[07]. Prosto. „Eternal”.

Dziewczynki. Dziewczyny. Frajerki. Kobity, Kobiety. Baby,Staruchy. W kapciach,szpilkach, tenisówkach, na koturnach, boso. Kobiety… Kobiety… Kobiety…  Udajesz, że widzisz: rano, popołudniu, wieczorem, przed, w,  i po przerwie, goniąc swoje bardzo nieważne pilne sprawy. Kobiety: stare, młode, bez wieku,z metryką: zmarszczek, zaniedbań, blizn. Z brudem za paznokciami, z pieczołowicie wypielęgnowanymi dłońmi, z tobołkami, torebkami, walizami, z pustymi rękami, kieszeniami pełnymi szeleszczących skrawków rzeczywistości nadpisanych na małych, pożółkłych  kartkach papieru, a może białych, pośpiesznie wydartych z brulionu: w linie, kratkę, gładkiego. Kobiety. Kobiety z listami: poleconymi,  zakupów, wymagań, obowiązków (wobec)…

Kobiety z głowami: ponad, oczami: dookoła, ze zdartymi zelówkami, z umalowanymi: włosami, ustami, paznokciami, ze zrogowaciałym naskórkiem dłoni. Kobiety w sukienkach (obowiązkowo czerwonych); spodniach (obowiązkowo obcisłych); miniówkach(obowiązkowo prowokujących); dresach (obowiązkowo nijakich); gorsetach. Gorsetach ? Gorsetaach. Ach…  Na ulicach, wykładach, zakupach, koncertach, w pracach, w domach. Domach obcych, znajomych, przyjacielskich, wrogich. Własnych. Dalekie, bliskie, jeszcze bliższe, najbliższe Nieobecne.

Bezczelnie nieobecne. Zjadł je czas, starość, zapomnienie, zaniedbanie, niechlujność i chlujność: A nade wszystko moja, własna, przydziałowa nienasycona, wiecznie usprawiedliwiana, pielęgnowana, wypieszczona… Niepamięć, która chlubi się, pęcznieje i rośnie w najlepsze. Nad wiek okazała, butna, rumiana. Dobrze odżywiona Właśnie wytarła mordę ociekającą tłuszczem, beknęła (jak po wyśmienitej uczcie u Bengalczyków) i wstała od stołu nażarta niemożebnie. Toczy się teraz na galaretowatych nogach,  ku kuchennym drzwiom.

***

Jest wyjątkowo. Coś unosi się w powietrzu. Coś, odświętnego tak jak zapach pomarańczy i goździków w grudniowy wigilijny poranek, poranek dzieciństwa. Czujesz? Nie? Oczywiście, że nie. Kłamię. Jest jak co dzień. Miasto. Miasto wrze: od pośpiechu, hałasu i brudu. Po ulicach spieszą garnitury, surduty, gorsety, łachmany, z: hałaśliwymi pijanymi głosami, z krzywymi uśmiechami, pogardliwymi, nieobecnymi, rozbieganymi spojrzeniami, z zachrypniętymi pretensjami, z prezentami, z profesjami: robiące coś bardzo ważnego,robiące tylko dobre, złe, najgorsze, pierwsze i ostatnie  wrażenie.

Chcę. Chcę,chcę,  pragnę, wymagam, domagam się by było wyjątkowo, uroczyście, podniośle. Ten jeden jedyny raz. Tylko teraz, nigdy więcej o to nie poproszę. Przyrzekam. Chcę, bo to, to by mnie usprawiedliwiało. Tymczasem jest obrzydliwie, nieznośnie, do bólu: zwyczajnie.

Ręce mi się pocą. Dyskretnie (albo tak mi się tylko wydaje) wycieram je o sponie.  Mam ściśnięte gardło. Żołądek przytula się do kręgosłupa niepieszczotliwie się owijając. I uwiera mnie biała bluzka, nie cierpię białych bluzek. Są nienagannie wypracowane, wyprasowane i wkładane na szczególne okazje: rozdania świadectw, rozmowy o pracę, podwyżkę, przepustkę. Wzute na pierwsze: komunie,spotkania, i ostateczne pożegnania: bliskich, jeszcze bliższych najbardziej  dalekich (nie)znajomych. Uwiera mnie kołnierzyk, szybko go rozpinam, jeszcze szybciej rezygnuję. Idę, niepewnym krokiem. Jestem. Jestem. Przeglądam się, niby to przypadkiem w szybie wystawowej.Za wcześnie? Tak, jestem tak jak zawsze. Z a w s z e  . Słowo stałość, obietnica, bezpieczeństwo. Nie. Nie. Jestem, jestem  jak nigdzie. Jestem.  Wejść? Nie wejść? Wejść? Nie wejść?Już wejść? Jeszcze nie wejść?Teraz zaraz? Czy zaraz potem? Chcę nacisnąć klamkę, i już, już,już unoszę wilgotną dłoń, niemalże dotykam jej metalicznego kształtu..Ale właśnie ktoś wychodzi i… Mijam go (ją?)  Stoję w wejściu. Nie mam wyjścia. Rozglądam się z pospiesznie kupioną pewnością. Tyle, że cudzą, nie własną. Jeszcze nie ułożoną, niedopasowaną, a już potrzebną. Gdzież Ona może być? Jest niska? Czy wysoka?Rachityczna, czy korpulentna? Wesoła? Poważna, czy…Widzi mnie. O Boże. Wstaje od stolika. Jest poważna. Jest poważna? Czy to gra światłocieni? A może to wina jej ubioru? Niech mi nikt nie mówi, że nie zwraca uwagi na ubiór. Ale tu tłoczno, że też nagle całe miasto w tej chwili… Próbuję odgadnąć nastrój. Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem. Droga ewakuacyjna? Droga ewakuacyjna. Nie istnieje.

Przywitanie. Kurtuazyjna, wymiana zdań o:,  tłumach  na ulicach, uprzejmościach, (i nie), wiadomościach, najnowszych (i nie) wrzaskach mody Stop, stop, stop, widzę, że to grząski grunt, niebezpieczny temat, czerwony alert, lepiej nie poruszać. Nie dotykać, nawet nie spoglądać. Zatem (obowiązkowo) o pogodzie. Już mam zgrabne zdanie,już biorę je na język, już wiem, że barometr, że wietrznie, że duszno, że..

Przychodzi kelner. Zamawiam bezpiecznie. Herbatę. Bez cytryny. Bez cukru. Bez ciastka. Upieram się, że nie lubię, nie gustuję, trzymam linię (oj trzymam trzymam kurczowo, obronną, wytyczoną starannie, wyrazistą kreską). Nie, nie nie stanowczo nie znoszę tych, tych, tych pysznych, kremowych, pięknie, piekielnie wyglądających, jeszcze lepiej pachnących,  a najlepiej smakujących, domowych (wedle zapewnień kelnera) rozpływających się w ustach (a nie w dłoni) wypiekach. Wypieki to ja mam własne, na twarzy- (że też wszystko od razu można ze mnie wyczytać). Wycieram szybko (mam nadzieje niezauważalnie) dłonie w spodnie. Kelner idzie z odsieczą. Herbata, będzie można udawać, że się pije, będzie można udawać, że się rozmawia, będzie można udawać słuchać.

***

—Proszę mnie nie pytać o dzieciństwo. To, to było…Było. Dawno Urodziłam się zimą, w Białosówce  to na Podolu. Pani wie jakie tam są zimy?  No, ale nic to. I nie sposobność, nie czas, o tym teraz rozprawiać. Jestem. Jestem… Tak, co tu srożyć słowa jestem stara…

—Stara?—Dopytuje się niepewnie, ale zaraz łapię się na tym, że popełniam faux pas.

Zamyśla się. Nie przerywam. Powoli unoszę filiżankę do ust.

— Gimnazjum ukończyłam w Warszawie, tak wiem, daleko. A cóż, jest blisko? Wie Pani ile nerwów, ile zabiegów, starań, próśb i nalegań kosztowało mnie, by móc wyjechać na studia? Nie o to chodzi, że Genewa. Ale, że zbytków mi się zachciewa że fanaberia, że moda, nie moda, bunt, że nie takie czasy. Nie takie czasy! A mnie aż spalało w środku, gdy dzień podobny do dnia, godzina do godziny, minuta do minuty, a sekunda do sekundy. Nie, nie wy, młodzi nie… Teraz…Ach, przepraszam, zapewne nie wszyscy. Niech Pani nie czuję się dotknięta…

–Nie skądże. Absolutnie. Zapewniam pospiesznie.

Poza granicami kraju, Kraju… Tak więc poza granicami-podejmuje- kształciło się tedy… Ale niewiele było kobiet. Studentka, to synonim, ehmm, kobiety do towarzystwa, a nie z towarzystwa, i -bynajmniej, nie naukowego. Było nas mało. Choć, przyrodnictwo, nie powiem cieszyło się powodzeniem, noo może nie takim jak sztuki piękne, czy prawo… -Teologia— jak trwoga… Wiadomo— i zawód pewny, w czasach chwiejnych… niemniej na brak kandydatów nie narzekano.

Tyle, że mnie szarpało w środku. Ooo taaak. -Zarysowuje powietrze obok siebie– więcej  pytań bez odpowiedzi, a te co są, niechlujnie rzucane półgębkiem lub pismem lekarskim tak że odczytać ich niepodobna. A każdą uchyla odpowiednie pytanie. A ja, chciałam wiedzieć. Wiedzieć. Więcej więcej pewna byłam, że gdzie jak gdzie, ale tam, wtedy ukoję skołatane nerwy. Znajdę, dogrzebię, wynajdę odpowiedź, wśród rozmów, opasłych (może trochę zakurzonych) ksiąg, ale jednak. Nic, tylko zwidy,fantasmagorie i pogoń. Zasypianie pragnień wiedzy, religią gdy prawdziwego źródła odkryć niepodobna. Czym różni się wiara w Boga, od tej, wyznawaną w naukę, czy postęp? Wiem, niemodne to pytania, i niebezpieczne. Zaraz to przylepią nam gęby, i wydarzą wyrok na sądzie  ziemskim, ale do bólu ostatecznym. Bez prawa do apelacji. Każde spojrzenie wrogie. Każda mina prowokująca, każde słowo obce. Takie to oto zostaną nam przypisane przymioty.

Mówiąc to widzę jak zaciska palce, spojrzenie jej się wyostrza a oczy smutnieją. Słucham uważnie.

—Wróciłam tedy do Krakowa, Rodzice mi pomarli, a tutaj, Helenka, współtowarzyszka moja z czasów genewskich, no i możliwość nauczania. Oddania tego, co się dostało. Przywrócić kobiety światu.Oto jest zadanie. Bo przecież tutaj od osiemdziesiątego szóstego działa…

Stowarzyszenie Pomocy Naukowej dla Polek imienia Kraszewskiego. —Recytuję jak wywołana do katedry. Przerywam chcąc się popisać swoim przygotowaniem, i zrazu się wycofuję. Niegrzecznie jest przerywać starszym. –Napominam siebie w myślach,  i tylko spoglądam przepraszająco.

—Właśnie. To Pani wie o naszych założeniach? O powinnościach? O obowiązkach kobiet, ale i obowiązkach wobec nich samych? O tym, że powinny się kształcić? O tym, by umożliwić im zażywanie intelektualnej przyjemności?  O tym, że muszą być świadome swych praw?

—Wiem, mówię  uśmiechając się przyjaźnie.

Uczenie sprawiało mi nie lada przyjemność, i widać było efekt. Niemalże od razu.Tylko, że po tym skandalu… Czytała pewnie Pani Czas? Ach, tak, wszyscy czytali… Androny plotę. Potem nastąpił rozłam w Towarzystwie, a wszystko wzięto na karb mojego zagranicznego wykształcenia i mej niewiary.  Ach, i to doszło do Lwowa, do Biskupa, nic, człek za Prawdę został ukarany. Za stanięcie w Prawdzie wedle swoich przekonań i nauk swoich. I spór z dyrektorem toczyć przyszło. Ale w imię zasad, musiałam powiedzieć to o czym przekonana byłam natenczas i jestem nadal. Jakbym wyglądała w oczach panien, nie tego ich uczę. Nie tego. Do kościoła powinna iść z nimi osoba wierząca, a nie ze mną panny wysyłać. Odmówiłam, co miałam robić? Zaprzeczyć? Wierzyć w jedno, a robić drugie? Pozwolić by postrzegano trzecie? A pisano o czwartym? Zresztą, tu nie idzie o jakieś tam artykuliki jeno o przekonania, zasady, powinności.

Jak Pani wiadomo, po tychże brewerjach, wzięłam urlop w celu podreperowania nerwów. Ale jak się okazało, potem, nie miałam do czego wracać. Wymówiono się, proszę sobie wyobrazić [sic!] brakiem austriackiego obywatelstwa. Na nic moje umiejętności,  monity moje do Muzeum, czy Krytyki, —odrzucono. Powiedziano, że nie wydrukują. A Biskup… List napisałam, spotkać się chciałam, dobrą wolę wykazałam… Daremny trud i zużywanie pióra, strun głosowych i  zelówek.

Bezradnie wzrusza ramionami. Zawiesza głos.

—Ale że życie nie lubi próżni, i działań takowych to i kształcić można wszędzie. Stąd idea  Towarzystwa Uniwersytetu Ludowego im. Adama Mickiewicza. Wszak światło edukacji potrzebne jest wszędzie niezależnie kto, kiedy, gdzie się urodził, czy pan, czy chłop. Należy wiedzę szerzyć i organizować odczyty, biblioteczki, wydawanie książek, ku pożytkowi wspólnemu. Umiejętności wszakże mi nie odebrano. Nie odebrano. A uczyć trzeba się przez całe życie. Wie pani ile z tym pracy? A to broszura, a to koncert,  a to wykład, a to nowy numer periodyku, a to do Czytań Historycznych coś napisać, a to na wiedz pojechać, ludzi uświadamiać… Czasami nie wiem gdzie oczy położyć… Przepraszam, że się tak użalam…

—Nic nie szkodzi…

—No i ta przeklęta Historia, Rewolucja. Czytała Pani Protest?

—Czytałam. Nie można poniewierać godnością robotnika w Warszawie…

—Tak jest! Tak napisałam. Wyspiański nas nie poparł…Kręcił, mącił, sumitował…

—Tak wiem. [Tylko nie wiem, czy zakrzyknąć do licha z Wyspiańskim, więc milczę]. Nie wiem co powiedzieć, więc zmieniam temat. Dosyć nezgrabinie to wychodzi, koślawo.

—Pisze Pani cały czas? Wiersze były entuzjastycznie przyjęte…Remedium na szerzącą się dekadencje…

—Piszę, wyjeżdżam dużo, i daleko. To by poszerzyć horyzonty, to by pofolgować zdolnościom, wydać coś i podreperować nerwy. Zdrowie, jak Pani wie, u mnie liche…

***

 Zdrowie, jak Pani wie, u mnie liche…Pamiętam. Pamiętam, że pociły mi się dłonie, pamiętam, że krzesła były niewygodne, że paliło się nieskrępowanie i dużo. Pamiętam urywane zdania. Nie wszystkie. Niestety. Jestem. Jestem… Tak, co tu srożyć słowa jestem stara…Zdrowie jak Pani wie u mnie liche… To ostatnie  dźwięczy  mi do dzisiaj w uszach. Uparcie powraca złą wróżbą.

Spotkałyśmy się. Raz, tego popołudnia.Tłocznego, nachalnego, niepewnego, spoconego, spieszącego do nigdzie i diabelnie uwierającego popołudnia. Któż mógł wiedzieć, że będzie to spotkanie  pierwsze i ostatnie zarazem. Przeżycie czegoś po raz ostatni jest gorsze niźli przeżycie tegoż po raz pierwszy. Zwłaszcza gdy uświadomimy sobie że to już się nie powtórzy.

Co czuję gdy przechadzam się ulicą Pijarską 3? Albo idę na Cmentarz Rakowicki? Co czuję gdy wspomnę, że Marcelina Kulikowska wybitna poetka,dziennikarka reporterka, pedagożka, andragożka,działaczka społeczna emancypantka. Strzeliła prosto. Strzeliła celnie. Prosto w serce. Własne. Tym razem bez wahań i bez przenośni.

Wracam, powoli ulicą, uważnym krokiem mijam…Mijam.

***

Mijam: Dziewczynki. Dziewczyny. Frajerki. Kobity, Kobiety. Baby,Staruchy... Przyglądam się uważnie. Natarczywie i niegrzecznie. Pewnie tak ktoś powie, a niech powie. Niech powie ile z nich znamy naprawdę? Tych bliskich, nie wyciętych z encyklopedii, słowników, okrągłych zdań. Z naburmuszonych twierdzeń. Kto jest naszą Matką? Babką? Prababką? Praprababką?, Praprapra… Ile imion, nazwisk, cech charakterystycznych potrafimy wymienić? Jak bardzo nieznajome są dla nas własne albumy ze zdjęciami? Po kim mamy to spojrzenie? To upodobanie do niebieskich koszul? I wstręt do truskawek? I wysypkę po wykrochmalonych ubraniach? Jak nieznajome są ulice: po których chodzimy, spieszymy się, odnajdujemy i gubimy? Ile imion w sobie (z)nosimy? Jakie szlaki przecieramy… I czy kiedyś już nas nie było, w jakimś słowie, nawyku, przy jakimś stoliku? Czy nie piłyśmy herbaty z panią żyjącą do bólu współczesnym XIX wieku? Czy nie zostawiłyśmy tam napiwku,parasolki, książki, spojrzenia, słowa, milczenia…

Mijam.

Mijam.: Dziewczynki. Dziewczyny. Frajerki. Kobity, Kobiety. Baby,Staruchy…Przecieram oczy.Wytrzymuję pierwsze, drugie, trzecie kolejne spojrzenie. Nieco zaspana spoglądam w lustro. 


Dla osób zainteresowanych:

Do poczytania:
por.: Agnieszka Brożkowska, Marcelina Kulikowska. Strzał w serce [w:] Ewa Furgał (red.), Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie Emancypantek, Kraków 2009;

2 myśli na temat “[07]. Prosto. „Eternal”.

Zapraszam do dyskusji :):

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s