[15+1]. Kołysanka, czyli Miłość.

noc tężeje wzmaga się ciemność jak werniks zapada nad miastem zamyka go bez planu pozory robią to co potrafią najlepiej mylą tyle się wydarza w ciszy nie sposób zamknąć w gest otworzyć w czynie słowa są bezradnie piękne tylko forma tylko smukłość gramatycznie niepoprawna szelest wymyka się  znaczenie i smak wchodzę do wody zanurzam się delikatnie czuję jej gorycz i siłę tkwiącą w niestałości chłód i moją gęsią skórę płynę

pamiętam rocznice nieokrągłe twarze  gesty wzdłużające się cienie za ciasne buty myśli za wąskie horyzonty sprzeczności fantasmagorie zdziwienie piękna i moc zachwytu niosą mnie rady dawane nie w porę skradzione chwile zdarzenia zdań i równoważniki prognoz, rytm kroków rozmów i dat   płynę

kalejdoskop tęsknota otwiera przeszłość pragnienie przyszłość jestem każdym ruchem i zastygłą myślą płynę

wiatr kładzie się na mojej twarzy usta pierzchną oddycham miarowo płynę

***

***

Aga Zaryan nagrała album dla Muzeum Powstania Warszawskiego [2007] Jednak dla mnie materiał który wykracza Poza  wszelkie rocznice. I taki był zamysł autorski. By pokazać wszystkie odcienie codzienności. Oczywiście znajdziemy tutaj, tak w warstwie  stricte tekstowej, tak doboru postaci, jak i aranżacyjnej Ślady. Ślady. Ślady…

Krystyna Krachelska— Od miasta wolała otwarte przestrzenie, wieś, pola, chmury, i niebieskie niebo. Posiadała fenomenalny słuch, śpiewała tak publicznie, jak prywatnie. Użyczyła twarzy warszawskiej Syrence, o czym nie wiedzieli jej Rodzice, czy Bliscy, z którymi podówczas mieszkała (w warszawskiej komunie przy ul. Fałata). Tym trudniej było ukryć ten fakt, iż owo pozowanie trwało rok.  Syrena miała być szklana, umieszczona na postumencie niejako wyłaniającą się z Wisły. Ostatecznie nie zrealizowano tej wizji gdyż pochłonęła by za dużo środków finansowych. Krystyna Krachelska zginęła pierwszego dnia, w pierwszej godzinie Powstania Warszawskiego na Polach Mokotowskich. Została postrzelona przez niemieckiego snajpera. Ratowała rannego kolegę.

Ostatni wiersz napisała dwa miesiące przed  śmiercią.

  • AGA ZARYAN  UMIERA PIĘKNO
  • 1.Kalinowym mostem chodziłam – sł. Krystyna Krahelska
    2.Warszawa widziana po raz trzeci – sł. Elżbieta Szemplińska
    3.Wiersz o nas i chłopcach – sł. Krystyna Krahelska
    4.Miłość– sł. Krystyna Krahelska
    5.Żoliborz – sł. Mira Grelichowska
    6.Umiera piękno – sł. Anna Świrszczyńska
    7.Kolęda warszawska – sł. Józef Żywina
    8.Piosenka o Powstaniu – sł . Jan Twardowski
    9.Miłość (repryza) – sł. Krystyna Krahelska
  • Michał Tokaj muzyka i aranżacja wszystkich utworów, fortepian
  • Michał Barański — kontrabas,
  • Łukasz Żyta —perkusja
  • ponadto: harfy, obój i sekcja smyków.

[16].[W] Imię Sztuki.

O c z y w i ś c i e , ż e   s ł y s z a ł a m o Hrabinie, z Dalekiego Kraju. Mamy odmienną wizję Sztuki i inne życiowe doświadczenia. Ja nigdy nie zagram Julii. Nie ogranicza mnie płeć moja. Jestem tak wspaniałą kobietą jak wyśmienitym mężczyzną. Nie ogranicza mnie me ciało. Nie jestem stworzona do romantycznych brewerii… Paryż jest mój, mój, mój. Cóż, tam Paryż, cóż tam Francja, cały świat należy d o m n i e.  Mogą się śmiać, że przemykam pomiędzy kroplami deszczu. Mogą się śmiać, że mdleję i krwawię na żądanie, że śpię w trumnie, że to wszystko farsa, dramat, i godne pożałowania fanaberie, że straszę pokojówki przygotowując się do roli w moim prostokącie z różanego drewna wyściełanego atlasem.

Że jestem kapryśna? Ot, nie należy zakłócać miru. Paryże i Londyny wybaczą mi wszystko. Ale to ja, ja, ja jestem  krajanką Eugène Delacroixa, o mnie pisze Shaw, cóż tam, Shaw, o mnie pisze świat cały. Jam jest pierwszą diwą Paryża, Francji, Świata. Kobietą, która zyskała dla innych Głos, Ta, Która Przemówiła po wiekach milczenia…

Oczywiście można doszukiwać się podobieństw w biografiach naszych, cóż, takie prawo i przekleństwo Historii. To ja, studiuje po godzinach podłe ciała w prosektoriach. W imię Sztuki. To ja patrzę  w oczy medyków i śmierci. Przede wszystkim śmierci.  Ja uczę umierania, a upadam tak,że pozy moje studiować będą długo po mojej śmierci. Upadam by Zmartwychwstać za miliony.

Elektryzuje, hipnotyzuję, zdobywam. Jestem po prostu Gwiazdą. Nie przeszkodzi mi w niczem amputacja nóg. Czy jestem zapalczywa? —Pan pyta— Ach, to ten epizodzik w  Comédie-Française… Tak spoliczkowałam tą aktoreczkę, ale i tak potem kupiłam ten teatr. I zamysły swoje realizowałam. Niezliczone me talenta. Oczywiście, każda diwa ma humory, lecz ja potrafię się zrewanżować… Errare humanum est…

… Że mam dziwne upodobania, oglądania ludzi, którzy przyszli na plac umrzeć. Egzekucje? Tak widziałam sposób działania gilotyny. Tegoż humanitarnego sposobu rozstawania się z życiem przez skazańców, kalek, galerników, więźniów, sierot,szaleńców, pacjentów szpitali, prostytutek i umysłowo chorych, paralityków, niewolników, tych, którzy   targają się nań z własnej ręki. Studiowałam ciało. W imię Sztuki.

Cóż tam szemrzą adwersarze moi? Że litery poprzestawiałam? Że zarabiałam ciałem własnym na chleb z szynką i szampanem? Cóż, tak moja Matka była metresą. Tak, tułałam się po domostwach różnych, i w różnych pokojach spać mi przyszło. Poznałam życie od (niejednej) po(d)szewki. Jak zarabiam, tak zarabiam. Owszem, od losu nierządnicy, uratował mnie przyrodni brat Napoleona,tak, tego Złodzieja Europy. de Morny kochanek mojej matki. Tej, która wtrąciła mnie do lochu szkoły zakonnej, by mieć ze mną spokój, a wzięła mnie stamtąd, nie  żeby mieć ze mnie pożytek. Umiałam zdobyć poparcie kogo trzeba by się kształcić. A skandale i skandaliki to sposobiki i sposoby na to by mówiono o mnie samej. Trumna, sposób tani i skuteczny już nie mówią o chloroformach, igłach ukrytych w apaszkach, i  chudości. Nie o podłości, upadłości, co najwyżej o wystudiowanych upadkach. Co najwyżej o sposobie w jaki się poruszam, i o hipnotyzującym głosie.

Henriette Rosine Bernardt (źródło zdjęcia).
Henriette Rosine Bernardt (źródło zdjęcia).

Cóż, wasza Hrabina też jest dzieckiem z nieprawego łoża, także pobierała nauki u sióstr, i także wiedziała jakichże protektorów sobie obrać. Mężczyźni, a i owszem, są ważni… Lon TellegerHugo, Flaubert, Dawid Herbert Lawrence, Napoleon III,  Dumas (młodszy),  Zola, Edwarda VII, Tomasz Edison, pyta pan, czy z nimi sypiałam? Galerię jakich imion chce pan utworzyć? A nich gadają, ci, co chcą, jak chcą i kiedy…Widocznie tak być musi. Rzeźbi i reżyseruje się przede wszystkim życie własne. Życie jest Sceną. Moją…

Męża nie kochałam, za to on oddał serce innej. Jak ją zwą? Morfina proszę pana.Casanowa de Sade I.   A i owszem i miłość się czasami zdarza i z to z niej rodzą się,czasami dzieci nieślubne. Tyle, że drogi jej kręte,wyboiste, a jakże to często bywa na tychże stoi rodzina, z którą, wiadomo najlepiej na zdjęciu. Najlepiej z boku. Najlepiej się odciąć…

Że to matka mnie opuściła, no cóż.  Nie muszę się tłumaczyć z przyrodzonego talentu, należnej mi sławy, i prywatnych posunięć.

…Że po stokroć umiem umierać nie potrafiąc żyć, przybieram maski? A czyż taniec z kostuchą też nie jest jego częścią? Mnie pisana od maleńkości, cóż mi pozostało innego niż ujarzmić ją? Że ją sama prowokuję hołdując i hodując zwierzęta dzikie, cóż… A kto mi zabroni skoro cały świat nosi mnie na rękach nie tylko dlatego żebym nie umoczyła sukien drogich…Jeśli owacje, to godzinne, jeśli publiczność, to szlochająca. Tak być musi.

Bo Imię moje Sarah Bernhardt. Złotymi zgłoskami zapisane będzie. Nie przykryje go dyskurs o mym (nie) doskonałym ciele, kurz, zawiść, zazdrość i krytyka ludzka.

———

Sarah Bernhardt [Henriette Rosine Bernardt]— aktorka dramatyczna, pierwsza kobieta, która przemówiła w filmie. Rzeźbiarka, reżyserka, skandalistka.

15. Preludium (nie tylko) dla dzieci.

Jak pisać o odchodzeniu bez patosu i zużytych, przeżytych, przeżutych słów. Jest bardzo trudno łatwo. O wiele trudniej jest wykonywać ćwiczenia z obecności, u_ważności, troski, miłości. Zaklęte konsekwentnie w drobnych gestach. W pędzącej na złamanie rąk, nóg, szczęki, i karku codzienności. Właśnie wtedy,wtedy gdy wytłumaczenie jest obecne, wtedy gdy korki, kolejki i pośpiech, wtedy— czyli z a w s z e .  Wytłumaczenia są pod ręką, bardziej niż rękawiczki, szaliki, i czapki, które jednak trzeba wydobyć z pomocników, komód i szaf.

Człowiek to w pewien sposób składowa, zwyczajów, składowych i rytuałów. O tym, że muzyka pełni w tym jedną z wiodących ról już było. O tożsamościach w muzyce jeszcze będzie. To bardzo ważna nić. Nić, która się przeplata nie tylko w kojarzonym zeń nurcie world music, ale wybrzmiewa zawsze.

François_Riss_Lullaby
Lullaby Françoisa Rissa (źródło zdjęcia).

…Krótka piosenka śpiewana a cappella, najczęściej w metrum w 6/8.  Zakończona łagodnym zmniejszaniem dynamiki utworu. Co zwykle skutkuje  efektem koły, koły, kołysania.  Co przecież nie dziwi bo używana jest w celu usypiania dzieci. Stąd nazwa utworu. Do kanonu muzyki poważnej wszedł w okresie romantyzmu w postaci miniatury fortepianowej. Liryzm, ze  stałym, dwunutowym akompaniamentem (ach, użyteczna lewa ręka), opartym na dominancie i tonice. Do najsłynniejszych kołysanek należy ta autorstwa Johannesa Brahmsa. Wystarczy tylko zmrużyć uszy by usłyszeć Trzy kołysanki op. 48 (1922) Karola Szymanowskiego, utwory napisane do słów Jarosława Iwaszkiewicza, nawiązujące do tematu wojny i rewolucji. Kołysanki i tańce op. 47 na fortepian i skrzypce autorstwa Henryka Góreckiego, dedykowanej  Mikołajowi, jedenastoletniemu podówczas synowi kompozytora. Cykl składa się z sześciu miniatur. Dwie pierwsze to melancholie, żeby nie napisać, smutne utwory,   Kołysanki i tańce to argument, za tym,że muzyka poważna nie jest tylko i wyłącznie przeznaczona dla dorosłego słuchacza/ dorosłej słuchaczki.  Można tak tropić, i wyliczać i nawiązywać to do motywu Tanatosa, to do dance macabre, skończywszy na najbardziej znanych motywach w Muzyce tak poważnej, popularnej (Kołysanka dla okruszka, czy płyty adresowane specjalnie dla dzieci [1984] Był sobie król Maryli RodowiczKołysanki Utulanki Magdy Umer i Grzegorza Turnaua [2003] album był częścią kampanii społecznej Przytul Dziecko) i oczywiście—filmowej nie pomijając oczywiście komedowej kołysanki. Współpracę Komeda — Polański otwiera zilustrowanie etiudy pt: Dwaj ludzie z szafą, następnie film pełnometrażowy Nóż w Wodzie, a następnie Dziecko Rosemary. 

motyw przewodni z filmu Wierny Ogrodnik, 2005 rok.

Śpiewanie to element kultury. To sposób budowania relacji społecznych. Sposób na przekazanie,budowanie,utrwalanie emocji. Być może to sposób na ujarzmienie śmierci. Sposób na Bycie. Blisko. Teraz. Choć przez chwilę. Bez patosu, bez zużytych, przeżutych i przeżytych, słów. Śpieszmy się śpiewać historie, tak szybko odchodzą.Możemy się wspomóc. Z odsieczą przychodzi nam płyta, która zasługuje na bliższe  Kołysanki z całego świata. Nie wiem, czy szesnaście płyt jest dostępne w naszym kraju, ale warto zwrócić uwagę na to wydawnictwo. Nie tylko ze względu na to, że zostaną zaprezentowane piosenki (prawie) z całego świata, ale również dlatego, że w tym rytuale została zauważona rola mężczyzn, ojców. Płyta pt. Papa’s Lullaby została wydana w 2001 roku i ciągle zachwyca. Warto nie tylko czytać dzieciom na dobranoc, ale i śpiewać. Naukowcy i naukowczynie potwierdzają, że to forma sztuki, i to jedna z pierwszych, z którą spotyka się młody człowiek. Starsi Panowie dwaj dawno lansowali tezę, że Piosenka jest dobra na wszystko.

Jak słowa się zużyją warto pośpiewać, lub chociażby wspólnie pomilczeć. Być. Po prostu. Żyć teraz.

14. Ale kwiatki!

Czaro Jeśli zapytam Cię gdzie najrzęsiściej,najbardziej literacko, najbardziej konsekwentnie pada  to pewnie będziesz wiedziała. Dlatego nie zapytam.:D  (nie)Spokojnie.Was też nie zapytam, bo także grzeszycie wiedzą. To widać z kroju czcionki! (wy)Czytać można jak z nut.  Zostawmy przepowiednie meteorologiczne… Na moment.

Przejdźmy do przepowiedni meldunkowych. Spacerkiem po jednym z największych w Europie malowniczych Rynków ku zachwycającej krzywiźnie ulicy Brackiej  Napiszmy to całkiem po cichu, po wielkiemu cichu, że jej nazwa  to nie nawiązanie do upodobań florystycznych. Uwaga, w innym mieście na KA, też jest Bracka ulica. Tak więc jak to jest?

Jak jest każdy (każda) widzi. Nie Bratek, ale Brat. Czyli wszystko zostaje w rodzinie. (Mówią, że z nią najlepiej na zdjęciu się wychodzi. I to jeszcze stanąć z boku, byle by się  mogło, oczywiście p r z y p a d k i e m odciąć.  O wychodzeniu, wchodzeniu i turystyce pieszej jeszcze będzie). Gwoli ścisłości najsampierw był bratski z czasem ts przeszło w c zadomowione w polszczyźnie. Gdyby teraz nazwano tę ulicę pewnie była by Braterską, albo Bratnią. Tak krakowska jak i warszawska ulica odnosi się  więc do Braci. I to nie studenckiej, ale kto był(a) w grodzie Kraka ten (ta) wie, że nie opodal znajduje się Kościół Franciszkanów, czyli Braci Mniejszych. Dobrze, tutaj sprawa jest jasna, prosta (jeśli pominąć charakterystyczne ze względu na  konieczności urbanistyczne, chodniki),ale Warszawa? Otóż, warszawska ulica przechodziła przez grunty, które należały podówczas do zakonów,zborów i bractw. Tak przy jednym jak i drugim trakcie znajduje się wiele ważnych budynków. Świadków Historii i histerii.

Stolica. Obecna:

To nie tylko ważny trakt Historii mordów Niemieckich. Tak przyzwyczailiśmy się, że miasto to dręczone było i jest przez Kalipso.

  • Polska Agencja Prasowa (nr 6/8)
  • Skwer Wolnego Słowa i pomnik Memoriał Wolnego Słowa,
  • Wolf Bracka – dom handlowy, w którym mieści się salon mody. Jeśli szukacie butiku Gucciego to tam właśnie. A i nie ma to nic wspólnego z Pszczołą Mają(nr 9).
  • Kamienica Zofii Kiersnowskiej (nr 18) –  dawniej mieściło się tam Gimnazjum Ludwika Lorentza.
  • Pałac Brzozowskich (nr 20) tak, tak to pierwowzór pałacu księżnej Bilińskiej Jarosława Iwaszkiewicza. Tutaj także mieszka bohaterka  Balzakianów Jacka Dehnela.
  • Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy (nr 25) zaczął funkcjonować już w 1914 roku. Niedawno wydana książeczka Cezarego Łazarewicza pt: Sześć pięter luksusu. Przerwana historia Domu Braci Jabłkowskich.( Kraków: Znak, 2013), ale to nie jedyna publikacja poświęcona temu przybytkowi. Niedawno, bo w 2011 roku Bracia Jabłonowscy wrócili na Bracką.

Stolica. Przeszła:

  • Kamienica Hetmańska
  • Nie istniejąca już winiarnia Bodega;
  • Dom Władysława Orkana;
  • Pamiątkowy portal po kamienicy kupieckiej Pod Białą Głową;
  • Dom nr 7 związany z postacią Adama Mickiewicza;
  • Kamienica nr 9 gdzie mieszkał jeden z architektów Plant;
  • sąsiadował z nią budynek, w którym mieszkał Ludwik Michałowski;
  • Kamienica nr 12 chyba bardziej znana jako tzw Pałac Larischa
  • nie wspominając już o Ligenzach i Jordanch. (Trzy numery dalej).
  • …i kawiarniach, kawiarenkach i innych przybytkach rozpusty.

Apele o nieprzenoszeniu tego tam i z powrotem, nie skutkują. Dwa w jednym:

Oczywiście ulicę rozsławili  panowie dwaj  (jeszcze) nie starsi. Jeden z Warszawy, który napisał był słowa (uczynił to gdy przebywał chorując u drugiego Pana, oczywiście Krakusa). Ów Krakus zaniemógł nieco później gdy skończono kręcić teledysk. Oczywiście przetrwał,wyzdrowiał był, czego nie można napisać o fortepianie. W piosence leje permanentnie:

Grzegorz Turnau– muzyka, Michał Zabłocki– słowa, Wyd. Pomaton EMI 1995, album To tu, to tam.

Stop, stop, stop. Strop. To nie koniec.  To ściana. Deszczu. Ale tak poważnie to jest jeszcze Nad Scriptum (bo od tego powinnam była zacząć), czy Wiecie, kto przed wojną mieszkał w Warszawie przy ulicy Brackiej?  Czekam na odpowiedzi. Próżno jej szukać po wikipediach, czy kopalińskich.

13. Fortuna trąbką się t[ł]oczy…

…To wiadomo nie od dziś. Nie tracąc energii i czasu przejdźmy tanecznym krokiem do rzeczy. A to trąba! Nie, nie nikogo nie obrażam, do głowy mi nie przyszło.  Powiedzmy to jasno i wyraźnie (chociaż nie wiem czy czcionka może przełożyć się na wadę wymowy? Zakładając, że nie jestem medyczką i nie używam hieroglifów i nie muszę takowych odczytywać). W tem, i w tam_ten Ad rem!

—> Trąbka to nie jest to instrument dobrze postrzegany przez ludzi, ani w tej, ani w żadnej innej z poprzednich epok. Tak, tak próbują to zmienić jazzmeni, ale kogo prócz Stańki i Armstronga jesteśmy w stanie wymienić tak na wrząco, tak na szybko? Zakładając, że nie  jesteśmy  entuzjastkami (entuzjastami) JAzzu? Tak, instrumenty, mają swoją historię nie wyłoniły się przecież z niebytu. To nie deus ex machina. Taki na przykład dęty blaszany… Był przez wieki kojarzon z władzą, ba on po prostu był z nią skoligacon! Z jednej strony zwierzchnictwo kościelne (to wszystko co wiąże się z religią, sztuką sakralną),z drugiej z władzą świecką -formalną (np wojskową), z trzeciej wygrywanie hejnałów, oprawa obwieszczeń etc. Z kolejnej to wszystko co wiąże się ze sferą Obyczajowości (przez Wielkie Oby),czyli  tradycji np polowania, czyli także swojego rodzaju  władzy, określenie prestiżu, stanu posiadania, statusu socjoekonomicznego.  Nie zapominajmy o tym, że  istnieją też wewnętrzne podziały, komu w jakim czasie można uderzyć w jakie (wysokie, czy niskie) tony. Granie na tym instrumencie nie jest ani łatwe, ani proste (z technicznego punktu widzenia), i było kiedyś obwarowane wieloma przepisami, których oczywiście trzeba było przestrzegać bezwzględnie.Czemuż się dziwić, że ten instrument nie cieszył się uznaniem?

Zostawmy tak zdziwienia jak deliberacje. I przemiany społeczne też porzućmy, podrzućmy, porzućmy.  Tomasz Stańko, postać —legenda. Kto (nie) zna, niech biegnie na koncerty, lub do księgarni. Tak, tak do księgarni. I nie muzycznej, ale jak najbardziej analogowo-papierowej. Desperado. (Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2010). Ale zostawmy pana Tomasza w twórczym nie-(s)pokoju,ale jak najbardziej niech przygrywa nam trąbka, w najbardziej jazzowy sposób. Oto mamy przed sobą, muzyka młodego pokolenia, który zaczął znajomość z tym osobliwym instrumentem dopiero w wieku lat dwunastu, zanim poświęcił się Muzyce przez Wielkie MU, uzyskał tytuł magistra nauk prawnych, oczywiście, edukował się muzycznie,(pod kierunkiem Piotra Wojtasika), a dwa lata temu uzyskał stopień doktora na Akademii Muzycznej w Poznaniu. Obecnie prowadzi życie jak z nut.  To wizytówka nie tylko Wielkiego Polskiego [Wielkopolskiego] Jazzu nie chodzi  (a przynajmniej nie tylko) o miejsce urodzenia Artysty. Wielokrotnie odznaczany (np jako Nadzieja Polskiego Jazzu, uzyskał też Paszport Polityki). Muzyk tak zdolny jak zapracowany.(Dla przykładu ma na swoim koncie projekt m.in dotyczący Oskara Kolberga). Ale nie jesteśmy tu po to by wyliczać aktywności, płyty, zaangażowania.

Można pisać o: brzmieniu,przestrzeni, lekkości… Można pisać posiadaniu: własnego studia. O produkcjach i nagraniach: własnych, a l e pora przede wszystkim posłuchać w jak profesjonalny sposób bawi się dźwiękiem:

Tak, tak brzmi prostota i smak. Polecam zmrużyć uszy. Zamknąć oczy i odpłynąć. Bez patosu. Bez planu. Bez adresu. Maciej Fortuna to przykład tego, że warto skręcić z prawa (odrzucając nęcące propozycje: na przykład odziedziczenia kancelarii po ojcu)  iść  z prawa na lewo, po prostu  iść drogą własną, dróżką nieprzyciasną. I żyć, żyć (jak) z nut.

***

Maciej Fortuna Trio At Home:

  • Krzysztof Gradziuk – perkusja;
  • Piotr Lemańczyk – kontrabas;
  • Maciej Fortuna – trąbka, instrumenty różne;
  • Gościnnie Marta Podulka – śpiew (utwór 7);

Rejestracja: Fortuna Music Studio in Poznan, 11.12.2012;
Realizacja nagrań:  Maciej Fortuna & Maciej Frycz;
Mix i mastering: Fortuna Music Studio;
Wydawca: Fortuna Music [2013 rok];
Materiał został zarejestrowany 11.12.2012 w Fortuna Music Studio w Poznaniu;
Realizacja nagrań: Maciej Frycz i Maciej Fortuna ;
Mix i mastering: Fortuna Music Studio;
Producent: Maciej Fortuna;

12. Odezwa.

  • Szaleni Szanowni Państwo (i… Państwo);
  • Drodzy Klienci i Klientki;
  • Umiłowani Bracia i Siostry;
  • Ludu pracujący Miast i Wsi;
  • Przyjaciele i Przyjaciółki (i inne „ściółki”);
  • Koledzy i koleżanki (i inne „anki”);
  • a właśnie! Inni*. Z w ł a s z c z a Inni

Czy tu, czy_tam, a właśnie, czy_tam… Czytam, poświęcić, poświęcać czasu na lekturę nie warto! Implikuje to tylko różne nieporozumienia i straty (nie tylko) moralne. Pozwólcie, że wymienię kilka ważnych powodów (kolejność nie gra roli, ale pierwsze skrzypce już tak). Może moje świadectwo (odezwa, mowa, elaborat etc*) uchroni chociaż jedną osobę  przed manipulacją, prowadzeniem niezdrowego trybu życia, czy(li) pozwoli na powściągnięcie swych szkodliwych skłonności i żądz:

 W błędzie są Ci, którzy (które) dumnie  prężą pierś wypinają ją , unoszą wysoko głowę i nade wszystko mówią/piszą: Czytam więc jestem. (To dlaczego potem nagle znikają)**?

 Czytanie szkodzi zdrowiu! Tak fizycznemu, jak psychicznemu. Dlatego na każdym egzemplarzu książki powinno być napisane, żeby przed użyciem skontaktować się z biblotekarzem(-ką), antykwariuszem(-ką), czy innym (inną) frarmaceutą(-ką),albo przynajmniej trzeba przebrać przez obrazki na ulotce;

  ad vocem pierwszego: czytanie jest bezpośrednią przyczyną uszczerbku na zdrowiu przytoczmy kilka podkładów, przekładów, przykładów:

  • postawa ciała: (ileż można wytrzymać w jednej pozycji?);
  • poziom słuchu: (gdy mamy do czynienia z książkami mówionymi) wzrok jeśli gustujemy w grzesznej przyjemności sięgania po książkę wydaną tradycyjnym sposobem;
  • na świecie coraz to bardziej rozpowszechnia się groźna choroba, jej nazwa zwyczajowa to bibliozna  i medycyna naszych czasów, nie ma na nią remedium; 
  • czytanie na głos nadwyręża struny głosowe i daje asumpt do  bliskości, a ta jak wiemy to samo zło;

 ad vocem drugiego zagadnienia:

  • czytanie, szczególnie w  dużej ilości (folgujemy swoim zachciankom  jeśli np.:nie ograniczamy się do bryków, albo/i lektur obowiązkowych) powoduje straty psychiczne. Nade wszystko komplikuje i tak nie łatwą już rzeczy(oczy)wistość, stawia przed nami niewygodne (i niepotrzebne) dylematy,pytania, problemy, kwestie do rozwiązania etc* (np. tyć, albo nie tyć ? O to: jest zadanie!);
  • pozwala uświadomić sobie własną niewiedzę (po co to komu, i tak jako społeczeństwo mamy niską samoocenę. Lepiej żyć w wielbłądzie***że jest się pępkiem, nogą, ręką świata);
  • grzeszne treści niezdrowo pobudzają wyobraźnię (a to jak wiemy jest niebezpieczne);
  • czytanie przyczynia się nie tylko do zwiększenia zasobu słownictwa (a po co mamy ujawniać kim jesteśmy?), ale również, (a może przede wszystkim?) sprawia, że słyszymy —w mowie, i widzimy —w piśmie  wielbłądy błędy swoich współbraci (i współsióstr), co prowadzi do irytacji, obniżenia nastroju, i zwątpienia w kondycję świata przestawionego, przedstawionego (Pić, czy nie pić o to jest pytanie? I dlaczego tak mało?).
  • po co poznawać siebie. Najlepiej po prostu sobą być. Tak często nam to powtarzają (i mają rację****);
  • czytanie utrudnia interakcje społeczne wystarczy poruszyć  kilka kwestii:
  • trudniej manipulować, poprowadzić ludzi ku dobru. Przecież każdy chcę Twojego dobra (dlatego nie pozwól sobie go zabrać);
  • sprzyja wzrostowi aspiracji życiowych (a po co to komu? Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Trzeba być zadowolonym z życia!);
  • zagarnia przestrzeń życiową (ileż można zmieścić półek? Prawdopodobnie wymyślili je Rzymianie , ale dlaczego tak mało?);
  • stymuluje  mylenie .myślenie (i po co mieć odmienne zdanie? Wkraczać na niebezpieczne ścieżki, może nieuczęszczane? (Narażać się na kretynkę, krytykę?). Czcionka boli i jest ciężkostrawna— nie tylko wtedy gdy zna się zasady składu i łamania tekstu. A właśnie na nie jednym tekście można sobie zęby język (który jest najmocniejszym mięśniem w ludzkim organizmie) i inne członki połamać!

Czytanie sprzyja:

  • społecznemu wyalienowaniu, żeby nie napisać ostracyzmowi. Odgradza od świat(ł)a zamiast tego poszłabyś (poszedłbyś) na iwencik;
  • nieporozumieniom społecznym (dobry zwyczaj nie użyczaj!, Irytuje Cię przeglądanie półek podczas gdy zapraszasz gości do swojego domu?…
  • odkładaniu kurzu na półkach (a tak nie musisz sprzątać—ewentualnie przetrzeć kryształy);
  • występowaniom katastrof naturalnych (załamanie się etażerek pod naporem książek (toż czyhanie na zdrowie i życie nasze!);

 Czytanie zabiera:

  • czas, a czas to pieniądz. Nigdy już nie zarwiesz nocy (dlatego, że książka była interesująca);
  • jeśli Twoja postać bibliozy jest już tak zaawansowana, że nabywasz książki w różnych przybytkach rozpusty najzwyczajniej w świecie wydajesz ciężko zarobione pieniądze!; Kończ waść [wstydu] oszczędź;
  • jeśli czytałeś/ czytałaś dziecku to wytworzyłaś zgubny nawyk, który może skutkować nałogiem w późniejszym życiu;

czytanie to najwspanialsza i najskuteczniejsza kara— nie psujmy tego.

Już, ten no… Karton  Najmłodszy pisał, że nie ma takiej książki, która nie przyniosła by pasożytku! No może poza jednym, jedynym wyjątkiem… Już wszelakie  ruchy rewolucyjne, czy taka dajmy na to Inkwizycja „wiedziała”, że książki drukowane mają inny ważny, walor, którego niepodobna zmarnować, mianowicie: są bardzo dobrym środkiem grzesznym grzewczym!

  • Szamani  Państwo (i… Państwo);
  • Drudzy Klienci i Klientki;
  • Mianowani Bracia i Siostry;
  • Ludu parujący Miast i Wsi;
  • Przedstawiciele i Przedstawicielki (i inne”elki”);
  • Leżaki i Leżanki (i inne „anki”);
  • a właśnie inni. Zwłaszcza Inni****

Strzyżmy się, Strzeżmy się!


*niepotrzebne skreślić, a niezbędne dodać, oddać;

** w bibliotece, księgarni, salonie prasowym (niepotrzebne skreślić);

*** Jonasz mógł żyć w brzuchu wieloryba, to inni mogą żyć w wielbłądzie, w błędzie;

**** np żywnościowe, taka dieta (np poselska) dobrze oddziałuje na zdrowie;

***** szaleńcy, autsajderzy, lliderzy…, osoby zażywające lektury [kata_log nieukończony];

Jeśli ktoś (ktosia) nie zna słów obcych takich jak: biblioteka, czy: książka, niech się nie kłopocze sięganiem do słownika. Wszak, czy można sięgnąć tam, gdzie wzrok nie sięga? Ciemność widzę widzę ciemność… —> I wszystko jasne.

[11]. A mi to Dotto*.

—Znałem tę kobietę. Była z gatunków tych, które świat określa jako c h a r a k t e r y s t  y c z n e. To ją zgubi, oszczędzi i pozwoli jej się odnaleźć, a nam nie zapomnieć.

Patrzę na tego mężczyznę, o pomarszczonej twarzy astronoma, który równie dobrze mógłby być antykwariuszem, lekarzem, filatelistą, czy zbieraczem profesji nieuzasadnionych, niepotrzebnych, zasłużonych jak jego pożółkłe starością palce umalowane niezbywalną miłością do nikotyny. Zastanawiam się, czy potrzeba filozofowania przychodzi z czasem, czasem, który już nie gra w naszej drużynie, a my czujemy jego ziajanie tak, że na karku włoski stają na baczność, i czy przypadkiem ekwilibrystyka języka nie jest kompensacją niezgrabności ciała.

—Czy to jest przestroga, czy zachęta? Pytam raczej z grzeczności dla podtrzymania konwersacji. Znasz to uczucie gdy wchodzisz do przedziału zajmujesz miejsce i nie masz nic pod ręką, w uchu, w zasięgu wzroku co mogło by Cię uchronić przed światem, który wdziera się w to kim jesteś gdzie jedziesz i zaburza Ci ten nieświęcie grzeszny, ale własny spokój. Zaraz się zaczną spowiedzi o kolejkach do lekarzy, o nieudolnych politykach, o jeszcze bardziej niestrawnej grze reprezentacji polskiej w piłkę, która kiedyś nazywała się nożna. Chociaż teraz po wygranej z Niemcami, i remisie ze Szkocją… Ale tematy do rozmów są zawsze, a to o cenach, o pogodzie, o nieodśnieżonych chodnikach (przecież za niedługo zima znowu zaskoczy drogowców- chociaż wybory, to nie wiadomo, czy tym razem jej się uda), a no właśnie właśnie o wyborach i Bóg i Człowiek wie jeszcze o czym…Tak ten człowiek zapewne mi powie zaraz o czym,  No właśnie wiem, kobiety, miłości niespełnione, zawiedzione, rozwiedzione i programowo nieszczęśliwe… To zawsze aktualne.

—Przeszkadzam pani? — wyciągnął mnie ze strumienia świadomości stosowanej. Mam nadzieję, że przynajmniej nieprzemoczoną i w niewymiętym ubraniu.

— Nie. —przybieram pozę numer pięć i trzy czwarte: pod tytułem: Aktywne słuchanie, kontakt wzrokowy, dłonie złożone w piramidkę, sylwetka lekko skierowana w kierunku interlokutora, za chwilę będę poziom wyżej, włączę potakiwanie, wtrącenia i pytania świadczące oczywiście o zainteresowaniu. Niezmąconym i prawdziwym. Oczywiście. Oczy wiście, pod właściwym kątem tak by utrzymać kontakt wzrokowy. Mam z tym problem, wiecznie muszę się napominać…

—Naprawdę ją znałem. Jak, jak własne linie papilarne.

No tak, można kogoś znać jak własną kieszeń, jak zły szeląg, jak łysego konia, ale linie? Prawda jest taka, że w życiu, tym najbardziej doczesnym z doczesnych,trzeba dbać o linię. Wszystkie osoby,czyli te, które były, są, i/lub będą na diecie się ze mną: zgadzały, zgadzają lub będą zgadzać. Linia powinna być gruba i wyrazista. Koniec. Tropka, część pieśni. Gruba i wyrazista. No, dobrze,z tym pierwszym przymiotnikiem, jestem gotowa pójść na ustępstwa (pójść i nie wrócić. To ten rodzaj spaceru jaki uprawiają niektóre niewiasty wychodząc za mąż) tak więc pierwszy przymiotnik —niekoniecznie, ale wyrazistość, styl i lekkość, a właśnie lekkość i ciało, skoro już przy somie jesteśmy…

— W sumie Maria  była zafascynowana ciałem…Nie niebieskim, astralnym, stałym… Bardziej nie stałym,i nie chodzi o różnorakie przyjmowanie póz, (także tych najbardziej horyzontalnych)…, ale takim, które się (z)używa, rośnie, kurczy się, dojrzewa, słowem: ludzkim. Ożywionym. Pięknistym… Deklamuje staruszek w znoszonej koszuli, o bliżej i dalej nie(po)znanym imieniu, przez grzeczność i zbieg okoliczności niełagodzących nie wspominając o nazwisku, (numerze buta, telefonu, kołnierzyka…i tak dalej…).

— Tak więc to było Pożegnanie z Marią. —zauważam zanim złapię najpierw za głowę, potem  za słowa. Chociaż pewnie trzeba by było odwrotnie.

— Patrzy na mnie uważnym wzrokiem, takim jak czyta się przypisy w uczonych księgach. Mogłabym powiedzieć, że zapada cisza  gdyby nie gwizd lokomotywy i miarowy turkot pociągu, tak więc nie ma napięcia, zmieszania, które: można trzeba, należy, zażegnać. Jest ko, ko, ko, koły sanie, sanie, ko, ko…

— Hmm.  Raczej pożegnanie z naiwnością, z tęsknotą i pragnieniem. Takimi prawami rządzi się ten świat, że tęsknota prowadzi nas w przeszłość, a pragnienie ku przyszłości. Mnie zarówno pierwsze i drugie odebrano.

Maria, pochodziła z domu, w którym używało się przymiotników do określania, budowania, i poznawania rzeczywistości. Jeśli kredens, to Biedermayer najmniej. Jak kanapa, to sofa, szezlong, otomana. To są takie domy, w których na określenie deszczu ma się w podręcznym słowniku trzydzieści określeń. I to tylko w języku najmniej obcym, bo ojczystym.

— W zamożnych domach mówi się przymiotnikami.

Nie zauważa mojej uwagi. Mówi dalej:

—Pobierała nauki w prywatnej szkole w Petersburgu, studiowała w Krakowie i Monachium. Pierwszą wystawę miała w Kijowie — bodaj w 1916 roku. Przez osiem lat była żoną Kazimierza (Taka sobie przechadzka). Pożycie jak najbardziej małżeńskie zakończyło krótkie cięcie, nie cesarskie, a rozwód —w 1926 roku. Współpracowała z warszawskimi, łódzkimi kabaretami. Potem przez trzy lata mieszkała we Francji, w Paryżu współpracowała tam z wieloma czasopismami, zgubnym dla jej kariery było opublikowanie jedenastu, słownie jedenastu obrazków. Nie mylił  by się ten,kto pomyślałby, że chodzi o jakieś perwersyjne, wyuzdane, ociekające erotyką publikacje, były to karykatury pewnego malarza, który się nie dostał na ASP ponieważ nie potrafił malować ludzkich twarzy. Za to Maria… Maria potrafiła. Ów Malarz zaprogramował potem Niemcy na jedynie prawdziwą sztukę, a innym (narodom, nacjom, społeczeństwom) „zafundował” sztukę przetrwania. A że był już u władzy gdy jej publikacja się ukazała to pod naciskiem władz niemieckich wystosowano powództwo  Francja ją pozwała. Sąd pierwszej instancji skazał malarkę, miała zapłacić grzywnę w wysokości 500 Franków. W skutek apelacji jaką wystosował, ten no, jak mu tam?  Sarrault, Albert Sarrault,  kwotę drastycznie zmniejszono, lecz nie anulowano, a Ambasada Francji zmusiła ją do wyjazdu. Adolf Hitler pamiętał  tę zniewagę…Gdy wybuchła II Wojna Światowa, Maria  ukrywała się na prowincji, lecz w wyniku donosu, jak tylko zjawiła się w Warszawie została schwytana przez Gestapo, a potem skazana i wywieziona najpierw na Pawiak gdzie odbywała karę do 1942 roku następnie do Ravensbrück**, z orzeczoną karą śmierci za zniewagę naczelnego wodza Trzeciej Rzeszy. W obozie malowała portrety współwięźniarek i projektowała lalki do szopek wigilijnych, które były wystawiane na terenie obozu. Jeśli kto malował ładnie mógł podobnież liczyć na odrobinę większe racje żywnościowe…  Po uwolnieniu wyjechała, w celu ratowania zdrowia do Danii i Szwecji, ale szybko wróciła, bo już rok po wojnie była w Warszawie. Jest pani z Warszawy?

Zapytał i nie czekając na moją odpowiedź kontynuował. Zamieszkała przy ul. Wolskiej, dokładnie pamiętam, Wolskiej 82/86 lokal .46. Nigdy tam nie byłem, nawet potem gdy utworzono tam muzeum. Zwłaszcza po tym. Nie miałem odwagi. Śmiałość mnie opuściła ilekroć byłem prawie u celu. Po wojnie również współpracowała  z najbardziej liczącymi się na rynku czasopismami takimi jak Szpilki, czy Przekrój. Wykonała scenografie do przedstawień, teatry w Łodzi,czy Warszawie były dumne z tego faktu, projektowała kostiumy, czy to do  baśni, takich jak Czerwony Kapturek, czy  stroje dla dam polskiej sceny kabaretowej, każda wtedy chciała nosić się jak Ordonka!

— I ta moda wraca.

— A no widzi pani, wraca! Tak jest. Ale Maria nie ograniczała się tylko do fatałaszków, ilustrowała książki (także o tematyce szachowej),a nade wszystko była ulubioną ilustratorką Jana Sztaudyngera, tak, tak, Sztaudynger,  tego apelującego o zachowanie higieny, Myjcie się dziewczyny i tak dalej, zresztą  tę fraszkę też zilustrowała, tak jak jego książki, i fraszki publikowane właśnie w Szpilkach. I, o zgrozo, jego kartki pocztowe wydane w połowie lat pięćdziesiątych Ha, nie wiedziała pani! Zgrozy nie było , ale jakaż  była obraza, gdyż autor nic o tym zabiegu nie wiedział, z tym, że jak to często bywa  integracja celów gwarantuje   sukces w działaniu, państwo się pogodzili. A dalsza współpraca była nader owocna, także myśląc o jednym, nie sposób myśleć o drugiej… Mówią o niej różnie, że stworzyła karykatury antyżydowskie, że angażowała się politycznie, ale ja tego nie widzę jak patrzę na jej prace. Tego tam nie ma.

Jak nie ma tłumów na cmentarzach, to pod wieczór, chadzam na Powązki i stawiam jej malutki biały znicz.

—Przykro mi.

—że umarła?

Kiwam głową.

—Wie pani, czego odżałować nie mogę. Nie jej śmierci, ale tego, że został mi ślad na ścianie.

Ślad?

Włamali mi się do mieszkania w czwartek, i wzięli tylko ten obraz, tylko ten obraz, Berezowskiej. A on był całkowicie mój, mój. Nawet jak ktoś przychodził i spoglądał to obraz do mnie należał, bo ja robiłem to częściej, znałem go najlepiej. Gdybym choć wiedział, że w środę spoglądać będę po raz ostatni…

Nic nie powiedziałam. Tak kołysaliśmy się w rytm pociągu pod niespecjalnym nadzorem, nieuchronnie zmierzając do celu podróży. Nigdy przedtem, nigdy potem już go nie zobaczyłam. Jak to bywa z przygodnie nie poznanymi towarzyszami podróży.

*Dotto, pseudonim Mai Berezowskiej. Naprawdę na imię miała Maria, choć nigdy go nie używała. Polska scenografka, malarka, rysowniczka, karykaturzystka, Zyskała sławę w Polsce i na świecie.

** Ravensbrück— tzw. literatura obozowa,ta o charakterze naukowym, jak i ta o beletrystycznym jest pokaźnych rozmiarów Polecam uwadze Czesałam ciepłe królikiautorstwa D. Zaborka, wyd. Czarne, Warszawa, maj 2014 r, ujęcie inne niż wszystkie.Alicja Gawlikowska-Świerczyńska, z którą przeprowadzony jest wywiad,   w jednym zdaniu wspomina Maję Berezowską, niemniej książkę warto przeczytać ze względu na odmienne ujęcie tematu.

Na stronie można zobaczyć prace, które wykonały więźniarki obozu koncentracyjnego w Ravensbrück.

Źródło fotografii Wikipedia.

[10]. Gustaw i ja.

Z Panem Gustawem znamy się… Już trochę. Nie żeby się chwalić, budować swoje imię na tym fakcie. Co to, to nie, stwierdzam tylko, że jednak znaczna ilość wody w kranie upłynęła. A rachunek za tę był niebagatelny. Nie żeby się użalać, co to, to nie. Słowem buchalteria czasu, buchalteria monitora ekranu.

Chciało by się napisać, że wielokrotnie pił kawę w moim towarzystwie, ale było odwrotnie. Nawet nie wiem, czy lubił ten płyn,i czy czynił jakieś wariacje na temat dodając na przykład cynamon, mleko,czy dobry komplement o ludziach, i zły o parszywej pogodzie. —Cóż motywy meteorologiczne zawsze w cenie—. Pan Gustaw, zasługuje bez wątpienia na oddzielną notę. Nie dlatego, że żywot miał smutny, żył w czasach arcyciekawych, i tak tworzył, bynajmniej, nie za to, że był niedoceniany, wyjąwszy jego ekscesy i doświadczenia dyrygenckie (jakieś wyjątki być muszą). I nie za to, że miał problemy ze swoją tożsamością. Choć to wszystko niewątpliwie prawda, tyle, że nie oto chodzi. I nawet nie o to, że był tytanem pracy. Znana jest opowieść, że koncertmistrz był tak zapamiętały  iż nie liczył godzin ni lat. Pracoholizm twórczy i opętanie. Dlatego też nie uszło uwadze jednego z muzyków, gdy Gustaw, pewnego pięknego dnia wyszedł na godzinę. Na pytanie co się takiego stało, odpowiedział, że był na ślubie. Gwoli ścisłości —własnym.

***

A Tytan! Właśnie wiedziałam, że mam to gdzieś na końcu języka, klawiatury. Ad rem! 

I Symfonia D-dur „Tytan”[poemat dźwiękowy w formie symfonii]. Stworzenie jej zajęło Mahlerowi cztery lata, premiera,a odbyła się w Budapeszcie w  1889 roku,ale tytuł symfonia uzyskała dopiero w Hamburgu gdzie odbyło się drugie wykonanie. Na początku wiele było w niej odwołań literackich, ale kompozytor zdecydował się, ostatecznie, na pozostawienie tylko tego, w tytule, odnosi się ono do powieści autorstwa Jean-Paula. Dzieło na początku składające się z pięciu części, zredukowano do czterech, czyli standard, żadnych awantur. Rozterki kompozytora brały się przede wszystkim stąd, że Mahler nie mógł się zdecydować, czy wpisze swoje pierwsze dzieło w  nurt, któremu kibicował np Brahms. Odwoływał się do  założeń pitagorejskich, czyli Piękno tkwi w strukturze, czy jednak zawrzeć założenia muzyki programowej, zgodnie z tymi, które przyjął Liszt. Dokonanie pewnych zabiegów wiązało się z wpisaniem się do  nurtu, a więc miało kluczowe znaczenie.A że była to pierwsza symfonia Gustawa, to i wahania są nie tyle uzasadnione co mają charakter zasadniczy, zwłaszcza, jeśli twórcy zależy żeby dzieło było (więcej niż) dobrze przyjęte tak przez krytykę jak i przez publiczność.

Oczywiście można prześledzić partytury, skład orkiestry, rozłożenie akcentów, wszelkie półtony, i inne brewerie. Przykładnie omówić „co kompozytor miał na myśli”, i dlaczego to. Jeśli na myśli miał, to strzepnął  t o właśnie w partytury, by myśl nie dźwigała zbytniego ciężaru. Żarty odłóżmy na — dowolnie wybrany— bok. Owszem, można by było wykonać całą tą szkolną robotę, która, bynajmniej, nie jest nudna. Zwłaszcza gdyby się zastanowić za co Mahler był krytykowany, to między innymi za to co obecnie jest zauważany, a co dzisiaj nazwalibyśmy odwołaniami do world music,  Inkluzja światów. Różnych. Sacrum i profanum?

Nie zachęcam do słuchania Tytana, (tylko) dlatego, że jak na mahlerowską symfonię jest ona krótka, bo trwa niespełna godzinę, ani dlatego, że można wyśledzić cytaty, tak do  własnej twórczości kompozytora, jak i te do IX Symfonii, czy do popularnej również piosenki Panie Janie, (tropy, tropy, tropy) ale dlatego, że muzyka klasyczna nie jest nudna, Mahler nie jest przejmująco smutny, trudny, a romantyzm, którego  był przedstawicielem, nie łączy się z umieraniem za miliony.

PS. Trzymiesięczny kontrakt z Metropolitan Opera w kosztował ówczesnego dyrektora placówki równowartość dzisiejszych 300 tysięcy dolarów…

.

[4+1]. Koniugacja. „Diares of Hope”.

Natchnienie, czymkolwiek ono jest, rodzi się                             z bezustannego nie wiem.

[Wisława Szymborska, Poeta i świat, Odczyt noblowski, grudzień 1996 roku.]

Podróże kształcą. Tak nam przynajmniej powiadają, uparcie, z różnych stron. Tak, zaiste, tak- zapewne. Ale tylko tych, którzy chcą być w procesie edukacyjnym. [Czasami] wiadomo, skąd się bierze natchnienie, i nie wypływa ono z ciągłego powtarzania „nie wiem”, ale z wiedzy,okrutnej, narastającej pokoleniowo, trudnej. To nie prawda, że myślenie nie boli. Wiedzę nosi się całe życie, wzrasta w niej, czasami się o niej opowiada, czasami usiłuje zapomnieć, a kiedy indziej dojrzewa do tego by w jakiś sposób przedstawić, ocalić od zapomnienia Prawdę.

Pomysł by przeżycia peregrynacje uwiecznić na płycie poddał kompozytorowi podczas wspólnej podróży w 1995 roku do  Yad Vashem Krzysztof Kieślowski. Album miał swoją premierę osiemnastego października dwa tysiące trzynastego roku. Diares of Hope. Pamiętniki pisane nadzieją, trudną, złudną, niemożliwą, tą, która umiera ostatnia. Nadzieją, która po latach otwiera nowe przestrzenie.

Owoc poszukiwań kompozytora to diariusze: Rutki Laskier, Dawida Rubinowicza,które są  nawiązaniem do tego co pisała Anna Frank. Nade wszystko osią albumu są dwa wiersze autorstwa: Abrama Koplowicza, w którym autor snuje plany, pisane czasownikami, a przecież czasowniki to życie,przyszłe, ale jednak — i Abrama Cytryna, który już wie, o tym co znajduje się na drugim końcu spektrum: szara godzina,która odbiera wszystko— nawet życie. Przede wszystkim. To co mamy teraz.Szara, nie czarna godzina, nie godzina rozpaczy, która przemija, ale codzienna, namacalna, powszednia jak chleb.

To co przyciąga i elektryzuje, to wcale nie frazy, z których Zbigniew Preisner jest znany. Nie, elektryzujący, mocny głos Lisy Gerrard, ale minimalizm na wszystkich poziomach, począwszy od kompozycji, aranżacji, a skończywszy na liczbie utworów. Minimalizm to nic innego jak Kunszt spaceru po linie (linii) życia.  Zaproszono do współpracy znakomitości, wspomnianą już australijską kompozytorkę, Archiego Buchanana ( występującego w Choir of the Chapel Royal w Londynie), który tutaj melorecytuje wiersze, Konrada Mastyło oraz Adama Klocka.Nie sposób wybrać jeden utwór by zaprezentować go państwu. Rekomenduję by albumu słuchać w całości.

***

Zbigniew Preisner, Diares of Hope. Mistic Production, 2013 rok

08. Nam pamiętać nie kazano. „Szepty i łzy”.

Dandys? Czy kontestator rzeczy_oczywistości? Książki, książki, książki— duuużo książek. Porcelana, obrazy, obrazy duuużo obrazów, antyki,antyki—duuużo antyków. Promienie słońca, diabelskie uśmiechy, przewroty losu. Wszystko to zbierał. A nade wszystko słowa, słowa, słowa. Nie, wcale nie. Słowa składał, pakował,upychał w kieszenie dobrze skrojonej marynarki mimochodem.Spotykał się z ludźmi, wyciętych (i czasami wciętych) z różnych poglądów, czasów i przekonań. Spotykał się z ludźmi, ale nigdy z krytyką z ich strony. Z żadnej strony. Z lewa, z prawa, z dowolnie wybranego boku, z góry, z dołu. Nic. Duuuże nic. Cichosza. Na ulicach, na chodnikach, w knajpach i restauracjach (gdzie często bywał i zostawiał sute napiwki) nic.A jako człowiek honorów (i orderów, odznaczeń wszelakich) ,jako człowiek, który odniósł powszechny sukces. Sukces przez Wielkie, olbrzymie, ogromne: SUK —mógł. W gwoli ścisłości  (ścisłość nie ma nic wspólnego z korkiem ulicznym na wspomnianej warszawskiej ulicy) i nieścisłości mówimy o Polsce.Tak, Polsce.

Wychowywał się w gwarnym domu. I taki też stworzył dla siebie w czasach późniejszych. Nie był przykładnym uczniem: pisał paszkwile -za co wyrzucono go najpierw jednej szkoły.  Pojedynkował się na pistolety (miłość wymaga poświęceń), za co wyrzucono go z drugiej. Co to znaczy postawić coś na ostrzu noża (ostrze pistoletu brzmi niemrawo,chociaż pewnie dostać z takiego sprawa bolesną). Potrafił niedojadać żeby iść na  przedstawienie do teatru, to cóż, że  po raz trzydziesty czwarty (ileż można??). Jako maturzysta prowadził tajne wykłady z literatury i historii dla Górników na Śląsku.(Czym skorupka za młodu… Widać nie wszystkie powiedzenia są mądrością narodów). Znał języki, i nie wahał się ich użyć, a zwłaszcza język humoru, optymizmu i groteski. Oto przed Państwem, tak przed Panią też, proszę się przesunąć, proszę się nie pchać.Proszę do diabła.. Proszę pana w zielonym swetrze, spokojnie. A skoro już o diable, szatanie… Oto przed Państwem, nikt inny jak brat diabła [właśnie] i bliski kuzyn czarownicy Adam*: Kornel Makuszyński.

***

Proszę Państwa oto Stryj. Stryj, wiadomo, nie trzeba tłumaczyć. Wszyscy kojarzą. Miasto na Ukrainie, w obwodzie lwowskim, przez które przepływa rzeka o tej samej nazwie. (A teraz ręce znad klawiatury i przyznać się kto pomyślał o koligacjach rodzinnych?). Kornel przychodzi na świat jako najmłodsze, siódme z kolei, dziecko Julii z Ogonowskich i Edwarda Makuszyńskiego. Sielanka w domu nie trwa długo, ojciec odchodzi na wieczny spoczynek gdy Kornel kończy dziesięć lat. By się utrzymać młody Makuszyński będzie dawał korepetycje, szybko, bo cztery lata później zacznie pisać wiersze. Późniejsi biografowie odnotują, że Kornel w wieku lat czternastu po raz pierwszy spotyka wielkiego pisarza (nie, nie czynię aluzji tu do jego wzrostu**) Henryka Sienkiewicza. Jest pod tak ogromnym wrażeniem, iż postanawia napisać wiersz, który potem zostanie opublikowany.  Pierwszym recenzentem jego prób literackich będzie Leopold Staff. Dwa lata później, w wieku lat szesnastu młody poeta,  debiutuje na łamach Słowa Polskiego. Mistrzów  jakich powoła w całkiem już dorosłym swym życiu jest dwóch: Aleksander Głowacki i Karol Dickens. Niemniej lata dostatku wyprzedzone są latami chudnymi(żeby nie napisać anorektycznymi, ale nie z własnej woli). Głodne czasy nastały dla niego, gdy oboje rodzice pomarli i musiał utrzymywać się samodzielnie. Zapamięta to do końca śmierci***.

Uczy się, w swoim Curriculum Vitae może zapisać ukończenie dwóch fakultetów: polonistyki i romanistyki, którą najpierw studiuje we Lwowie, potem na francuskiej Sorbonie. Znajomość języków przyda mu się gdy będzie podróżował (ze Stafem i Kasprowiczem) po świecie. Jak wiadomo podróże nie tylko kształcą, ale pozwalają zapoznać wielu ciekawych ludzi, i nieciekawe przyszłe żony.  Tak było i tym razem, po roku narzeczeństwa bierze sobie na towarzyszkę życia Emilię Barzeńską, ślub ma miejsce w 1911 roku w Warszawie.

Wielka Wojna to internowanie i zesłanie w głąb Rosji obojga. Powód? Kornel Makuszyński jest nie tylko synem urzędnika galicyjskiego, ale przede wszystkim, synem pułkownika, służącego we wrogiej armii, austriackiej. Zostaje ono cofnięte dzięki wstawiennictwu szwagra oraz przyjaciół pisarza. Kornel, w Kijowie do którego przyjechał wraz z żoną, obejmuje dwie funkcje: prezesa Związku Literatów i Dziennikarzy Polskich oraz Kierownika Literackiego Teatru Polskiego, i piastuje je, aż do 1918 roku, kiedy to postanawia wrócić do Warszawy. Małżeństwo Makuszyńskich bywa, to w Stolicy, to w Zakopanem.  Z akcentem na to pierwsze miejsce. Nic dziwnego to tam, kariera pisarza, poety, felietonisty, krytyka teatralnego, bywalca salonów, nabiera rozmachu, (porównanie do Liczby Macha jest więcej niż uzasadnione). Wystarczy wspomnieć, że ma swoją kukiełkę w „szopkach noworocznych”, które tworzy Julian Tuwim. Chociaż wyznaje poglądy prawicowe, nigdy nie został skrytykowany przez środowisko Wiadomości Literackich. Zresztą, nie dotyka  się przyjaciół, a wiadomo, że Skamandryci nosili go na rękach(dosłownie i w przenośni). Sielankę przerywa „gruźlicza tragedia” w jednym akcie, akcie zgonu, zaledwie po piętnastu latach małżeństwa na suchoty umiera Emilia. Pisarz nigdy więcej nie odwiedzi jej stron rodzinnych, ale za to  powtórnie się ożeni i to w tysiąc dziewięciuset dwudziestym siódmym roku wybranką jego serca będzie  śpiewaczka operowa Janiną Gluzińska.

Gdy wybucha II Wojna Światowa nie opuszcza, jak wiele osób Warszawy, chociaż gdyby to uczynił uratował by swój niemały majątek, a tak pierwsza z bomb, która spadła, to właśnie była ta, która zrównała jego okazały dom w Alei Róż. (Ale cóż nie pora żałować róż, gdy płoną lasy). W Powstaniu Warszawskim, nie bierze udziału zbrojnie, ale jako Stary Kapral wspiera żołnierzy, a jego pieśni stają się szlagierami nuconymi przez lud. W końcu decyduje się zbiec do ukochanego Zakopanego. Będzie obserwował rozwój tego miejsca, będzie chadzał do karczmy tej samej co Witkacy i Tatarkiewicz, ale myliłby się ktoś (ktosia) gdyby sądził (sądziła), że będzie wiódł takie życie jak to wcześniejsze, iście salonowe. Po wojnie przychodzi czas ostatecznych i ostatnich wyborów, a pensja nauczycielki muzyki musi wystarczyć do przeżucia i przeżycia.Uda mu się wydać (w prywatnym wydawnictwie) jedną książkę i wznowić kilka, ot i wszystko. Od tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego roku nie chcą wydawać.  Odgórny przykaz i zakaz. Kornel Makuszyński jest groźny dla Państwa Polskiego i jako taki powinien zginąć w czeluściach mroku, zapomnienia, ten radosny człowiek, uśmiechnięty i optymistycznie nastawiony do świata, nie potrafiący się bić o swoje, nie składający samokrytyki, nie zapisujący się do partii… To jego książki są niebezpieczne (choć dzisiaj nie jeden krytyk/krytyczka napisze, że to literatura naiwna, ze stereotypowymi figurami matek, kobiet…) Literatura dla dzieci, dzieci i dorosłych. Literatura groźna.(Mniej więcej z tego powodu, z którego dzisiaj krytykowana jest saga o Harrym Potterze). Poza tym,  Kornel Makuszyński, to człowiek z poprzedniej epoki. Epoki Polski Niepodległej,  wpływowy, uważany za jednego z najbardziej przystojnych (i majętnych) ludzi… Potrzeba więcej powodów? Jest na wszelkich listach, czarnych, niebieskich, w kwiatki i kropki, linie, kratkę, gładkich które jednakże łączy jedno- nie wydawać, nie wznawiać, nie publikować. Zakaz. Zakaz nieodwołalny. I tak oto postać Kornela Makuszyńskiego, erudyty, literata, pisarza, poety, felietonisty, krytyka literackiego,który w tysiąc dziewięćset trzydziestym szóstym roku przewidział wynalezienie telefonu komórkowego [sic!] zostaje wymazana z pamięci narodu. Tak? Najpierw znika z przestrzeni publicznej, potem zabierana jest mu jego przestrzeń prywatna, dokwaterowuje im się najpierw jednego, potem (w zastępstwie) drugiego człowieka, który chce zagarnąć przestrzeń życiową pisarza. Pisarza, który żyje w prowincjonalnym Zakopanym, i cóż, że dostaje honorowe obywatelstwo, i cóż, że dostaje dodatkowe kartki na wyżywienie (pamiętajmy o tym, że żyje z cukrzycą)…

Umiera ostatniego dnia lipca tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym trzecim roku, w potwornych mękach, w wyniku zatrucia jadem kiełbasianym.  O jego pogrzebie zaledwie wspomniano w radio, wystosowując lapidarny komunikat, bo bano się manifestacji, która i tak nastąpiła. Podobno takich tłumów w Zakopanem dawno nie widziano. Podobno zjeżdżano z całej Polski. Podobno i dzieci tłumnie się stawiły, przynosząc na grób białe róże. Duuużo białych róż.

Zapamiętany zostanie przede wszystkim jako autor książek dla dzieci i młodzieży. Szatan z siódmej klasy będzie w kanonie lektur jako pozycja obowiązkowa. Oczywiście, w jego książkach widać pewien rys, wedle którego należy wychowywać przyszłe pokolenia, pewnie wynika to stąd, że status książki dawniej był o wiele wyższy, a siła oddziaływania literatury większa niż  dzisiaj. Można powiedzieć, że dziewczyny na kartach jego książek też nie przystają do emancypacyjnego wzorca, ale przecież nie są tak uległe, bierne i niemrawe jak to bywało podówczas. Kornel Makuszyński wierzył, że młodość ma siłę zmieniania świata. Zmieniania świata na lepsze. Brakuje takich ludzi, albo się pochowali, uczciwie pracują, i świat o nich nie wie. Przynajmniej ten „dalszy”…

Od dwudziestu lat jest przyznawana nagroda imienia Kornela Makuszyńskiego, i choć próbuje się go przywrócić światu, to i tak niewiele o nim wiemy, nie chodzi tu o działalność charytatywną, organizacje kwest, zbiórek nart,(na których sam nie umiał jeździć),ale chodzi o to, by odpowiedzieć sobie na pytania o postaci wykreowane, o innowacyjność (jest uważany za pierwszego w Polsce twórcę komiksów),a może po prostu, najzwyczajniej w tak usiąść i poczytać jego twórczość dla dzieci, dorosłych?

***

* Kornel Makuszyński, Szatan z siódmej klasy, Lwów 1937 roku,

** W gwoli ścisłości, noblista Henryk Sienkiewicz (jakby ktoś miał wątpliwości o kogo chodzi) odznaczał się „słusznym”wzrostem stu pięćdziesięciu centymetrów, co przyprawiało go (o bynajmniej nie małe) kompleksy.

*** Skoro śmierć należy do życia, tak jak epilog jest częścią książki, to dlaczego nie mówi się do końca śmierci, tylko do końca życia?


Dla osób zainteresowanych:

Do poczytania:

Kornel Makuszyński, Makuszyński dla dorosłych;Wyd.Interwers 2009;

Do zobaczenia:

[07]. Prosto. „Eternal”.

Dziewczynki. Dziewczyny. Frajerki. Kobity, Kobiety. Baby,Staruchy. W kapciach,szpilkach, tenisówkach, na koturnach, boso. Kobiety… Kobiety… Kobiety…  Udajesz, że widzisz: rano, popołudniu, wieczorem, przed, w,  i po przerwie, goniąc swoje bardzo nieważne pilne sprawy. Kobiety: stare, młode, bez wieku,z metryką: zmarszczek, zaniedbań, blizn. Z brudem za paznokciami, z pieczołowicie wypielęgnowanymi dłońmi, z tobołkami, torebkami, walizami, z pustymi rękami, kieszeniami pełnymi szeleszczących skrawków rzeczywistości nadpisanych na małych, pożółkłych  kartkach papieru, a może białych, pośpiesznie wydartych z brulionu: w linie, kratkę, gładkiego. Kobiety. Kobiety z listami: poleconymi,  zakupów, wymagań, obowiązków (wobec)…

Kobiety z głowami: ponad, oczami: dookoła, ze zdartymi zelówkami, z umalowanymi: włosami, ustami, paznokciami, ze zrogowaciałym naskórkiem dłoni. Kobiety w sukienkach (obowiązkowo czerwonych); spodniach (obowiązkowo obcisłych); miniówkach(obowiązkowo prowokujących); dresach (obowiązkowo nijakich); gorsetach. Gorsetach ? Gorsetaach. Ach…  Na ulicach, wykładach, zakupach, koncertach, w pracach, w domach. Domach obcych, znajomych, przyjacielskich, wrogich. Własnych. Dalekie, bliskie, jeszcze bliższe, najbliższe Nieobecne.

Bezczelnie nieobecne. Zjadł je czas, starość, zapomnienie, zaniedbanie, niechlujność i chlujność: A nade wszystko moja, własna, przydziałowa nienasycona, wiecznie usprawiedliwiana, pielęgnowana, wypieszczona… Niepamięć, która chlubi się, pęcznieje i rośnie w najlepsze. Nad wiek okazała, butna, rumiana. Dobrze odżywiona Właśnie wytarła mordę ociekającą tłuszczem, beknęła (jak po wyśmienitej uczcie u Bengalczyków) i wstała od stołu nażarta niemożebnie. Toczy się teraz na galaretowatych nogach,  ku kuchennym drzwiom.

***

Jest wyjątkowo. Coś unosi się w powietrzu. Coś, odświętnego tak jak zapach pomarańczy i goździków w grudniowy wigilijny poranek, poranek dzieciństwa. Czujesz? Nie? Oczywiście, że nie. Kłamię. Jest jak co dzień. Miasto. Miasto wrze: od pośpiechu, hałasu i brudu. Po ulicach spieszą garnitury, surduty, gorsety, łachmany, z: hałaśliwymi pijanymi głosami, z krzywymi uśmiechami, pogardliwymi, nieobecnymi, rozbieganymi spojrzeniami, z zachrypniętymi pretensjami, z prezentami, z profesjami: robiące coś bardzo ważnego,robiące tylko dobre, złe, najgorsze, pierwsze i ostatnie  wrażenie.

Chcę. Chcę,chcę,  pragnę, wymagam, domagam się by było wyjątkowo, uroczyście, podniośle. Ten jeden jedyny raz. Tylko teraz, nigdy więcej o to nie poproszę. Przyrzekam. Chcę, bo to, to by mnie usprawiedliwiało. Tymczasem jest obrzydliwie, nieznośnie, do bólu: zwyczajnie.

Ręce mi się pocą. Dyskretnie (albo tak mi się tylko wydaje) wycieram je o sponie.  Mam ściśnięte gardło. Żołądek przytula się do kręgosłupa niepieszczotliwie się owijając. I uwiera mnie biała bluzka, nie cierpię białych bluzek. Są nienagannie wypracowane, wyprasowane i wkładane na szczególne okazje: rozdania świadectw, rozmowy o pracę, podwyżkę, przepustkę. Wzute na pierwsze: komunie,spotkania, i ostateczne pożegnania: bliskich, jeszcze bliższych najbardziej  dalekich (nie)znajomych. Uwiera mnie kołnierzyk, szybko go rozpinam, jeszcze szybciej rezygnuję. Idę, niepewnym krokiem. Jestem. Jestem. Przeglądam się, niby to przypadkiem w szybie wystawowej.Za wcześnie? Tak, jestem tak jak zawsze. Z a w s z e  . Słowo stałość, obietnica, bezpieczeństwo. Nie. Nie. Jestem, jestem  jak nigdzie. Jestem.  Wejść? Nie wejść? Wejść? Nie wejść?Już wejść? Jeszcze nie wejść?Teraz zaraz? Czy zaraz potem? Chcę nacisnąć klamkę, i już, już,już unoszę wilgotną dłoń, niemalże dotykam jej metalicznego kształtu..Ale właśnie ktoś wychodzi i… Mijam go (ją?)  Stoję w wejściu. Nie mam wyjścia. Rozglądam się z pospiesznie kupioną pewnością. Tyle, że cudzą, nie własną. Jeszcze nie ułożoną, niedopasowaną, a już potrzebną. Gdzież Ona może być? Jest niska? Czy wysoka?Rachityczna, czy korpulentna? Wesoła? Poważna, czy…Widzi mnie. O Boże. Wstaje od stolika. Jest poważna. Jest poważna? Czy to gra światłocieni? A może to wina jej ubioru? Niech mi nikt nie mówi, że nie zwraca uwagi na ubiór. Ale tu tłoczno, że też nagle całe miasto w tej chwili… Próbuję odgadnąć nastrój. Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem. Droga ewakuacyjna? Droga ewakuacyjna. Nie istnieje.

Przywitanie. Kurtuazyjna, wymiana zdań o:,  tłumach  na ulicach, uprzejmościach, (i nie), wiadomościach, najnowszych (i nie) wrzaskach mody Stop, stop, stop, widzę, że to grząski grunt, niebezpieczny temat, czerwony alert, lepiej nie poruszać. Nie dotykać, nawet nie spoglądać. Zatem (obowiązkowo) o pogodzie. Już mam zgrabne zdanie,już biorę je na język, już wiem, że barometr, że wietrznie, że duszno, że..

Przychodzi kelner. Zamawiam bezpiecznie. Herbatę. Bez cytryny. Bez cukru. Bez ciastka. Upieram się, że nie lubię, nie gustuję, trzymam linię (oj trzymam trzymam kurczowo, obronną, wytyczoną starannie, wyrazistą kreską). Nie, nie nie stanowczo nie znoszę tych, tych, tych pysznych, kremowych, pięknie, piekielnie wyglądających, jeszcze lepiej pachnących,  a najlepiej smakujących, domowych (wedle zapewnień kelnera) rozpływających się w ustach (a nie w dłoni) wypiekach. Wypieki to ja mam własne, na twarzy- (że też wszystko od razu można ze mnie wyczytać). Wycieram szybko (mam nadzieje niezauważalnie) dłonie w spodnie. Kelner idzie z odsieczą. Herbata, będzie można udawać, że się pije, będzie można udawać, że się rozmawia, będzie można udawać słuchać.

***

—Proszę mnie nie pytać o dzieciństwo. To, to było…Było. Dawno Urodziłam się zimą, w Białosówce  to na Podolu. Pani wie jakie tam są zimy?  No, ale nic to. I nie sposobność, nie czas, o tym teraz rozprawiać. Jestem. Jestem… Tak, co tu srożyć słowa jestem stara…

—Stara?—Dopytuje się niepewnie, ale zaraz łapię się na tym, że popełniam faux pas.

Zamyśla się. Nie przerywam. Powoli unoszę filiżankę do ust.

— Gimnazjum ukończyłam w Warszawie, tak wiem, daleko. A cóż, jest blisko? Wie Pani ile nerwów, ile zabiegów, starań, próśb i nalegań kosztowało mnie, by móc wyjechać na studia? Nie o to chodzi, że Genewa. Ale, że zbytków mi się zachciewa że fanaberia, że moda, nie moda, bunt, że nie takie czasy. Nie takie czasy! A mnie aż spalało w środku, gdy dzień podobny do dnia, godzina do godziny, minuta do minuty, a sekunda do sekundy. Nie, nie wy, młodzi nie… Teraz…Ach, przepraszam, zapewne nie wszyscy. Niech Pani nie czuję się dotknięta…

–Nie skądże. Absolutnie. Zapewniam pospiesznie.

Poza granicami kraju, Kraju… Tak więc poza granicami-podejmuje- kształciło się tedy… Ale niewiele było kobiet. Studentka, to synonim, ehmm, kobiety do towarzystwa, a nie z towarzystwa, i -bynajmniej, nie naukowego. Było nas mało. Choć, przyrodnictwo, nie powiem cieszyło się powodzeniem, noo może nie takim jak sztuki piękne, czy prawo… -Teologia— jak trwoga… Wiadomo— i zawód pewny, w czasach chwiejnych… niemniej na brak kandydatów nie narzekano.

Tyle, że mnie szarpało w środku. Ooo taaak. -Zarysowuje powietrze obok siebie– więcej  pytań bez odpowiedzi, a te co są, niechlujnie rzucane półgębkiem lub pismem lekarskim tak że odczytać ich niepodobna. A każdą uchyla odpowiednie pytanie. A ja, chciałam wiedzieć. Wiedzieć. Więcej więcej pewna byłam, że gdzie jak gdzie, ale tam, wtedy ukoję skołatane nerwy. Znajdę, dogrzebię, wynajdę odpowiedź, wśród rozmów, opasłych (może trochę zakurzonych) ksiąg, ale jednak. Nic, tylko zwidy,fantasmagorie i pogoń. Zasypianie pragnień wiedzy, religią gdy prawdziwego źródła odkryć niepodobna. Czym różni się wiara w Boga, od tej, wyznawaną w naukę, czy postęp? Wiem, niemodne to pytania, i niebezpieczne. Zaraz to przylepią nam gęby, i wydarzą wyrok na sądzie  ziemskim, ale do bólu ostatecznym. Bez prawa do apelacji. Każde spojrzenie wrogie. Każda mina prowokująca, każde słowo obce. Takie to oto zostaną nam przypisane przymioty.

Mówiąc to widzę jak zaciska palce, spojrzenie jej się wyostrza a oczy smutnieją. Słucham uważnie.

—Wróciłam tedy do Krakowa, Rodzice mi pomarli, a tutaj, Helenka, współtowarzyszka moja z czasów genewskich, no i możliwość nauczania. Oddania tego, co się dostało. Przywrócić kobiety światu.Oto jest zadanie. Bo przecież tutaj od osiemdziesiątego szóstego działa…

Stowarzyszenie Pomocy Naukowej dla Polek imienia Kraszewskiego. —Recytuję jak wywołana do katedry. Przerywam chcąc się popisać swoim przygotowaniem, i zrazu się wycofuję. Niegrzecznie jest przerywać starszym. –Napominam siebie w myślach,  i tylko spoglądam przepraszająco.

—Właśnie. To Pani wie o naszych założeniach? O powinnościach? O obowiązkach kobiet, ale i obowiązkach wobec nich samych? O tym, że powinny się kształcić? O tym, by umożliwić im zażywanie intelektualnej przyjemności?  O tym, że muszą być świadome swych praw?

—Wiem, mówię  uśmiechając się przyjaźnie.

Uczenie sprawiało mi nie lada przyjemność, i widać było efekt. Niemalże od razu.Tylko, że po tym skandalu… Czytała pewnie Pani Czas? Ach, tak, wszyscy czytali… Androny plotę. Potem nastąpił rozłam w Towarzystwie, a wszystko wzięto na karb mojego zagranicznego wykształcenia i mej niewiary.  Ach, i to doszło do Lwowa, do Biskupa, nic, człek za Prawdę został ukarany. Za stanięcie w Prawdzie wedle swoich przekonań i nauk swoich. I spór z dyrektorem toczyć przyszło. Ale w imię zasad, musiałam powiedzieć to o czym przekonana byłam natenczas i jestem nadal. Jakbym wyglądała w oczach panien, nie tego ich uczę. Nie tego. Do kościoła powinna iść z nimi osoba wierząca, a nie ze mną panny wysyłać. Odmówiłam, co miałam robić? Zaprzeczyć? Wierzyć w jedno, a robić drugie? Pozwolić by postrzegano trzecie? A pisano o czwartym? Zresztą, tu nie idzie o jakieś tam artykuliki jeno o przekonania, zasady, powinności.

Jak Pani wiadomo, po tychże brewerjach, wzięłam urlop w celu podreperowania nerwów. Ale jak się okazało, potem, nie miałam do czego wracać. Wymówiono się, proszę sobie wyobrazić [sic!] brakiem austriackiego obywatelstwa. Na nic moje umiejętności,  monity moje do Muzeum, czy Krytyki, —odrzucono. Powiedziano, że nie wydrukują. A Biskup… List napisałam, spotkać się chciałam, dobrą wolę wykazałam… Daremny trud i zużywanie pióra, strun głosowych i  zelówek.

Bezradnie wzrusza ramionami. Zawiesza głos.

—Ale że życie nie lubi próżni, i działań takowych to i kształcić można wszędzie. Stąd idea  Towarzystwa Uniwersytetu Ludowego im. Adama Mickiewicza. Wszak światło edukacji potrzebne jest wszędzie niezależnie kto, kiedy, gdzie się urodził, czy pan, czy chłop. Należy wiedzę szerzyć i organizować odczyty, biblioteczki, wydawanie książek, ku pożytkowi wspólnemu. Umiejętności wszakże mi nie odebrano. Nie odebrano. A uczyć trzeba się przez całe życie. Wie pani ile z tym pracy? A to broszura, a to koncert,  a to wykład, a to nowy numer periodyku, a to do Czytań Historycznych coś napisać, a to na wiedz pojechać, ludzi uświadamiać… Czasami nie wiem gdzie oczy położyć… Przepraszam, że się tak użalam…

—Nic nie szkodzi…

—No i ta przeklęta Historia, Rewolucja. Czytała Pani Protest?

—Czytałam. Nie można poniewierać godnością robotnika w Warszawie…

—Tak jest! Tak napisałam. Wyspiański nas nie poparł…Kręcił, mącił, sumitował…

—Tak wiem. [Tylko nie wiem, czy zakrzyknąć do licha z Wyspiańskim, więc milczę]. Nie wiem co powiedzieć, więc zmieniam temat. Dosyć nezgrabinie to wychodzi, koślawo.

—Pisze Pani cały czas? Wiersze były entuzjastycznie przyjęte…Remedium na szerzącą się dekadencje…

—Piszę, wyjeżdżam dużo, i daleko. To by poszerzyć horyzonty, to by pofolgować zdolnościom, wydać coś i podreperować nerwy. Zdrowie, jak Pani wie, u mnie liche…

***

 Zdrowie, jak Pani wie, u mnie liche…Pamiętam. Pamiętam, że pociły mi się dłonie, pamiętam, że krzesła były niewygodne, że paliło się nieskrępowanie i dużo. Pamiętam urywane zdania. Nie wszystkie. Niestety. Jestem. Jestem… Tak, co tu srożyć słowa jestem stara…Zdrowie jak Pani wie u mnie liche… To ostatnie  dźwięczy  mi do dzisiaj w uszach. Uparcie powraca złą wróżbą.

Spotkałyśmy się. Raz, tego popołudnia.Tłocznego, nachalnego, niepewnego, spoconego, spieszącego do nigdzie i diabelnie uwierającego popołudnia. Któż mógł wiedzieć, że będzie to spotkanie  pierwsze i ostatnie zarazem. Przeżycie czegoś po raz ostatni jest gorsze niźli przeżycie tegoż po raz pierwszy. Zwłaszcza gdy uświadomimy sobie że to już się nie powtórzy.

Co czuję gdy przechadzam się ulicą Pijarską 3? Albo idę na Cmentarz Rakowicki? Co czuję gdy wspomnę, że Marcelina Kulikowska wybitna poetka,dziennikarka reporterka, pedagożka, andragożka,działaczka społeczna emancypantka. Strzeliła prosto. Strzeliła celnie. Prosto w serce. Własne. Tym razem bez wahań i bez przenośni.

Wracam, powoli ulicą, uważnym krokiem mijam…Mijam.

***

Mijam: Dziewczynki. Dziewczyny. Frajerki. Kobity, Kobiety. Baby,Staruchy... Przyglądam się uważnie. Natarczywie i niegrzecznie. Pewnie tak ktoś powie, a niech powie. Niech powie ile z nich znamy naprawdę? Tych bliskich, nie wyciętych z encyklopedii, słowników, okrągłych zdań. Z naburmuszonych twierdzeń. Kto jest naszą Matką? Babką? Prababką? Praprababką?, Praprapra… Ile imion, nazwisk, cech charakterystycznych potrafimy wymienić? Jak bardzo nieznajome są dla nas własne albumy ze zdjęciami? Po kim mamy to spojrzenie? To upodobanie do niebieskich koszul? I wstręt do truskawek? I wysypkę po wykrochmalonych ubraniach? Jak nieznajome są ulice: po których chodzimy, spieszymy się, odnajdujemy i gubimy? Ile imion w sobie (z)nosimy? Jakie szlaki przecieramy… I czy kiedyś już nas nie było, w jakimś słowie, nawyku, przy jakimś stoliku? Czy nie piłyśmy herbaty z panią żyjącą do bólu współczesnym XIX wieku? Czy nie zostawiłyśmy tam napiwku,parasolki, książki, spojrzenia, słowa, milczenia…

Mijam.

Mijam.: Dziewczynki. Dziewczyny. Frajerki. Kobity, Kobiety. Baby,Staruchy…Przecieram oczy.Wytrzymuję pierwsze, drugie, trzecie kolejne spojrzenie. Nieco zaspana spoglądam w lustro. 


Dla osób zainteresowanych:

Do poczytania:
por.: Agnieszka Brożkowska, Marcelina Kulikowska. Strzał w serce [w:] Ewa Furgał (red.), Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie Emancypantek, Kraków 2009;

06. Strrrraszni Panowie Dwaj.

tekst: Julian Tuwim, wykonanie: M.Opania,L. Żurek, J.Wójcicki,J Radek,
Gala Języka Ojczystego
,Teatr Polski, Warszawa,  20 lutego 2013 roku.

***

Stop. Stop. STOP. Jakie: „skończyło się”? Jakie: „już”. Panowie!? Panowie,  panowie prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak… A nie,nie to nie tak..

Bo to wszystko nie tak,
nie tak,
nie tak, (nie to)
no, a jeśli,
jeżeli
nie tak, nie tak,
no to po co nam było*

…W to wierzyć? Chcecie bajki? Oto bajka.Nooooo. Doooobra, nie całkiem. Znaczy, całkiem, całkiem dobra, nie całkiem bajka. Baśń, nie całkiem, baśń. Dobra zaczynamy, po tej przydługiej introdukcji…

Za górami, za lasami, za siedmioma górami. Nie, nie, nieeee  tak. Ehmm.Ehmm.

Do trzech razy s(z)tuka, więc jeszcze raz …

Puk, puk../.Kto tam? /Nie ma nikogo w domu…/ Jak „Nikt” jak „Ktoś”, ktoś do mnie mówi, wyraźnie to słyszę…

(Ręce opadają… Na klawiaturę) Opadają. I zaczyna się wieść, opo, ooo po,po,po,popopo wieść, wieść…Wieść Opowieść o dwóch takich co nie chcieli być piernikami, tfu, pra, pra –wnukami, tfu, praw, prawnikami. Nie chcieli być.  Nie chcieli być prawnikami. Chociaż  ówcześnie bardzo często, w raz z genami dziedziczono zawód oj, ojca.  Zaczęli  z wysokiego C, o, ojojoj a ponieważ, śpiewać każdy możetrochę lepiej lub…No to  i oni się zdecydowali, ale nie śpiewali tak, jak im zagrano… Do pewnego stopnia (Celsjusza). Tak, atmosfera była gorrrąca. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Nie za siedmioma rzekami, nie za siedmioma lasami, a już na pewno nie za siedmioma dolinami, tylko tu, nieopodal— nieopodal bo w Hanau zajrzymy do domu pewnej wielodzietnej ,mieszczańskiej  rodziny. Rodziny jakiej podówczas wiele. Mama, Tato i ich mała gromadka dzieci żyją zgodnie, w miłości i harmonii. Ojciec jest prawnikiem, spędza czas tak w świecie ludzi jak w krainie wielkich, opasłych ksiąg,zawiłych, poplątanych spraw i casusów. Matka,o pomarszczonych dłoniach i uśmiechniętych oczach zajmuje się rozbrykaną czeredą dzieci, które rozciągają czas do granic możliwości, a i żyją czasownikami. Niestety, pewnego dnia, który nie wyróżnia się niczym szczególnym, bo i tak samo jak zawsze słońce wstało, ludzie spieszą się do pracy, a matki ogarniają chaos przywracając śwatu ład. Tato naszej gromadki rozstaje się z życiem, a  rodzina  z dobrym statusem ekonomicznym, teraz musi zrezygnować z dostatniego życia. Ich świat zmieni się, będą dni ponure i głodne, ale matka będzie dbała o to, by dzieci potrafiły cieszyć się z drobiazgów, okruszków, małych radości, które  zazwyczaj (prze)mijają niepozornie, bo ludzie w swej pysze traktują je jako przynależne,oczywiste,wieczne . A ponieważ czas biegnie, ba pędzi żwawo, tak, że nie jedna osoba, nie dwie, i nie pięć łapie czasami zająca, a i często zadyszkę chcąc go dogonić tak dzieci wyrastają z ubrań, bajek opowiadanych na dobranoc i lat dziecinnych, niektórym rosną włosy, innym brody, a wszystkim długi. Skracają się godziny, a wydłużają cienie.

Jak to zazwyczaj w (nie)baśniach bywa dwaj młodzi Bracia, (najpierw starszy o trzynaście miesięcy) Jakob, a potem młodszy, Karl opuszczają  w poszukiwaniu szczęścia i bogactwa, bezpieczny,choć biedny dom matki. A gdy już pokonają to co przygotował dla nich Los, ulżą i Matce, i Siostrze, i Braciom. Zdecydowano zatem. Pójdą nie na wezwanie Przygody, ale ścieżką, którą dawniej podążał ich ojciec. Żegnają się z matką i siódemką rodzeństwa i wędrują do Kassel na studia prawnicze. Zamieszkają w tym czasie na stancji u Ciotki, dzięki temu nie będą musieli płacić komornego, a godziwe wykształcenie to przecież pewnik życia w dostatku, pełnego humoru i pełnych żołądków.

Odtąd Wilhelm i Jakob dni spędzają nieco przygarbieni nad opasłymi księgami, w salach wykładowych, bibliotekach, w ich małym pokoiku można dostrzec przytłumiony blask lampy. Wodzą wzrokiem po tekstach najeżonych trudnymi terminami, przedzierają się przez gąszcze niebezpiecznych znaczeń,w językach, które są im coraz bardziej obce,  targani zmęczeniem, złością, frustracją.Nie. Jednak nie, nie poddadzą się.  Nie zniechęci ich nawet fakt, iż mimo swoich usilnych zabiegań, wypełniania mnóstwa ważnych formularzy, nie nie otrzymają stypendiów naukowych. Oni będą się uczyć, popołudnia i koszule plamić inkaustem. Dni jak chleb powszedni, bywają czerstwe,gorzkie niemalże piołunowe.  Ale bywają i chwile radosne, dzięki swym wędrówkom przez wydarzenia, rzędy dat, sprawy_nie_do_rozwikłania, a przede wszystkim dzięki temu, że zdecydowali się podjąć niebezpieczną wędrówkę jaką są studia  spotykali na swej drodze wielu ciekawych ludzi. Starych, pomarszczonych zmęczonych włóczykijów, młodych, niecierpliwych, wesołych, smutnych, a i poważnych profesorów, poetów i takich, którzy zajmowali się zbieraniem starych podań, ballad, baśni, ciekawych histerii, i jeszcze bardziej zajmujących historii.

Czas mijał. Bracia pamiętając o obowiązkach względem pozostawionych krewnych, a i o własnym utrzymaniu najęli się do pracy w bibliotece i dostali zlecenie na stworzenie kwerendy dotyczącej baśni, lecz zleceniodawca porzucił temat, niczym stare,obłocone, dziurawe nikomu niepotrzebne buty. Jakob i Wilhelm nie dali im pokryć się kurzem. Rozgłosili wieść wśród mieszkańców i mieszkanek Kassel, że szukają oni starych baśni, by ocalić je od zapomnienia. I tak oto siedząc w fotelach przyjmowali przybywające do nich tłumy kobiet, które nosiły w rękach, kieszeniach, chustach, a przede wszystkim w głowach i sercach, stare opowieści. O tym na przykład jak wilk dociera do domu staruszki, zabija ją, a potem kroi, krew zlewa do butelki, by taką oto ucztą ugościć dziewczynkę, gdy do niego przyjdzie, wcześniej, oczywiście każe jej się nago koło niego położyć. Albo o matce, która nakazuje Gajowemu zabić swoją córkę, a na dowód dokonanego czynu, przynieść jej wnętrzności. Baśnie, legendy, stare podania, mnożą się i mnożą.  I tak, w małym mieszkanku, ciotki (i od pewnego czasu także dwóch braci) ożywały krwawe opowieści, pełne zdziwień, radości, najeżone niebezpieczeństwami, naznaczone krwią. Wilhelm opowieści te, starannie  odziewał w potoczyste, mięsiste słowa (jak przystało na profesora literatury średniowiecznej), a Jakob w przypisy, i tak oto w  1808 zebrali je w książkę pt: Kinder  und hausmachen. (Przetłumaczona zostanie później na języki narodowe, w tym, na polski w 1895 roku). Księga, jak to na księgę przystało, była opasła, tyle, że na tym podobieństwa się kończyły. Nie było w niej, ani cudownych ilustracji, ani potoczystego języka, ten w zamian był suchy jak  wiór mnożyły się słowa dumne, poważne, zanurzone w językach i naukach wszelakich, i jako takie, choć były ładne, ludzie nie potrafili ich zrozumieć, zapamiętać i pokochać. Owa księga, bardzo ważna, miała zadomowić się w uczonych bibliotekach, na salonach, ludzi światłych, chcących „bywać” i „wiedzieć”. Kiedyś to zbierano się właśnie w takich salonach i celebrowano opowieści. Specjalnie się doń przygotowując, by móc w wyprasowanych, odświętnych strojach zasiąść i posłuchać. W owym spektaklu brali udział wszyscy:goście, domownicy, dzieci, służba, a i nie rzadko pies, czy kot. A że księgi ukazujące się drukiem były cenne tym i nastrój bardziej podniosły. Słuchano z zapartym tchem, ale nic,  a nic nie rozumiano z ważnych, drętwych, mrocznych słów, które wylewały się zeń uczone i naburmuszone  walczyły ze sobą o  laur pierwszeństwa, w kolejce do chwały, a zamiast ilustracji były, przypisy (koniecznie dużo i drobnym drukiem)gwiazdki, duuuużo gwiazdek i statystyki. I choć powszechnie skrytykowano ukazanie się poważnej księgi to zaintersował się powtórnym jej wydaniem gość z zagranicy. I tak zmieniono postaci, wygładzono figurę matki ją uśmiercano, a zagrożenie, samo zło scedowano na zewnątrz  umieszczając je w opowieściach postaci macochy, albo czarownicy, wiedźmy. I- oczywiście- dodano ilustracje.

Ale, o czym się powszechnie zapomina, Ci panowie dwaj, strrraszni, tfu, starsi panowie dwaj, choć nie wyrośli nigdy z baśni byli przede wszystkim naukowcami. Zapoczątkowali prace nad  Deutches Wörterbuch, [Wielkim Słownikiem Niemieckim] który miał obejmować słownictwo powstałe od czasów Lutra do Goethego. Zgorszyli  opnie publiczną już nie opowieściami dawnymi, ale tym, że zdecydowali się w nim zawrzeć również (o zgrozo!) wyrazy powszechnie uważane za obelżywe…Niemniej , nie doprowadzą go do Z. Nie postawią nawet kropki nad i. Znaczy, Wilhelm  nie postawi skończy pracę na literze D, a Jakob, na  F. Nie chodzi o wygnanie, z królestwa, w którym mieszkali, ale o ich śmierć. (Ale o tym za chwil kilka). Samo dzieło zostanie ukończone wiek później, a któż żyje sto lat? Można żyć długo i nieszczęśliwie, ale, niestety, nie wiecznie.

  Baśnie zebrane przez obu Panów*, obrastały w znaczenia, a Wilhelm i Jakob w dobra, piastowali różne stanowiska, np byli Uczonymi Członkami Niemieckiej Akademii Nauk, odważni i mądrzy nie bali się zabierać głosu, w sprawach ważkich i ważnych. Tak jak to miało miejsce w czasie gdy król zawiesił uchwaloną zaledwie trzydzieści sześć miesięcy  konstytucję, a wraz z nią  Przedstawicielstwo Stanów. Zwolnił osoby piastujące stanowiska formalne z  przysięgi konstytucyjnej. W imię protestu siedmiu profesorów z Getyngi (w tym i bohaterów naszej opowieści)którzy sprzeniewierzyli się nakazowi króla, i postanowili wystosować  pismo (tzw. protest sumienia). Król, zaczerwienił się, zezłościł i zwolnił  wszystkich z zajmowanych stanowisk, a Braci Grimm oraz Dohlmana, którzy opublikowali odezwę wygnał z królestwa. I tak oto Wilhelm i Jakob znaleźli się w Berlinie, otrzymali nowe stanowiska na tamtejszym uniwersytecie, a w imię solidarności środowiskowej opłacani byli z datków przyjaciół, którzy poparli ich decyzję i pomogli im w trudnych chwilach. W Berlinie nadal pracowali nad Wielkim Słownikiem Niemieckim. Bracia żyli w czasach  burzliwych – wystarczy wspomnieć, to co zgotowała dla nich Historia, ba zaprosiła ich na straszna ucztę, na przykład taki  odwrót Małego Kaprala spod Moskwy. Tylko nam, obrzydliwie współczesnym, wydaje się (albo co gorsza jesteśmy o tym przekonani/przekonane), że piękno nie mogło (nie może) współistnieć z pożogą okrucieństwa, [a młodość Machiavellego- i rzeź jakiej był świadkiem? A obrazy Caravaggia, którymi zwykł się wykupywać gdy popadł w tarapaty?-które sam sobie zgotował]

I tak oto, opowieść (a w zasadzie opowiastka) nasza dobiega końca. Tylko jeden z Braci-Wilhelm  pojął za żonę, Dorothae córkę aptekarza. Jakob zamieszkał z nimi, i jako już poważny pan pomagał im wychowywać dzieci- kto wie, może opowiadał im baśnie, bajki, opowieści?  Tak więc nie było niebezpiecznych przepraw, tylko niebezpieczne decyzje. Nie było zamków, poza tymi, do ludzkich serc, głów, pamięci i ust.. Była cała galeria postaci, wiedźm, wróżów, elfów, niepokornych dziewczynek, pokornych chłopców.  Bracia nie posiedli królestw, ani nawet jednego, na pół, ale zamieszkali w naszej świadomości- i to tak głęboko– że uważa się, iż to właśnie oni owe baśnie napisali. Będzie się grzebać w życiorysie Braci Grimmów, bo o nich wszakże mowa. Pytać dlaczego całe życie pracowali, mieszkali razem, (no nie sami, bo przez jakiś czas z siostrą). Jedni opowiadać będą, że małżeństwo było wynikiem kalkulacji (gdyż Siostrę w wypełnianiu obowiązków domowych trzeba było zastąpić, a skoro Bracia nie chcieli…),drudzy będą temu zaprzeczać.  Opowiadanie baśni przeżywa obecnie swój renesans, ale pamiętajmy, że…

Niestety, one tak jak ludzie umierają. Gasną i umierają baśnie tylko wtedy gdy nie czyta się ich w pierwotnym znaczeniu, nie opowiada, nie podaje dalej. Z ust do ust. Z czytnika na czytnik. Dlatego powracajmy do tych obrazów, które wydają się nam (albo mogą wydawać) — z dzisiejszej perspektywy— okrutne. Jakob i Wilhelm, także odpierali takie argumenty Mówili na przykład, że Biblia także nie stroni od wydarzeń krwawych, niebezpiecznych, okrutnych. Ale i Biblia, i interpretacja Baśni to całkiem inna historia…. A może nie całkiem? Może nie bez przyczyny Zbiory Baśni spisane przez Braci Grimmów cieszą się taką popularnością.  Tak działo się i za ich życia, no, ale obecnie to pierwszy świecki, a drugi (po Biblii Lutra) tekst niemiecki  tłumaczony na obce języki. Cóż, nie tylko motywy, i uniwersum baśni jest wieczne, ale także i wytaczane przeciwko nim argumenty.

Chociaż obecnie w kinach, marketach, telewizorniach różnego rodzaju czyhają na nas wersje nawet nie te z ludwikowskich salonów, Charlesa Perraulta, ale bardziej niż wygładzone do ostatniej zmarszczki, „amerykańskie bajdurzki”. Czasami trzeba po prostu zacząć się do, doko, dokopywać. Być może tak jak Tuwim(?).

A może nie, nie jest to wcale, koniec opowieści, jest to tylko dalszy ciąg,a może nowy rozdział…Z pewnością baśnie, bajki, opowieści zasługują (na przynajmniej jeden )osobny post. Swój całkowicie własny. To one towarzyszą ludziom w rozwoju. Pomagają budzić się i zasypiać. Stawać się Człowiekiem.

Jaka jest Twoja ulubiona Baśń?

***

 *Panowie od Baśni, nie byli ich autorami, ale zbieraczami, zbieraczami słów, zdań, znaczeń. Słów, które ponaglają, przestraszają, uczą, bawią, otwierają, zamykają, wskazują… Tak jak autorem baśni nie byli (sięgając do rodzimej tradycji) ani Kasprowicz, ani Krasicki,ani Morcinek.

*cyt. A. Osiecka, Sztuczny miód


Dla osób zainteresowanych:

do zobaczenia:

Obraz, który niejako nawiązuje do postaci Jacoba i Wilhelma Grimmów. Nieustraszeni bracia Grimm, fantasty, Czechy, Wielka Brytania, USA, 2005;