (premiera 23.11.2012).

Analogowy list i koperta.

27. Mam moją muzykę, a w niej…*

Każda osoba,która zdecydowała się na emigrację, wie, że konieczność dogania ją szybciej niż myśl,zbudowania swojej własnej geografii. Światop[od]glądu. Muzyka,muzyka tkliwa dynamika, można powiedzieć trawestując klasyka…I nie chodzi o kazikowe asocjacie, ani o muzykę świata, czy folklor. Choć, kto wie… Kto wie… Kto wyroki czasu zna, kto zna… Kto pamięć do dat i nut ma, kto ma…

 

To nie hymn emigrantów. Ani wezwanie, przestroga przed opuszczeniem kraju. Co innego Gałczyński…. Już Konstanty Ildefons gładzi wąs i podśpiewuje łagodnie i snadnie, któż zgadnie, któż zgadnie…

Wciąż uciekamy. Z miasta do miasta.
Inteligenci.
Tęskniąca nacja. Ginąca klasa.
Mali, zmarznięci.

Milionem rodzin. Z gramofonami.
Z kraju do kraju.
– Powiedzcie, gdzie jest wasza ojczyzna?
Wciąż nas pytają.

A my nie wiemy; a my płaczemy,
jak woda morska.
Pod sztuczną palmą listy piszemy
na brudnych dworcach.

[Wciąż uciekamy, Konstanty Ildefons Gałczyński,1936r, czy ktoś/ ktosia wie, z jakiego tomiku?].

Nie zdjęty niemocą, zasiądź spokojnie w fotelu, jak zaległo już wielu i przeczytaj to z przymrożonymi oczyma…. Że trudno czytać, się zżymasz? Wierzę, że zdzierżysz i wytrzymasz!

Rozpoznawcza geografia (z)dzierżawcza. 

Aaale co dalej? Gdzie śmielej? Siódma góra, ósma rzeka, co dalej, dalej na nas czeka. Zatem nie wzlekaj… Dalej jest równie ciekawie… Uciekaj, uciekaj piosence i na jawie, zostawmy zatem rymy częstochowskie i idźmy za nutą, muzyką,tekstem, piosenką, tak szybko, tak lekko, tak prędko…

Prezydent Wrocławia, zażyczył i zamówił sobie u Lecha Janerki pieśń nową o i tak oto  Nadzieja o Wrocławiu, rozlega się bezproblemowo już nie tylko niebieskie tramwaje po ulicach tego miasta m[o]kną…  Wrocławskie piosenki. Chadzają  temi ulicami niczym chudzi kosmici z miasta wodorostów,ktozy porywają ludzi z miasta stu mostów. Choć Podwodny Wroclove to miasto miłości szepcze się o tym, że jest ona  czasem złudna, nazbyt trudna,  marudna i nie pozbawiona ości, chociaż miejsca okiełznane, oswojone.często chwile są spędzane pod włos, by nie rzec—kradzione. Nie jeden szepnie, iż lepiej się  ma poznańskim rynku,a potem pójdzie i kurz z siebie strzepnie.  To pewnie przywilej gdy są obrośnięci zarostem, ideami i  tacy młodzi. To minie, nie szkodzi. I oni będą się guzdrać niczym Muchy,które, tu i ówdzie, na ganku, na rynku, za murem, wsłuchają się w rytm miasta. Co bije, co tętni, narasta. Poznają  się nań to wszak Ezoteryczny Poznań. Nic nie jest takie, jakim się wydaje. Piąta strona miasta. Średniego miasta… Gdzie żaden dom nad inne nie wyrasta*... Wita i żegna i trwa w bezruchu. Nie dzieje się nic i nic nie szkodzi, miasto oddycha, miasto smrodzi…

Yellow Submarine to pewnie nie jest piosenka o tej Łodzi,  O.S.T.Rzą się słowa, i rodzą melodie Czyli co? Nie taka Ziemia obiecana jak ją Wajda odmalował? Przedstawił, że skłamał? E, tam, nie szkodzi!  Walden z Pągowskim zanuciliby tylko Walczyk o Łodzi. A u  przeciwniczki, tfu,au! U prząśniczki jak dawniej siedzą jak anioł dzieweczki i… Niewzruszone tylko przędą i plączą niteczki…Ale przecież nie dziwota, skoro to jest hejnał tegoż miasta! Tu żadna ścieżka zapomnieniem nie zarasta. I wzbiera do życia ochota.

Po nitce do kłębka, do takiego wniosku musiał już dojść drzewiej Tezeusz, zwłaszcza, że doszedł jak wielu — do celu. Nie wiadomo, czy był w Tomaszowie, albo w Pile, albo w Spale, albo czy był w Polsce, nie mówiono o tem wcale…

Pstryk i buch! Toż to nie wieść ze sztambucha. Cóż mówi się na mieście, o czym wieś z zapartym tchem słucha?Ale cóż to w wiadomościach podano jedno Wyżów tonie.To nie  wiadomo, czy tak się Często_ chowa, czy mieszkańcy spoglądają w Zak[ł]op[ot]ane  trzy, a może cztery dni, a wszystko było tak jak gdyby… Liczyć na to, że się rozjaśni?Wszystkie drogi prowadziły właśnie hen,hen  tam względnie do Milówki. Gdzie się wraca, gdzie się ckni znajduje i gubi. Pakuje w kieszenie kilogramy wypoczynku i ciszy…

Idzie na pola, idzie na bory, na miesiąc i na sady, na siwe wody… i gdzieżby nie wędrował gdzieżby nie spozierał, zelówek nie zdzieał…  Mieczysław Karłowicz, też je umiłował. Góry. Muzyka mojej duszy…  Niezwykłe miejsca, czy do wspomnianego już Zakopanego, czy wraz z Leszkiem Długoszem do  Kazimierza nad Wisłą Dolnego w jakieś kawiarence, albo lepiej, w kawalerce.  (za)Siadać niczym panowie dwaj. A może by tak miły udać się do Lanckorony? Albo spłoszyć augustowskie noce… Po co? I dlaczego? Pytania daremne, a odpowiedzi więcej niż niezmiernie senne. Czy nie wystarczy  usiąść na rynku, tak po prostu. Tak zwyczajnie ucieszyć, nasycić swe zmysły nienagannie? Jedno jest pewne, nie,nie w Kielc_ach!. Witkac_y wiedział o czem pisał? O Kurrrr… O to może pogodzi tę rozterkę okrutną Grudziądz, Toruń, albo Kuuutno?Bo czyż w Kutnie musi być wiecznie wietrznie i smutnie okrutnie? A Kra, kra, kra ków ów cóż zmierzamy i po temu, pomału, po wielkiemu mału permanentnie i programowo deszczowo do celu. List_opadowo i ciemniej i smutniej. Takie to Siedem Widoków w Drodze do Krakowa, z małym postojem w Inowrocławiu? Cóż za absurd, cóż za pomysł! Niedorzeczny, niepraktyczny, nużący, niebezpieczny! In Novo Wladislaw miasto piękniste nie tylko dla Dziewic z Kruszwicy, alboż tych panien pakoskich, wyraziste, ale dziś je widzę wąskie, chmurne  i ogromnie mgliste… Żegnaj Stacyjko Zdój,żegnaj Zielona Bydgoszczy, Krynico zdrój żegnaj moją tęsknotę za spacerami znaj, przywołaj lekko i miękko nie jedną melodią, nie jedną piosenką. Także może tak na bieszczadzki szlak? Albo by na moment uciszyć dylematy, lamenty i krzyki obrać cel, powiedzmy…  Ustrzyki? Nie ominą mnie także trudy i znoje wiecznie zielone Wzgórza nad Soliną, będzie żal opuszczać je z nietęgą miną. Ciepłe, jasne, bezpieczne.Przyjdzie wytchnienia myślą szukać gdy dni i noce przeminą… A dalej widzisz już horyzont do nas z odległych wraca stron…To ten, to ten Krakowski Spleen, i choć nie chciałam wyszło tak, czy na bok czy na wznak, Olsztyn kocham, i rozumiem… Dróg co plączą się, się plączą, pojąć nie chcę czy umiem…? Dlaczego i po co przenosicie mnie chłopaki do Krakowa, od nowa?Odnowa! I choć Stare mury są gościnne wszak wszystkie ścieżynki prowadzą na królewskiego grodu szlak Kraków gdzieżby tak…Jeszcze nigdy tak jak dziś nie miał w sobie takiej siły i może to ten deszcz, może przez tą mgłę, ale w każdej twarzy widzę Cię… Nie, to nie Wola, Grochów  Och!ota, ani Żoliborz, ani inny Nie_men, o_men, każda osoba ma swój sen…Może różni nas tylko kolejność scen?

Czyżby o Warszawie? Kto wie, kto wie..  David Bowie. Bo_wie. A może tak naprawdę jesteśmy z jednego miasta? Chwytaj w żagle wiatr i pędź o pędź o krok, poprzez krawędź,w mrok…Milczysz czyż, Szczecin,lub Gdańsk? A może jednak Kalisz….Na Bliny w  Lublinie? Tracę kontenans mam mizerną minę—… Lub nie?, Opole... O ja p… O pole! Że Łomża i  Mława też śliska sprawa? I nic, żaden płyn, żadna strawa, nie da  ukojenia kofeina słodka kawa, lub dwie, a może by tak jednak na kawę? W Warszawie? A może taki cichutki Walc winobranowy?Wiem, wiem, mam pomysł, wymuskany, świeży, genialny, nowy!
Zamknę się w domu na spusty cztery, po co mi głębokość wejrzeń? Po co na brzegu mapy spacery… ? Zalec w fotelu, powlec się kurzem i udawać zakalec…  Kiedyś jak już się skruszę i skurczę zmiecie mnie jakiś nie Boży palec…


* Tytuł postu to nawiązanie do tematu piosenki Czesława Niemena Sen o Warszawie, autor słów Marek Gaszyński,[1996].

*Średnie Miasta, Starsi Panowie Dwaj.

***

O samej stolicy naszego (nie)pięknego kraju powstało 3500 piosenek… Także…

Zmroź na chwilę jeszcze uszy…

opis za youtube:

[„Nowa Warszawa” to przeplatany wspomnieniami Stanisławy Celińskiej oraz oryginalnymi materiałami filmowymi koncert znakomitej aktorki i Royal String Quartet w reżyserii Bartka Konopki, reżysera głośnego „Królika po berlińsku”. Film został zrealizowany przy udziale Programu 2 TVP. Premiera telewizyjna 2 czerwca w dwójce].

[25+1]. (Czy to już) Pora umierać?

Dawno, dawno temu, ok może z cztery, sześć lat mówiłam, że Włodek Pawlik to jest Ktoś! Ktoś— niedoceniany w Polsce. Ale za to za granicą to co innego. Wiadomo Gra[m]my!

***

Zaczynamy. Przygoda z tym obrazem zaczęła się od wywiadu bodajże z Dorotą Kędzierzawką, potem nabyłam płytę ze ścieżką dźwiękową, za jakąś śmiesznie niską cenę. Teraz oczywiście to nie wchodzi w grę, bo ta jest warta (nie jednej)świeczki. Jakby kiedyś było inaczej

***

Z jednej strony-przejmujący obraz: rytuału, odchodzenia, powrotów i Pustki. Samotności. Relacji. Psychologiczny portret kobiety starej. Z drugiej- uchwycony na wrzącym uczynku paternalizm i ageizm. Przeplatany nicią ciepłych  gestów i wspomnień.

Niczym sieć zmarszczek na twarzy. Świadectwa życia tego, które przeminęło i tego,które trwa uparcie i piękniście, cierniście i jesiennie. Świetne zdjęcia, które spajają opowieść. Dopracowanie szczegółów: przedmioty, dobór aktorów/aktorek, wybór przestrzeni, światła,barw nawet poprowadzenie psa.

[Pora umierać,scenariusz i reżyseria: Dorota Kędzierzawka, w roli głównej Danuta Szaflarska 2007];

Gorzka pigułka. Niezrównana Danuta Szaflarska, ironiczna, z dystansem i szczyptą humoru. Gdybym miała szukać asocjacji przypomina mi się poezja Szymborskiej i debiutancka powieść Toni Morrison.

***

Wszystko co najważniejsze.

Dzieje się.

Między słowami.

Czy warto obejrzeć? Koniecznie.

25. Ostatnie historie.(Nie) pierwsze za(_)chwyty.

Przed rozpoczęciem czytania proszę zapatrzeć się w prowiant, ciepłe skarpety, albo kapcie.

***

Uporządkowany chaos. Gdzie nie położymy oczu, kiedy by nie zanurzyć uszu, i gdzie nie dotknąć, wymacać,  namawiają, by zakochać się w życiu, doświadczać, zużywać się coraz to prędzej, piękniej, i koniecznie w terminie zdatności do użycia, ale jednak z k[l]asą, sterylnie, bowiem śmierdzieć można tylko groszem.(Chociaż, przynajmniej tak twierdził Wespazjan,pieniądze nie śmierdzą. A więc licho wie, a może grosz— to według niego nie pieniądz. Przecież podatki wtedy bywały nieliche, nawet jeśli dotyczyły publicznych toalet).

Zmyślnie (albo raczej całkiem bez) zasiądziemy z czwartą kawą przed telewizronią. Zwłaszcza wtedy. Tłok, nadmiar, konieczność użyteczności,zdatności, zaradności i inne —ości do obgryzienia, albo nabycia w promocji, z rabatem, bez trudu, znoju, krwi, potu i płaczu, (jeśli już to ćwiczyć się w ostatnim, programowo z powodu doświadczania szczęścia, ale uwaga można tylko uronić łezkę, gdyż płacz uprawiany sukcesywnie, w większych ilościach,grozi odwodnieniem organizmu). Wszystko, ogarnięte, dostępne, uwaga za to już teraz, od ręki, nogi, piechotą, czyli natychmiast.

Nie wiem, na [w] jakich miastach… Namiastkach… Ale za_wsze wedle tego samego schematu. Przecież to pierwszy dzień Twojego życia. Oczywiście nówka sztuka, nieśmigana, wyprasowanego i złożonego, oczy_wiście  nie nie chodzi to o stopień skomplikowania, ani Celsjusza, czy broń Boże Fahrenheita, ale o uporządkowanie.  Sterylność. Piękność. Możliwość. Nieskalanie. Wygładzoność i tam gdzie potrzeba płaskość. Jednym słowem: Młodość (tą wieczną, może być pierwsza, druga, trzecia, ba zawsze jest kolejna, a jak nie ta, to inna, ale oczywiście maksymalna i na wyciągnięcie czegokolwiek ręki nogi, i książeczki czekowej).

Jak (na)pisał Bronisław Maj w Sancho dytyrambie,niektórzy cytują tylko ostatnią zwrotkę, niektórzy, czyli (nie) wszyscy,  tylko ją pamiętają:

Bo nic prócz niego
nie ma żywego.
Nie ma od światła
nic świetlistszego.
Od tej świętości –
nic świetniejszego!
Niech żyję JA!

Za_chwyt. Czyli, że za_czepnie, że wybijam z wysokiego tonu, raczej za_wracam z wytartego szlaku. Wiesz co mnie nieustannie dziwi, zdumiewa, wprawia w konsternację?

To jaką wagę przywiązuje się do Początku. Do razów pierwszych. Oczywiście nie piszę o nokautach. Tą przyjemność zostawmy innym.

Podobno w przemówieniu pierwsze zdanie jest najtrudniejsze. Więc mam już je za sobą. Powiedziała wygłaszając mowę noblowską w 1996 roku Wisława Szymborska* Pitagoras za to mawiał, że wszystko co łatwe na początku było trudne. Albo: To nie jest koniec, to nawet nie jest początek końca. Ale być może, jest to koniec początku!
tak miał oświadczyć Churchill  po brytyjskim zwycięstwie nad Afrika Korps (pod El-Alamein 10 listopada 1942 roku).

Początki! To nie po- szczątki, tylko ach! Zacne, piękne, ponętne, czyste, niewyczerpalne źródło, które nigdy nie wysycha. Światło, które nigdy nie gaśnie. A o końcach? Nie, nie o „ciągach dalszych” (wiem, wiem, Szymborska)*  czy bliższych, ale o końcach definitywnych. Nieodwołalnych. Namacalnych. Niepopularnie i przerażająco. Z nutką dekadencji i całą partyturą strachu. I na szczęście nie dotyczy to jeszcze w nas, którzy za radą pana Młynarskiego Jeszcze w zielone gramy. A zielone to przecież, nie, nie kasa, tylko nadzieja. Można mówić, że to matka głupich, a i owszem, lecz Lec za to pisał, że jest także kochanką odważnych. I tego będę się trzymać,kurczowo, moimi wypielęgnowanymi (a jak!)  dłońmi.

Będzie zatem o doświadczaniu końców. Czy też końca. O zamykaniu. I zamknięciu. Doświadczenie czegoś po raz ostatni, a raczej świadomość doświadczenia (nie rzadko po niewczasie) czegoś po raz   n a p r a w d ę   ostatni jest… p o z a Słowem.

***

Wyobraź sobie, że budzisz się rano, ale nie możesz zrobić kroku, jeszcze wczoraj oczywiście nie sprawiało Ci to kłopotu, oczywiście nawet nie przybiegło, ba nie przyszło (co za ironia) do głowy, że możesz mieć z tym kłopot, problem, kwestie do rozwiązania, rozsupłania czy przecięcia*. A obecnie już wiesz, że nigdy nie staniesz na własnych nogach. Analogiczna sytuacja ze wzrokiem, słuchem… Do wyboru. Nie przeczytasz książki drukowanej, możesz ją poczuć pod palcami, ale tego trzeba się dopiero nauczyć, nie posłuchasz ulubionej płyty, oczywiście można wyłuskać drgania, można tańczyć, można żyć, ale tego trzeba się nauczyć. Jak wtedy smakował Ci ostatni krok, ostatnia książka s a m o d z i e l n i e przeczytana,zobaczenie twarzy osoby ukochanej, zachodu i wschodu słońca.  Ostatni taniec… Czy inaczej doświadczał(a)byś gdybyś wiedział/a, że to już nigdy nie ma szansy, rachunku prawdopodobieństwa, się powtórzyć?

Co innego czytać, co innego pisać, a co innego doświadczać. Różnica. Właśnie, tak bardzo chcemy być podobni, a tak niechętnie, być może ze strachu ją zauważamy, pracujemy na niej (na nich). Różnica, nie różniczka, ani różyczka. Różnica. Cóż temat na osobny wpis.

Bo tak  naprawdę miało być o książkach.

Nie zmieni w sposób trwały żadna książka biegu naszego życia. Uczynić to własnym działaniem. Pokazać Drogę. Popatrz, tędy też można. I w taki sposób. Albo inny. Spróbuj jeśli masz odwagę, jeśli nie masz— to tym bardziej. Rób. Nie próbuj. (z)Rób.*

Książkę, film, wykład. Można odłożyć na półkę do biurka, etażerki, gdziekolwiek.Skutków i konsekwencji tak łatwo nie odłoży się pomiędzy bajki… Oczywiście, wzruszyć się, ale zamknąć rozdział opowieści iść dalej. W swoją stronę. Przypomnieć sobie od święta. Przy okazji. Wzruszyć się, albo ramionami. I aż tyle. Tak to ważne. Nie można żyć ciągle na najwyższych obrotach. Wzruszenie, poruszenie jest ważne. Ważne jest  działanie.

Jeśli oczywiście chcesz się przyjrzeć Światu to oczywiście możesz zrobić setki, tysiące rzeczy i nie robić tyle samo. Zgubnym i bezcelowym jest tworzenie katalogu czynności, a skoro miało być o wydawnictwach ciągłych, to polecam

Książki o odchodzeniu dla tych, którzy/ które zostali/ zostały:

1.Ćwiczenia z utraty. Agaty Tuszyńskiej, publikacja napisana po stracie męża, dla mnie osobiście jest odpowiednikiem genialnej książki  autorstwa Joan Didion pt Rok magicznego myślenia. Dwie straty i dwie prace by (od)żyć. Wykonać. Zapamiętać to co było. Ułożyć to co się rozsypało, czy po prostu zasnąć głęboko, długo, wygodnie. Chociaż na dwa kwadranse. (Od)zyskać równowagę. Być może nie pytać się już więcej, bardziej, natarczywiej i nie oczekiwać odpowiedzi.

2. Inga Iwasiów— straciła Ojca, napisała przejmującą książkę pt: Umarł mi. Notatnik z żałoby. Tytuł wyjaśnia kierunek. Ale nie wszystko odsłania,przynajmniej od razu. Książka skrojona na miarę. Przywoływany Jerzy Lec napisał kiedyś Na początku było słowo, a na końcu frazes. Pisząc o zostawaniu na pierwszym brzegu łatwo żonglować frazesami. Niezauważalnie (przynajmniej na początku) Ba, i łatwo żyć z zarobionych pieniędzy pisząc poradniki pozytywnego myślenia, tutaj na szczęście i nie szczęście (dla niektórych) tego nie ma. Jeśli prywatność to ma ona swą jasno określoną granicę, jest i o literaturze, i o śmierci naturalnie. I o oswajaniu życia „po”, i o odnajdywaniu życia „przed” w różnych nieoczekiwanych miejscach.

3. Dr Elisabeth Kübler-Ross była lekarką, która oswajała, ujarzmiała, przynajmniej na czas jakiś, śmierć. Zamykała w ważnych terminach, zadawała prace dzięki, którym można było powiedzieć z pełnym przekonaniem „rozumiem”, „świadomie kontroluję” lub przeciwnie: (od)puszczam. Jej Rozmowy o Śmierci i umieraniu, wciąż czekają cierpliwie, aż po nie sięgnę. A lekcje życia. Specjaliści od śmierci i umierania zdradzają tajemnice życia.  wciąż w czytaniu. Oto fragment, akurat tak całkiem przypadkiem

Na czym polegają te lekcje, których odrobienia domaga się nasze życie? (…) trzeba przejść przez lekcje strachu, poczucia winy, lekcje gniewu,  lekcje wybaczenia i poddania się śmierci, lekcje czasu i cierpliwości, lekcje miłości, lekcje związków z innymi ludźmi,lekcje zabawy, lekcje utraty i lekcje siły lekcje autentyczności i lekcje szczęścia.

Odrabianie ich przypomina trochę osiąganie dojrzałości Nie stajemy się nagle szczęśliwsi, czy bogatsi, czy bardziej wpływowi, ale lepiej rozumiemy otaczający nas świat i potrafimy osiągnąć wewnętrzny spokój.

[Lekcje życia. Specjaliści od śmierci i umierania zdradzają tajemnicę życia. Elisabeth Kubler Ross, David Kessler, wyd. Media Rodzina, 2001].

Dzień po dniu. Godzina po godzinie. Niczym w cytowanym wcześniej utworze Maja. Zanurzenie w życiu. Bo jak pisze Ulla:

„To jest mój debiut i finał. Chodzi o mój finał(….) zostałam zaatakowana przez rzadką chorobę stwardnienie zanikowe, SLA. O szybkim i agresywnym przebiegu.Istnieje tylko jedno wyjście śmierć”.

[Wiosłować bez wioseł, książka o życiu i umieraniu. Ulla Lindquist, wyd. Czarna Owca, 2006];

4. Ulla Lindquist dostaje „fantastyczny” prezent na swoje pięćdziesiąte urodziny. Chorobę. Nieuleczalną.Powiedzieć, że umrze, to nic nie powiedzieć, zakrztusi się najprawdopodobniej. Będzie odchodzić w cierpieniu. Ciało będzie się buntować, aż odmówi współpracy, definitywnie. Umysł zaś będzie pracował na najwyższych obrotach. Tak, zapewne to jest to o czym (nie) marzyła, i to nie byle jaką, po bo SLA, (jeszcze—chociaż „już” są pierwsze nowiny, że jednak sposób jest, tyle, że nie dla niej i jej bliskich) stwardnienie zanikowe boczne. Kto by chciał dostać taki prezent? No właśnie. Książka, która trzymała mnie za gardło i za żołądek, i którą (sic!) pożyczyłam (na wieczne nieoddanie). I nie chodzi o cierpienie o dzielność, czy niedzielność, (albo sobotność), o stawanie się osobą z niepełnosprawnością i o pisaniu książki jednym palcem. Chodzi o życie. O życie. Własne.

5. Morrie Schwartz to człowiek, mężczyzna,kochanek,mąż, ojciec,nauczyciel, którego doświadczeniem, nie jedynym oczywiście,było również życie z SLA. Tak to już jest, że mówi się o nim, w kontekście życia z chorobą. Morrie, który zdecydował się na uczestnictwo w programie BBC by opowiedzieć się za życiem. Udziela wskazówek, tym, którzy zostaną, pojawią się i znikną.  Powstała również książka i film (dokumentalny i obyczajowy), Wtorki z Morriem, można obejrzeć, ale proszę nie rób tego, przeczytaj n a j p i e r w książkę (również w postaci audio, z tym,że po angielsku), tam jest o wiele więcej, o wiele bardziej, o wiele jaśniej. Również omówiony udział w wyżej wymienionym programie, widziany z dwóch perspektyw.Akuratnie. Książka ta jest dwugłosem o życiu i śmierci. O strachu, radości, gniewie, spełnieniu, przede wszystkim o Drodze. Zużywaniu się, ale nie rdzewieniu.

6.Steve Jobs. Człowiek, o którym słyszeli (prawie) wszyscy, a w 2011 roku gdy gruchnęła wieść, że (jednak) umarł, ten wykład było można zobaczyć, usłyszeć wszędzie, może i w czyjeś lodówce. I dobrze. Tylko zimo .Ale podobnie konserwuje. Tylko nie wiem czy wszystkie nośniki. Żarty na dowolnie wybrany bok, zwłaszcza te czarne, oczywiście, nie chcę nikogo urazić.  Mowy  wygłoszonej w Stanford zaś posłuchać warto.

7. Randy Pausch. Człowiek, który napisał książkę, a następnie wygłosił ostatni wykład, dla swoich Bliskich. Napisać, że stał się on przebojem, to nic nie napisać, napisać, to, że inspiruje, to nic nie napisać. Albo przynajmniej pozwala się zatrzymać. Zwykle ostatni wykład na uczelniach wygłasza się w ostatnim dniu pracy, przed odejściem na emeryturę, a nie jak tutaj, na wieczny spoczynek. Również tutaj rekomenduję najpierw zanurzenie się w książkę, a dopiero potem przysłuchanie się wykładowi (z tych samych powodów), jeśli jednak ktoś woli może zainwestować czas i zobaczyć:

8.Joanna SałygaChustka. Autorka bloga, kobieta, matka, (nie)żona, kochanka, kobieta, która chciała żyć ze wszystkich (nie) sił.Pięknie. Mądrze. Ironicznie.Radośnie. I w bólu, ale bez bólu. Powstała książka (Chustka, Joanna Sałyga, Wydawnictwo Znak) i film (Joanna— obecnie na short liście do Oscara. Nigdzie nie można go obecnie zobaczyć). Wiedziała, że:

Czas jest wszystkim, co masz … i pewnego dnia może się okazać, że masz go mniej, niż sądzisz.

[Ostatni wykład, Randy Pausch, Nowa Proza, 2008];

Jej blog, który przerodził się w książkę, to powiedzenie, nie wszystek umrę, zachowam to co mogę, by gdy dziecko wyrośnie już z krótkich spodenek mogło mnie sobie choć próbować przypomnieć. Nie stracić. Zapamiętać, to czego nie zdążę go nauczyć, a co chcę by wiedział.

9. Jerzy Pilch. Tak, tak żyje, i piszę, na szczęście. Odkrycie tego pisarza i zakochanie się w pilchowskiej frazie jest dla mnie tajemnicą. Niezbadaną,nieodgadnioną. Jak to tajemnice mają w zwyczaju. Otwieram Drugi dziennik na (być może nie) chybił, ale z pewnością trafił i czytam:

Widzisz czujesz źdźbło w swoim oku,oko z źdźbłem stoi znacznie wyżej od oka bez źdźbła Tylko źdźbła i belki są ciekawe. Więcej się dowiesz słuchając kłamstw zakręconych niż prawd prostackich. Tylko kłamstwa są ciekawe. Tylko ból jest ciekawy. Czy w kontekście bólu da się ustalić jakąś prawdę? Niewątpliwie, ale mnie nie ciekawi prawda kontekstu, mnie ciekawi fałsz sedna. Ból jest kłamstwem. Jest nim jako wypaczenie normy, normą jest brak bólu. Jest nim, gdy jest sprawiedliwy, żaden człowiek nie zasłużył na ból I ból codzienny, i z nawyku, oczywisty, w istocie niepojęty,  i absurdalny, zadawany wyłącznie przez tych, co nie wiedzą co czynią. (…)

Zachwyt nie jest żadnym dowodem rozumienia czegokolwiek.Zachwyt często — o wiele częściej niż się wydaje — jest gwarantem niezrozumienia niczego.

[Drugi dziennik. Jerzy Pilch, Wydawnictwo Literackie, 2014]

No i jestem zgubiona panie Pilch. Czytam fragment (d)o bólu i nie rozumiem, i łapię, ale się wymyka. Frazowanie, opis rzeczywistości, to w jaki sposób przestawia Pan kwestie pisania i przede wszystkim czytania, jest mi bliska. I zachwycam się, czyli podłóg tego co zostało tutaj przytoczone, nie rozumiem. Chociaż „o wiele częściej”, czyli jednak nie zawsze, daję nadzieję niepewną, że może nie tym razem… Może pan pisać i o Wiśle, i o piłce, moje zrozumienie tegoż sportu skończyło się na wyczynach Orłów Górskiego, ale pana z ochotą poczytam, posłucham może być i o sporcie,(kobietach i alkoholu)  przecież i tak zawsze jest egzystencjalne… Podobnież sport to zdrowie, a zdrowie, to długie, szczęśliwe, życie….

10. Jak odreagowywała pani stresy? [Dariusz Zaborek pyta Alicję Gawlikowską —Świerczyńską — przypis własny]:

Do dzisiaj tak mam, że jeśli coś mi nie wyjdzie lub wyjdzie inaczej, niż planowałam na przykład stosunki z ludźmi, w których pokładałam nadzieję, to zaczynam się z tą sytuacją rozstawać (…) umieć pogodzić się z sytuacją, i starać stworzyć się coś nowego. Nie ma innego wyjścia,. Ale od razu trzeba przekształcać się psychicznie, a nie szukać półśrodków. (…)

I myślała pani o śmierci?

Jakoś muszę umrzeć, ale na razie traktuję to nierealistycznie. Bo przecież mam dopiero dziewięćdziesiąt dwa lata.

[Czesałam ciepłe króliki, Alicja Gawlikowska— Świerczyńska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2014r].

Alicja Gawlikowska Świerczyńska, to postać dla niektórych kontrowersyjna, nie ze wszystkim trzeba się zgadzać by przeczytać i zastanowić się nad sensem tychże słów. Kobieta, która: straciła wcześnie rodziców, brała udział w konspiracji,  przeżyła obóz koncentracyjny jak również śmierć własnego dziecka, czynna zawodowo lekarka, kobieta, żona, matka…

Jest wielu ludzi, którzy uczą nas w jaki sposób doświadczać życia (i śmierci), smakować je, także jeśli jest gorzko, przede wszystkim wtedy, (nie) nasi Bliscy i Dalecy. Przyjaźni i nie, życzący: lepiej, dobrze i gorzej. Wiele osób zdrowych, i doświadczających niepełnosprawności, cierpienia, choroby, smutku, radości, których imienia nie znam i być może nie poznam. Jedno jest pewne. Nie śmierć i podatki. —chociaż także— H. Jackson Brawn mawiał:

Ludzie na naszej planecie nie stoją w szeregu. Tak naprawdę wszyscy stoimy w kręgu trzymając się za ręce. Cokolwiek dasz komuś, kto stoi obok, w końcu do Ciebie powróci. Może nie od tej osoby po której się spodziewasz, nie w tym czasie, kiedy oczekujesz, lecz wróci. Chcę w to wierzyć. Każda osoba jest zarazem uczniem, uczennicą, i nauczycielem, nauczycielką. Rodzimy się i umieramy. Każda z komórek naszego ciała odnawia się co siedem lat. Rodzimy się, umieramy. Metaforycznie i do bólu praktycznie. Śmierć. rozdział, który także należy do życia, nie tylko uczestniczą w nim te osoby, które zostały tutaj. Morrie mówi(ł), jeśli wiesz jak żyć, wiesz również jak umrzeć. Żyj. Teraz.

***

Wczoraj był dzień życzliwości i osób dobrze życzących, tak więc życzę Ci najlepszego. Uczącego. Radosnego, zadumanego, spokojnego. Tego, czego aktualnie potrzebujesz, pragniesz, tęsknisz, wypatrujesz.

***

Być może jest tak, że początki są bardziej atrakcyjne, ale mniej wymagające. Być może jest zupełnie inaczej.Bo jeśli każdy kij ma dwa końce, to gdzie stracił początek?


  • *mowa Poeta i świat, jest zamieszczona np w Wierszach wybranych, wydawnictwa a5, 2013 r.
  • * każdy początek to tylko ciąg dalszy, a księga zdarzeń wciąż otwarta w połowie, napisała Noblistka, źródło j.w.
  • *proszę sobie wybrać opcję, (aluzja do węzła gordyjskiego jak najbardziej na miejscu)
  • *różnica pomiędzy robieniem a próbowaniem łatwo sprawdzić. Zaobserwuj jeśli, ktoś Ci powie, że przyjdzie na imprezę, albo spróbuje przyjść… Cóż, obstawiam, że druga osoba się nie pojawi, ale będzie próbowała…

24. O tym, co było.

O (s)makach smutku— było. sytuacji gdy unika się książek niczym ognia, i istnieje się pomiędzy dźwiękami przemykając pomiędzy słowami.Obok, trwa. W różnych dekoracjach,konstelacjach. Było. To stan przejściowy, tj. przechodzi na sąsiada (sąsiadkę) także bądźcie uważni, ci, którzy to czytacie… Czy tacie, czy mamie nikomu się nie upiecze… Taki Czas. Gdy człowiek uczy się Siebie. Przygląda się, doświadcza, przeżywa. Przeżywa kolejny dzień. I kolejny…

Czas, dziwna, cierpliwa struktura wymyślona przez Człowieka. Mija. Przeczy. Potwierdza. Biegnie. Robi wszystko i Nic. Zarazem. Jednego nie zwalnia tempa. Może być to bieg:zdarzeń, marzeń,  na orientację, czy inny mara_ton. To co z nim zrobimy, cóż nasza sprawa. Przecież to tylko złudzenia, może znużenia. Z pewnością formy istnienia. Pożyczone. Na teraz.

O tym,że lepiej nie czytać— było. Tak, bo przecież lepiej  doświadczać. Czuć, odmierzać życie czasownikami. Zużywać się skutecznie.  Tak, piszę to bez ironii, i nie dlatego żebym nie potrafiła jej znaleźć, bynajmniej.

Z czystego, albo z brudnego lenistwa. Nie chce misia  mam i ja. Nie widzę potrzeby, i to nie dlatego, że mam wadę wzroku, czy postawy, albo o zgrozo (sic!). Widzę w tym sens. Działanie i czytanie, to tak jak używanie dwóch nóg, na jednej trudno utrzymać równowagę.

Tęsknota sytuuje nas w przeszłości, a pragnienie, ku przyszłości. Uczestnicząc w czytaniu doświadczamy (w pewien sposób), ale myliłby się ten (myliła by się ta), który, która sądził/a by, że to bezcelowe. Czcionka drąży papier, to wiadomo. To tak wyciąganie pożytków z baśni, (o czym cząstkowo, ale jednak było).

Czytaj Dalej „24. O tym, co było.”

23. Smaki smutku.

Napisać, że Carla Bley (z domu Borg) jest postacią nietuzinkową, wyjątkową, wykraczającą poza wszelkie etykietki i nie mieszczącą się w żadnej kategorii, to nic nie napisać. Nie, nie jestem apologetką, a powyższe zdanie to nie apoteoza.

Może  było by lepiej nie pisać nic. Zgrabniej. Skuteczniej. Słuchać. Zatonąć w dźwiękach nie przejmując się zgiełkiem światła i problemami świata. Zmrużyć uszy zatapiać  się w opowieści rozpisanej na pianino saksofon i gitarę basową. Spokoju tu jak na lekarstwo,które w dodatku trudno przełknąć, bo czasami cierpkie, ale album jest bardzo plastyczny… Pogodzenie sprzeczności? Pozorne. Być może.

Znamy upodobania i politykę- kierunek muzyczny, w którym podąża Manfred Eicher, ale ten album wykracza poza… Co mogło by się wydawać niemożliwym, a niemożliwym tym bardziej jeśli weźmiemy pod wzgląd, że kompozycje zawarte na tym albumie są powrotem do klasyki, na nowo zaaranżowanym, wydarza się właśnie teraz…

Pozory robią to, co potrafią najlepiej, mylą, zwodzą,uwodzą— ale pozostaje to co jest niezmienne, choć może być odmienne postrzegane: Piękno. Kunszt, Smak. Album tylko w przy pierwszym odsłuchaniu jest praktycznie liryczny.

Pierwszym nauczycielem Bley był jej ojciec, gdy tylko potrafiła sięgnąć do pedałów fortepianu i innych instrumentów klawiszowych (organy) towarzyszyła mu zapewniając oprawę muzyczną mszy, pogrzebów i innych uroczystości. Nie ukończyła konserwatorium wolała zdobywać doświadczenie,wyjechała do najbardziej zaludnionego miasta w Stanach Zjednoczonych.  Sprzedawała papierosy w  Birdland grała czy to w zadymionych barach, czy na jeam sesions, czy w salach koncertowych. Z miejsca zyskała uznanie najznamienitszych. Nie sposób wymienić osoby, z którymi współpracowała. Dobrze, kłamię, sposób, ale było by to encyklopedyczne,ktoś gdzieś to zapewne uczynił…Lepiej owe ślady wytropić w muzyce, w odwołaniach chociażby do Monka albo Collemana czy Jarreta, z którymi współpracowała. Jej drogę ku własnemu brzmieniu.

Spis utworów:

1 Utviklingssang  7:55
2 Vashka  7:22
3 Les Trois Lagons (D’Après Henri Matisse)  14:59
3.1 Plate XVII
3.2 Plate XVIII
3.3 Plate XIX
4 Wildlife  11:34
4.1 Horns
4.2 Paws Without Claws
4.3 Sex With Birds
5 The Girl Who Cried Champagne    14:24
5.1 Part 1
5.2 Part 2
5.3 Part 3

Udział w zamieszaniu wzięli:

  • Steve Swallow – Bass
  • Andy Sheppard – Tenor Saxophone, Soprano Saxophone
  • Carla Bley – Piano, Composed byNagrano w 2013 roku w Auditorio Radiotelevisione Svizzera, Lugano
  • wytwórnia ECM

(22).O bieganiu.

Życie trzeba mieć skrojone niczym garnitur z najlepszej tkaniny u najlepszego krawca. Dopiero wtedy można się pokazać sobie i światu. Tego zdania był człowiek, który „wymyślił Boże Narodzenie” i (r)o(z)pisał je w Wigilijnej Opowieści.

Wspomniana Najlepsza Garderoba ma (w)pisany, może czasami nieco przypadkiem, wrzask mody. Tak, bo w tym świecie krzyczeć nie wystarczy, chyba, że chce się pobiec za trendami, i (po)być minimalistą/tką. Nie, oszczędzanie jest passe. Poza tym źle świadczy o statusie socjoekonomicznym delikwenta (delikwentki).A i widoki na przyszłość, przeszłość i teraźniejszość też nie napawają optymizmem.

Aktualnie (ob)nosi się  świadomość natężoną do granic (nie) możliwości, albo uprawia się żywność programowo ekologiczną i minimalizm. Żyje się slow ma się flow… W maksymalnym rozmiarze mini. I w gustownych kolorach,tonacjach do tego okraszone z obca brzmiącymi (za)pożyczonymi na wieczność wyrazami. (Za)pożyczonymi na wieczne nieoddanie. I jest epicko, czyli ogarnąć można wszystko.

A co, jeśli wszystko już było. I to z powodzeniem. Powodzeniem na pokuszenie? Taki np minimalizm w Muzyce? A i owszem. A co jeśli ktoś nie wynalazł, nie zapoczątkował, ale kontynuuje? I żyje sobie mniej lub bardziej (nie)spokojnie? Tak,  chociaż programowo powinien był dawno rozstać się z życiem. Oczywiście własnym, nie cudzym.

O muzyce eksperymentalnej, czerpiącej całymi par(t)y-turami z minimalizmu już nie jedna osoba wspominała.Słowem, a raczej akronimem  PPR się kłania  przejrzystość, repetytywność, redukcja. Tak, oczywiście można napisać, że to wystudiowane intelektualne granie, ukazywanie swoich możliwości, a to leży, biega,albo chociaż stoi w sprzeczności w sprzeczności z tym,że muzyka jest emocją. Zarówno o Jeroenie van Veenie jak i o Philipie Glassie napisano już wiele, i pewnie jeszcze dużo czcionki zużyje się pisząc o muzyce eksperymentalnej. Nie, to nie aluzja do tego, że ci pianiści, żyją. I nie miewają okresów.

Od czego warto zacząć?

Hmmm…Chociażby od…

No dobrze Simeon Ten Hollt zmarł był w 2012 roku, co nie oznacza, że o nim zapomniano, albo, że Muzyki Klasycznej się dzisiaj nie tworzy z powodzeniem, zaangażowaniem, ba, pasją, bynajmniej nie szewską. Do nabycia w obowiązkowo dobrych, najlepszych sklepach muzycznych jest box Simeona ten Holta  zatytułowany (nie inaczej): Complete Multiple Piano Works.

Udział w zamieszaniu wzięli:
  • Irene Russo,
  • Fred Oldenburg,
  • Sandra van Veen,
  • Jeroen van Veen

Wydawnictwo: Brilliant Classics

O bieganiu innym razem.

[21]. (Nie tylko”Sonet LXXVII”).O tym, że Will(iam) rację m(i)a(ł).

He says, < I’m not really sure how it goes
But it’s sad and it’s sweet and I knew it complete
When I wore a younger man’s clothes >>”

Billy Joel, piosenka tytułowa z albumu Piano Man wydanym w 1973 roku,wyd. Select Music.

O codziennej, bliskiej, dalekiej : (zbyt, zanadto, dokładnie). O ostrożnej, odważnej (ponad miarę), [nie]rychliwej, kupionej, przeżutej, przeżytej, przechodzonej, [nie]doświadczonej, zapomnianej: wcześnie (zbyt), późno (zbyt), zbytecznie, na szczęście i nie szczęście.

O tej z bagażem: poręcznym, podręcznym, turystycznym, z walizką, neseserem, aktówką, tobołkiem tu_łaczym i tam podrzuconym pospiesz_[nie],  O tej uchwyconej ledwie  (i/już spóźnionej) O spełnionej, platonicznej,nie praktycznej, umorusanej, (nie)czystej, wieczystej cielesnej … Wszystkie piosenki są albo:

  • o „mił”
  • o „ości”
  • o „ach”.

O pomieszaniu, pomyleniu, poplątaniu, prostowaniu, porządkowaniu jednego z drugim, a drugiego z trzecim, a trzeciego z [nie]kolejnym.

Z czego wynika  nieporządek szyku, smaku arytmetyka?  Jest miło_, albo, życie  __ością staje, biegnie, spaceruje, snuje, piędzi, smędzi, swędzi, Śmierdzi, krztusi,kusi albo,  [nie] ma… __ach… Rozbiór logiczny zdania i inne zadania Ciach!:

Ta nasza młodość– słowa:Tadeusz Śliwiak, muzyka: Zygmunt Konieczny. Wykonanie: Halina Wyrodek (nagranie z koncertu Piwnicy pod Baranami, który odbył się  w Kolonii w 1986 roku).

20. Diana Krall.

Można zacząć tak:

Postrzeganie i odbieranie muzyki jest kwestią dyskusyjną, de gustibus non disputandum, est— czy jak to tam jest. Nie chodzi tylko o to, że uroda tkwi w uchu osoby słuchającej, albo,(o zgrozo!) że wszystko jest relatywne. Bo to, że wszystko płynie to ustalił jeden z filozofów, a ja nie zamierzam się powtarzać.

Albo tak:

Nosimy imię, nazwisko,cytaty przeczytanych książek, zobaczonych filmów, rozmów przeprowadzonych w (nie)wyschniętej (jeszcze) przeszłości. Obrastamy w rzeczy, zbieramy zdarzenia, kolekcjonujemy zmarszczki, nawyki i wspomnienia, spieszymy się lub nie do pracy, domu, na spotkania… Nie, to nie lista czynności wykonywanych, zaniechanych, zapomnianych, innychm ani spis czasowników nieregularnych, które odmierzają nasz, i nie nasz pobyt tu i tam. Tylko przydługa introdukcja…

Albo jeszcze inaczej…:_____________________________________________

Czytaj Dalej „20. Diana Krall.”

19. A short story.

Album, który się nigdy nie kończy. Sobie wyobrażasz? To musi być katorga dla zmrużonych, w dźwiękach zanurzonych uszu… Są pisarki i pisarze, którzy tworzą. Cały czas. Tę jedną książkę. Pisząc. Od nowa. Odnowa. Jenak nie chodzi ani o wieczne, zaczynanie, ani o katharsis.

O nic prócz Muzyki. Są pianiści i pianistki. Żyjące nawet. Dzisiaj. Tworzące tak, że przypominasz sobie o tym, że istnieje gęsia skórka, a poza tym, zapominasz o wszystkim co wydarza się poza dźwiękiem. Zatem to druga, długa historia. Wielowątkowa. Z etnicznymi rozdziałami ale rozpisanymi tak, że JAzz ma Czzzzas i to on, liczy się najbardziej. Po prostu misterne łączenie, gdzie nie słychać szwów. Pianistka i kompozytorka pochodzi z Tel Avivu, tworzy w Nowym Jorku, wydaje w Niemczech. Tak wszystko się łączy. Nie potrzeba rekomendacji.Tylko odrobiny nie świętego spokoju i chętnych uszu. Nie jest to materiał trudny,w sam raz na jesień tej wiosny. A Long Story to drugi album w dorobku Anat Fort, a pierwszy nagrany pod auspicjami  niemieckiej wytwórni. Płytę otwiera nagranie:

Warto podziękować Paulowi Motianowi (tak temu samemu, który grał z Billem Evansem i Keithem Jarretem), że zwrócił uwagę na Anat…

  • W zamieszaniu udział:
  • Clarinet, Ocarina – Perry Robinson
    • Piano – Anat Fort
    • Producer – Anat Fort, Manfred Eicher;
    • Edited By, Mixed By – Anat Fort, James A. Farber, Manfred Eicher;
    • Composed By – Anat Fort (tracks: 1 to 3, 5 to 11);
  • Design [Cover Design] – Sascha Kleis;
  • Double Bass – Ed Schuller;
  • Drums – Paul Motian
  • Photography By [Liner Photo (Booklet Page 3)] – Arne Reimer;
  • Photography By [Liner Photos] – Robbin Valentine;
  • Recorded By – John Rosenberg, Max Ross.

[18]. O Bosche[m]!Oczy szeroko zamknięte.

Czymże jest życie, jeśli nie pasmem natchnionych szaleństw?

PigmalionGeorge Bernard Shaw.

Show must go on! Dlatego zaczynajmy, czem prędzej. Pobieżajmy by

nie spóźnić się do Nigdzie. I (za)błądzić skutecznie, w tych Światach, które są warte przeżucia naszego Czasu. Patrzeć by Dostrzegać, a Żyć by Doświadczać. Czuć pod stopami trawę zieloną, stojąc na obu nogach, mieć w ustach smak dobrze krojonego dzisiejszego dnia. I nocy wygodnie nieprzespanej. Zmierzać do swojej Ultima Thule. Bez przypisów, przepisów, pośpiechu, za to z innymi czynnościami na p…

[***]

— Tak byś chciała?

— Tak. D o k ł a d n i e   tak.

[***]

Nic nie powiedział tylko brwi uniósł. A mógłby chociaż słowo, nie, nie, że wymagam dużo: jedno,dwa,trzy,  noooo chociaż pięć -dziesiąt. Zdjęcia dwa (koniecznie rentgenowskie), podanie (ale nie: ręki,nogi,czy innego członka), życoobrys i curriculum żegnae sobie daruję. (Nie ma to jak robić sobie samej prezenty. Przynajmniej  nie trafione. Jak kul(k)ą w płot(kę)). No nie zmierzamy w stronę elaboratu,tylko w stronę słońca, iść ciągle iść, w stronę słońca, w stronę słońca aż po horyzontu brzeg. [Wiem fałszuję] jak najdłużej…Wiem, wiem, jak tylko jak zobaczę światełko w tunelu to mam zrobić czynność na p, w przeciwnym kierunku… Ale przecież tak naprawdę i nieprawdę zmierzamy do Nigdzie. Chwycił za rękę najbliżej stojącą osobę. Tak się dziwnie (roz)złożyło, że byłam nią ja. Całkiem przepadkiem.

— Wyprowadzam Cię na spacer.

Najpierw brwi, a potem cztery litry litery. Uniosłam. Uniosłam się (z) honorem! Jak się bierze w garść, walizki i ślub. Tako i ja się (za)Wzięłam. (Po)szłam by nie (za)wrócić. Zamknęłam: oczy(wiście) książki, sprawy i drzwi. (wy)Miarowym krokiem spieszyliś(my)  by uniknąć popołudniowych korków, wzroku, tłoku i przeznaczenia. Żadnych znaków, nawet szczególnych, drogowych, zodiaku, przystankowych ,o ostrzegawczych nie wspominając. Słowacki też nie rechotał.¹ Czyli tak jak (za)wsze…

***

 Wszędobylskie słowa wyzute są z sensu. Tak bym powiedziała, gdybym nie uskuteczniała w tej chwili— i  nomen omen moment wcześniej, milczenia. [Noooo tak m o m e n t y   były]. I za późno też było, by się odwrócić i poszukać wejścia awaryjnego. Rozglądam się. Na próżno. Mam bałagan w oczach, i nie chodzi tu o wadę charakteru, wzroku, lub potrawy postawy, czy utrzymania równowagi, wewnętrznej homeostazy, wszystko (w)płynie!

Spojrzał. Tak się (roz)złożyło, że na mnie. Bezczelnie. (Szczelnie, czy bezczelnie, ale dobry z niego hydraulik). Krok za krokiem, wchodzę, wchodzimy, bezszelestnie. Ujarzmiamy tupot kroków. Uciszamy spojrzenia. Głaszczemy zachwyt. Strwożoną, spoconą,nieco zdrętwiałą, na pewno śmiertelną dłonią. Szukam mojego wzroku. Mam bałagan w oczach.

***

Stanął przed nami. A w głowie huczy i przewraca się uporządkowany cha!os.

— Myślałaś, że to Cię minie. I to najlepiej. Szerokim,tryumfalnym, łukiem. Najlepiej. Tak jak mijają, terminy ważności, pociągi, ciągoty, ciągi bliższe i dalsze, i dni…

— Mówią o mnie wszystko czego nie wiedzą. Bo skrzętnie zacierałem ślady moje. A Oni i One, uprawiają niedynskrety swoje. Nie jedną gębę mi przyprawiają Heretyka,że nie ilustrowałem Żywego Słowa zamkniętego w dziele konkretnym, przypisują nie drobnym maczkiem, za to pismem nielekarskim recepty, sposoby odczytania, odbioru jedynie słusznego i to , to, że należę do Adamitów, gdzie drogą do zbawienia jest rozkosz All you need is love,a to tropią alchemię i astrologię, zoologię i biologię,mitologię i heretyckie wersety. All you neet is boo(to)ks, panowie i panie! Took took! Pasmo. Pismo ideograficzne dla zaawansowanych. Forpoczta do dysput, i rozkosze dla oka i członków wszelakich. A myślisz, że z jakiego powodu nie datowałem prac swoich. Przecież to marność i wszystko marność. Najważniejsze jest posłanie, przespanie, przesłanie i własna koszula, (furaskóra i komóra) Właśnie! Skóra, ta zaś wiadomo, kusi i zawodzi, zawozi i zwodzi na pokuszenie… Niczym dzieła moje. Nie jestem taki świetny, śnięty, święty, jak mnie malują. Przepraszam, język mi się plączę, to od tych farb…Choć pomaluj mój świat na żółto i na niebiesko! O, o, o mniej niż zerooo! NIe lubię ujemnych temperatur, aaaale wróćmy do tematu. Tak, przyjmuję zlecenia…Wszystko zależy od perspektywy. Ot, Tryptyk Rozkoszy Ziemskich oglądany gdy jest zamknięty, to tylko płaska Ziemia, i trzeci Dzień Stworzenia. Nie, nie ma rozpraszać kontemplujących, ale sprzyjać medytacjom. Po otwarciu rzecz inna, orgia kolorów, i fantasmagoryczne sceny. To sportretowanie świata przed grzechem pierworodnym, to jeszcze nie utopione w głupocie ludzkiej utopie. Utopię, ja utopię impresje, znaczenia, i przeznaczenia, konsekwencje i…Drogę skażę, początek i kres_ka.

Cóż, i po śmierci mojej dyskutują, czy i w jakiej mierze przypisać mi program, moralizatorstwo, i grożenie pędzlem. Są, i owszem prace i takie, stworzone dla mieszczan, tak by potwierdzić ich status, uwypuklić, i schować się w cień, des demony, diobły,strzygi i upiory programowo przeznaczone  dla ludzi z wyższych sfer. Ze znacznie cięższą sakiewką. Oczywista, by nie straszyć, a mieć gdzie powiesić oczy. Wszystko ma warstwy, cebula też ma warstwy! Mam i ja!

Udzielałem się jak ojciec, dziad, i pradziad  w Bractwie Pani Naszej i zadzierzgnąłem tam znajomości niebłahe. Nie lico napełniłem sakiewkę. Nie szczędząc grosiwa na Kościół. A i ślad w mych dziełach pozostawiłem, ziścił się on chociażby pod postacią Łabędzia Białego. To nie tylko symbol końca peregrynacji duszy zmarłej do bram Niebieskich. I sygnał, że już puka doń, (listonosz zawsze dzwoni dwa razy), ale nie o to chodzi, wróćmy z tychże dygresji, chodzi o godło naszego Bractwa. Gdybyście na ucztach bywali to wiedzielibyście, że podawano tam podówczas  to ciemne, łabęzie mięso Tak, kreowałem legendę własną, któż tego nie czyni? Sam sobie zaprzeczam? Nie datując swych obrazów? Niech przypisują mi więcej, niźli mniej, niech się zastanawiają, aż po czasu kres…

Sposobność miałem i taką, że mieszkałem w trzecim co do wielkości mieście Brabancji.  Gdzież uciekać, po cóż gonić. Zmyślam?Gdybyż sława nie była i celem moim to pewnie nie przyjąłbym pseudonimu, który łatwo jest wymówić. Po cóż mi było wyjeżdżać? Także i pozostanie anonimowym, jest pewnym śladem, czyż trudno jest udawać anonimowego mając t a k i ch protektorów i apologetów (protektorki i apologetki) Filip Piękny,czy Izabela… Nie, nie będę wymieniać, ustawiać w szeregu,…Hmmm… Schowałem się za szaleństwem mi przypisanym, żem abnegat i outsider, chorym psychicznie i uzależnionym od substancji psychoaktywnych? A któż zdrowy waży się pogodzić bieg wieków, czy wyznaczyć nowe Idee fixe? Cóż, że poprzestawiał mi się chaos i hałas? Gdym widział pożogę w wieku lat trzynastu?  Któż wspomnień nie ma?

Żem się wkupił w ród opływający we włości, znaczenie i czeki, że za sprawą ożenku zyskały me prace, a że moja połowica jest przysypana prochem przykryta, niczem włosiennicą? Kimże jesteś by się przed Tobą sumitować? Wieki i usta otwierać?

A może to (wzystko) anagramat, szarada, fanaberia chichot losu? Jam jest Hieronymus Anthoniszoon van Aken Sławię i ganię czasy, z których się zrodziłem! Trepanacja czaszki, Lecznie głupoty, Wyrzynanie kamienia… Cóż, Średnie Wieki to nie tylko nie tylko ważenie humorów, amulety na bolącą kiszkę, oko i trzustkę. Ten (Ta), kto tak twierdzi jest… ehmmm. To ja wyposażyłem chirurga, a i samego diabła! w lejek. A i  a naukowczynie w okulus obdarzyłem.

 Żongluję tak pędzlem, barwą jak i znaczeniem, techniką i jej skomplikowaniem wszelkim, perspektywą. Rozdaję palimpsesty jak w najlepszej grze. Grze o życie. Wieczne. By wietrzne stało się wiecznym, bo cóż, tutaj jesteśmy przypowieścią Pascala. Możemy chować się za technologią, językami wieloma,  znaczeniami. Mój Statek szaleńców, czy to jako satyra, czy jako komentarz do dzieła literackiego, czy jako obraz wielokrotnie analizowany płynąć będzie dalej przez wieki, człowiek pośród żądz swoich prowadzony nie przeminie. Tak szybko. A może i na szczęście, wszak Ci co na górze nie gardzą uciechami somy, sławią piękno erotyzmu, a kary surowe toć to tylko w penitencjałach straszą. Dla przykładu, i ku zmyleniu nieprzytomnych potomnych.Sławo Słowo to słowo. I tak będzie zawsze.  Dzięcioł to nad grzechem ogłoszone zwycięstwo, puszczyk imię herezji, szczekający pies rozbestwienie plotki, miesiąc to symbol niedołęstwa umysłowego, pomieszania zmysłów, utrata władzy nad myślą, to obraz niestałości wszelakiej. Dzbanki, dzbany to przecież waginy i diabła obraz przecież nikt inny jak on się w nim kryje ujawnia się na przykład podczas sabatu czarownic a nóż to odpowiednik męskiego narządu płciowego,wiele strzyg, obrazów świętych to moja wizja, rewizja i przeznaczenie. Jedno co spaja i wyznacza linię życia to  naszpikowanie symbolami dzieł, baczenie na kondycję Sprawdzam czy goniąc swoją mądrość homo jeszcze sapię. Czy homo jeszcze sapiens.  Mieszam humor i grozę, grozę i gnozę, przestrzeganie i postrzeganie. Czego się boisz? I czy nadal chcesz zanucić piosenkę, że zamruczę…

Chciałbym się jeszcze powłóczyć z Tobą, póki żyjemy i mam Cię obok.
Poznać wszystkie diabły, anioły,
elfy, strzygi i upiory.
Błąkać się w obrazach świętych,
spędzić dwie noce u wiedźm przeklętych.
Spotkać tego, co się boją – Boga ze zrudziałą brodą


Oranżada autor tekstu Jacek Stęszewski, piosenka pochodzi z albumu Oranżada,zespołu Koniec Świata – wyd. Lou & Rocked Boys, 2010 r.

Jeśli ktoś się spodziewał takiego obrotu i ciał nie niebieskich i spraw. To nie byłam tym kimś ja. Jeśli się spodziewał, to jest cholernie bogaty, gdyż uskutecznił milczenie. Jak to się stało, że wróciłam/ wróciliśmy do siebie. I stanęliśmy obok. Chyba nikogo to nie interesuje…


Rechot Słowackiego, z albumu  Dwie Skały,J. Kaczmarski, 2001

[2 listopada minęła sześćdziesiąta czwarta rocznica śmierci  Georga Bernarda Shawa].


Oczywiście krótka przypowieść o Hieronimie Boschu nie wyczerpuje tematu. Chociażby jego fascynujących dzieł. Można oczywiście śledzić,naśladowców, odniesienia do jego wizji, nie, nie mam na myśli tylko Surrealistów, czy wspomnianego tu Jacka Kaczmarskiego (Syn Marnotrawny) Jacka Kleyfa i innych, można poprzestać na dziełach, które sam stworzył, albo na tych, których autorstwo mu przypisano. Dla mnie w pewny sposób alter ego Boscha to Vermeer. Nie, nic mi się nie pomydliło. Wiele jest interpretacji i analiz. Za mną chodziła tylko jedna, jedyna piosenka pewnego popołudnia, i przyszło pytanie, co by było gdyby tak rzeczywiście   Poznać wszystkie diabły, anioły,/elfy, strzygi i upiory./Błąkać się w obrazach świętych,/spędzić dwie noce u wiedźm przeklętych./Spotkać tego, co się boją – Boga ze zrudziałą brodą…