[11]. A mi to Dotto*.

—Znałem tę kobietę. Była z gatunków tych, które świat określa jako c h a r a k t e r y s t  y c z n e. To ją zgubi, oszczędzi i pozwoli jej się odnaleźć, a nam nie zapomnieć.

Patrzę na tego mężczyznę, o pomarszczonej twarzy astronoma, który równie dobrze mógłby być antykwariuszem, lekarzem, filatelistą, czy zbieraczem profesji nieuzasadnionych, niepotrzebnych, zasłużonych jak jego pożółkłe starością palce umalowane niezbywalną miłością do nikotyny. Zastanawiam się, czy potrzeba filozofowania przychodzi z czasem, czasem, który już nie gra w naszej drużynie, a my czujemy jego ziajanie tak, że na karku włoski stają na baczność, i czy przypadkiem ekwilibrystyka języka nie jest kompensacją niezgrabności ciała.

—Czy to jest przestroga, czy zachęta? Pytam raczej z grzeczności dla podtrzymania konwersacji. Znasz to uczucie gdy wchodzisz do przedziału zajmujesz miejsce i nie masz nic pod ręką, w uchu, w zasięgu wzroku co mogło by Cię uchronić przed światem, który wdziera się w to kim jesteś gdzie jedziesz i zaburza Ci ten nieświęcie grzeszny, ale własny spokój. Zaraz się zaczną spowiedzi o kolejkach do lekarzy, o nieudolnych politykach, o jeszcze bardziej niestrawnej grze reprezentacji polskiej w piłkę, która kiedyś nazywała się nożna. Chociaż teraz po wygranej z Niemcami, i remisie ze Szkocją… Ale tematy do rozmów są zawsze, a to o cenach, o pogodzie, o nieodśnieżonych chodnikach (przecież za niedługo zima znowu zaskoczy drogowców- chociaż wybory, to nie wiadomo, czy tym razem jej się uda), a no właśnie właśnie o wyborach i Bóg i Człowiek wie jeszcze o czym…Tak ten człowiek zapewne mi powie zaraz o czym,  No właśnie wiem, kobiety, miłości niespełnione, zawiedzione, rozwiedzione i programowo nieszczęśliwe… To zawsze aktualne.

—Przeszkadzam pani? — wyciągnął mnie ze strumienia świadomości stosowanej. Mam nadzieję, że przynajmniej nieprzemoczoną i w niewymiętym ubraniu.

— Nie. —przybieram pozę numer pięć i trzy czwarte: pod tytułem: Aktywne słuchanie, kontakt wzrokowy, dłonie złożone w piramidkę, sylwetka lekko skierowana w kierunku interlokutora, za chwilę będę poziom wyżej, włączę potakiwanie, wtrącenia i pytania świadczące oczywiście o zainteresowaniu. Niezmąconym i prawdziwym. Oczywiście. Oczy wiście, pod właściwym kątem tak by utrzymać kontakt wzrokowy. Mam z tym problem, wiecznie muszę się napominać…

—Naprawdę ją znałem. Jak, jak własne linie papilarne.

No tak, można kogoś znać jak własną kieszeń, jak zły szeląg, jak łysego konia, ale linie? Prawda jest taka, że w życiu, tym najbardziej doczesnym z doczesnych,trzeba dbać o linię. Wszystkie osoby,czyli te, które były, są, i/lub będą na diecie się ze mną: zgadzały, zgadzają lub będą zgadzać. Linia powinna być gruba i wyrazista. Koniec. Tropka, część pieśni. Gruba i wyrazista. No, dobrze,z tym pierwszym przymiotnikiem, jestem gotowa pójść na ustępstwa (pójść i nie wrócić. To ten rodzaj spaceru jaki uprawiają niektóre niewiasty wychodząc za mąż) tak więc pierwszy przymiotnik —niekoniecznie, ale wyrazistość, styl i lekkość, a właśnie lekkość i ciało, skoro już przy somie jesteśmy…

— W sumie Maria  była zafascynowana ciałem…Nie niebieskim, astralnym, stałym… Bardziej nie stałym,i nie chodzi o różnorakie przyjmowanie póz, (także tych najbardziej horyzontalnych)…, ale takim, które się (z)używa, rośnie, kurczy się, dojrzewa, słowem: ludzkim. Ożywionym. Pięknistym… Deklamuje staruszek w znoszonej koszuli, o bliżej i dalej nie(po)znanym imieniu, przez grzeczność i zbieg okoliczności niełagodzących nie wspominając o nazwisku, (numerze buta, telefonu, kołnierzyka…i tak dalej…).

— Tak więc to było Pożegnanie z Marią. —zauważam zanim złapię najpierw za głowę, potem  za słowa. Chociaż pewnie trzeba by było odwrotnie.

— Patrzy na mnie uważnym wzrokiem, takim jak czyta się przypisy w uczonych księgach. Mogłabym powiedzieć, że zapada cisza  gdyby nie gwizd lokomotywy i miarowy turkot pociągu, tak więc nie ma napięcia, zmieszania, które: można trzeba, należy, zażegnać. Jest ko, ko, ko, koły sanie, sanie, ko, ko…

— Hmm.  Raczej pożegnanie z naiwnością, z tęsknotą i pragnieniem. Takimi prawami rządzi się ten świat, że tęsknota prowadzi nas w przeszłość, a pragnienie ku przyszłości. Mnie zarówno pierwsze i drugie odebrano.

Maria, pochodziła z domu, w którym używało się przymiotników do określania, budowania, i poznawania rzeczywistości. Jeśli kredens, to Biedermayer najmniej. Jak kanapa, to sofa, szezlong, otomana. To są takie domy, w których na określenie deszczu ma się w podręcznym słowniku trzydzieści określeń. I to tylko w języku najmniej obcym, bo ojczystym.

— W zamożnych domach mówi się przymiotnikami.

Nie zauważa mojej uwagi. Mówi dalej:

—Pobierała nauki w prywatnej szkole w Petersburgu, studiowała w Krakowie i Monachium. Pierwszą wystawę miała w Kijowie — bodaj w 1916 roku. Przez osiem lat była żoną Kazimierza (Taka sobie przechadzka). Pożycie jak najbardziej małżeńskie zakończyło krótkie cięcie, nie cesarskie, a rozwód —w 1926 roku. Współpracowała z warszawskimi, łódzkimi kabaretami. Potem przez trzy lata mieszkała we Francji, w Paryżu współpracowała tam z wieloma czasopismami, zgubnym dla jej kariery było opublikowanie jedenastu, słownie jedenastu obrazków. Nie mylił  by się ten,kto pomyślałby, że chodzi o jakieś perwersyjne, wyuzdane, ociekające erotyką publikacje, były to karykatury pewnego malarza, który się nie dostał na ASP ponieważ nie potrafił malować ludzkich twarzy. Za to Maria… Maria potrafiła. Ów Malarz zaprogramował potem Niemcy na jedynie prawdziwą sztukę, a innym (narodom, nacjom, społeczeństwom) „zafundował” sztukę przetrwania. A że był już u władzy gdy jej publikacja się ukazała to pod naciskiem władz niemieckich wystosowano powództwo  Francja ją pozwała. Sąd pierwszej instancji skazał malarkę, miała zapłacić grzywnę w wysokości 500 Franków. W skutek apelacji jaką wystosował, ten no, jak mu tam?  Sarrault, Albert Sarrault,  kwotę drastycznie zmniejszono, lecz nie anulowano, a Ambasada Francji zmusiła ją do wyjazdu. Adolf Hitler pamiętał  tę zniewagę…Gdy wybuchła II Wojna Światowa, Maria  ukrywała się na prowincji, lecz w wyniku donosu, jak tylko zjawiła się w Warszawie została schwytana przez Gestapo, a potem skazana i wywieziona najpierw na Pawiak gdzie odbywała karę do 1942 roku następnie do Ravensbrück**, z orzeczoną karą śmierci za zniewagę naczelnego wodza Trzeciej Rzeszy. W obozie malowała portrety współwięźniarek i projektowała lalki do szopek wigilijnych, które były wystawiane na terenie obozu. Jeśli kto malował ładnie mógł podobnież liczyć na odrobinę większe racje żywnościowe…  Po uwolnieniu wyjechała, w celu ratowania zdrowia do Danii i Szwecji, ale szybko wróciła, bo już rok po wojnie była w Warszawie. Jest pani z Warszawy?

Zapytał i nie czekając na moją odpowiedź kontynuował. Zamieszkała przy ul. Wolskiej, dokładnie pamiętam, Wolskiej 82/86 lokal .46. Nigdy tam nie byłem, nawet potem gdy utworzono tam muzeum. Zwłaszcza po tym. Nie miałem odwagi. Śmiałość mnie opuściła ilekroć byłem prawie u celu. Po wojnie również współpracowała  z najbardziej liczącymi się na rynku czasopismami takimi jak Szpilki, czy Przekrój. Wykonała scenografie do przedstawień, teatry w Łodzi,czy Warszawie były dumne z tego faktu, projektowała kostiumy, czy to do  baśni, takich jak Czerwony Kapturek, czy  stroje dla dam polskiej sceny kabaretowej, każda wtedy chciała nosić się jak Ordonka!

— I ta moda wraca.

— A no widzi pani, wraca! Tak jest. Ale Maria nie ograniczała się tylko do fatałaszków, ilustrowała książki (także o tematyce szachowej),a nade wszystko była ulubioną ilustratorką Jana Sztaudyngera, tak, tak, Sztaudynger,  tego apelującego o zachowanie higieny, Myjcie się dziewczyny i tak dalej, zresztą  tę fraszkę też zilustrowała, tak jak jego książki, i fraszki publikowane właśnie w Szpilkach. I, o zgrozo, jego kartki pocztowe wydane w połowie lat pięćdziesiątych Ha, nie wiedziała pani! Zgrozy nie było , ale jakaż  była obraza, gdyż autor nic o tym zabiegu nie wiedział, z tym, że jak to często bywa  integracja celów gwarantuje   sukces w działaniu, państwo się pogodzili. A dalsza współpraca była nader owocna, także myśląc o jednym, nie sposób myśleć o drugiej… Mówią o niej różnie, że stworzyła karykatury antyżydowskie, że angażowała się politycznie, ale ja tego nie widzę jak patrzę na jej prace. Tego tam nie ma.

Jak nie ma tłumów na cmentarzach, to pod wieczór, chadzam na Powązki i stawiam jej malutki biały znicz.

—Przykro mi.

—że umarła?

Kiwam głową.

—Wie pani, czego odżałować nie mogę. Nie jej śmierci, ale tego, że został mi ślad na ścianie.

Ślad?

Włamali mi się do mieszkania w czwartek, i wzięli tylko ten obraz, tylko ten obraz, Berezowskiej. A on był całkowicie mój, mój. Nawet jak ktoś przychodził i spoglądał to obraz do mnie należał, bo ja robiłem to częściej, znałem go najlepiej. Gdybym choć wiedział, że w środę spoglądać będę po raz ostatni…

Nic nie powiedziałam. Tak kołysaliśmy się w rytm pociągu pod niespecjalnym nadzorem, nieuchronnie zmierzając do celu podróży. Nigdy przedtem, nigdy potem już go nie zobaczyłam. Jak to bywa z przygodnie nie poznanymi towarzyszami podróży.

*Dotto, pseudonim Mai Berezowskiej. Naprawdę na imię miała Maria, choć nigdy go nie używała. Polska scenografka, malarka, rysowniczka, karykaturzystka, Zyskała sławę w Polsce i na świecie.

** Ravensbrück— tzw. literatura obozowa,ta o charakterze naukowym, jak i ta o beletrystycznym jest pokaźnych rozmiarów Polecam uwadze Czesałam ciepłe królikiautorstwa D. Zaborka, wyd. Czarne, Warszawa, maj 2014 r, ujęcie inne niż wszystkie.Alicja Gawlikowska-Świerczyńska, z którą przeprowadzony jest wywiad,   w jednym zdaniu wspomina Maję Berezowską, niemniej książkę warto przeczytać ze względu na odmienne ujęcie tematu.

Na stronie można zobaczyć prace, które wykonały więźniarki obozu koncentracyjnego w Ravensbrück.

Źródło fotografii Wikipedia.

2 myśli na temat “[11]. A mi to Dotto*.

Zapraszam do dyskusji :):

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s